Shado: Song of the Dragon


SHADO: SONG OF THE DRAGON


W przeciągu sześciu lat (1987-1993) wytężonej pracy zespołu twórczego Mike’a Grella nad perypetiami Olivera „Green Arrow” Queena udało im się wykreować kilkadziesiąt drugo- i trzecioplanowych osobowości, spośród których przynajmniej część doczekała się czytelniczej przychylności. Irlandzki „cyngiel” do wynajęcia, Eddie Fyers, sceptycznie ustosunkowany wobec działalności „Szmaragdowego Łucznika”, komisarz James Cameron czy urodziwa bezdomna Marianne to tylko ważniejsi z tego grona.

Żadne z nich nie może się jednak równać z doskonałą łuczniczką usiłującą pozbyć się „balastu” niegdysiejszej działalności na rzecz japońskiej mafii. Shado, bo o niej właśnie mowa, cieszyła się popularnością porównywalną jedynie z tytułowym bohaterem serii „Green Arrow vol.2” (a niekiedy również z marvelowską Elektrą). Doszło wręcz do tego, że okazjonalne wizyty rzeczonej na kartach wspomnianego miesięcznika gwarantowały wzrost jego sprzedaży. Stąd nie dziwi jej obecność m.in. w epizodach 9-12 („Here There By Dragons”), 21-24 („Blood of the Dragon”) czy 63-66 („The Hunt For The Red Dragon”). Za każdym razem fani serii z entuzjazmem reagowali na „występy” ex-zabójczyni; stąd zamysł realizacji odrębnej mini-serii skupionej na tej bohaterce był już tylko kwestią czasu.

Słów kilka o samej Shado. Jej prawdziwe personalia pozostają nieznane; stąd widomo jedynie to, co sama zechciała o sobie ujawnić. Ojciec rzeczonej utracił (zresztą nie z własnej winy) powierzoną mu przez japoński półświatek znaczną sumę pieniędzy, co skończyło się tragicznie zarówno dla niego samego, jak i jego małżonki. Ich córka, czyli właśnie późniejsza Shado, w ciągu kolejnych lat poddana została gruntownemu szkoleniu, które uczyniło zeń mistrzynię w posługiwaniu się łukiem. Rzecz jasna decydenci Yakuza zdecydowali się na podobną inicjatywę nie „dla sportu”, lecz z przyczyn dalece bardziej przyziemnych. Tym samym młoda, perfekcyjnie przygotowana do swej roli kobieta, stała się jedną z najskuteczniejszych zabójczyń tej organizacji. Boleśnie przekonali się o tym sprawcy malwersacji, która ściągnęła zgubę na rodziców Shado. Kolejno ginęli oni od jej strzał, o czym można przekonać się podczas lektury trylogii „The Longbow Hunters” opublikowanej latem 1987 roku. I to właśnie na jej kartach Japonka napotkała osobnika, który miał odcisnąć znaczące piętno na jej dalszych losach. Mowa tu o Oliverze Queenie, niegdysiejszym milionerze parającym się hobbystycznie superbohaterskim rzemiosłem. Z czasem okoliczności (czy raczej zmiany w jego wizerunku zaistniałe za sprawą Denny’ego O’Neila i Neala Adamsa) sprawiły, że stał się on anarchizującym, skorym do bitki pyskaczem. W chwili, gdy tę postać powierzono Mike’owi Grellowi, zacietrzewienie ustąpiło miejsca potrzebie życiowej stabilizacji (bohater kończył właśnie 43 lata), choć nie zdołało wyrugować społecznej wrażliwości oraz wewnętrznemu imperatywowi do ich rozwiązywania. Toteż pomieszkujący wówczas w Seattle Queen, pomimo wcześniejszych deklaracji, powrócił do swej roli zamaskowanego mściciela. I właśnie wówczas po raz pierwszy zetknął się z Shado dokonującą samosądu na oprawcach jej rodziców. Jak czas pokazał, dwoje łuczników połączyło znacznie więcej niż tylko biegłość w posługiwaniu się łukiem… Słabość wobec Green Arrow przejawiła się w niepełnym wywiązaniu z zadania wyznaczonego jej przez mafijnych notabli, a tym samym uczyniły z niej ich cel. Wskutek tego Shado jeszcze przez lata miała zmagać się z tropiącymi ją zabójcami Yakuza…

„Song of the Dragon” rozpoczyna się w chwili gdy niegdysiejszy amerykański oficer, uczestnik walk na Pacyfiku, przybywa do jednego z tokijskich sklepów z antykami. Usiłując pozyskać informacje o zdobytym przezeń podczas wojny samurajskim mieczu napotyka młodą, a przy okazji kompetentną kobietę. „Przypadkiem” jest nią właśnie Shado. Ta prędko orientuje się, że ów miecz to dzieło czternastowiecznego mistrza Ozakiego Masamune, a zarazem relikwia jednego z głównych rodów kierujących Yakuza. To zaś gwarantuje mnóstwo problemów… By je rozwiązać, zarówno ów weteran, jak i sama Shado, będą zmuszeni wykazać się maksymalną determinacją, co nie obędzie się bez znacznego ryzyka…

Pomimo upływu dwóch dekad od czasów świetności serii „Green Arrow vol.2” wypada przyznać, że formuła fabularna stosowana przez Mike’a Grella nic nie straciła na swej nośności. Być może z tego względu, że ów twórca z definicji celował w realistycznych opowieściach przeznaczonych dla dojrzałego czytelnika. Stąd jego wersja „Szmaragdowego Łucznika” nijak się ma do niegdysiejszego „użytkownika” trickowych strzał, przy których pomocy rzeczony bohater rozprawiał się z kosmitami, zmutowanymi gigantami oraz czeredą zbzikowanych naukowców. Im dalej w tok cyklu, tym bardziej Grell odbiegał od głównego nurtu uniwersum DC pełnego odzianych w jaskrawe trykoty mięśniaków. Opowieści zawarte w nieodżałowanym miesięczniku dalece odbiegały od podobnych standardów równocześnie zbliżając się do realiów Ameryki przełomu lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Miast wspominanym oponentom, Oliver Queen musiał stawić czoła gwałcicielom, pedofilom, korporacyjnym notablom oraz kłusownikom. Scenarzysta konsekwentnie „odzierał” powierzonego mu herosa z superbohaterskiego pokostu do tego stopnia, że na pewnym etapie seria zatraciła cechy gatunku, z jakiego wyrosła. Podobne odczucie towarzyszy lekturze „Shado: Song of the Dragon”.

Trudno wyzbyć się wrażenia, że zarówno pod względem formalnym, jak i fabularnym, ów tytuł swobodnie znalazłby nabywców również na Starym Kontynencie. Grell posiada rzadką umiejętność zachowania równowagi pomiędzy sekwencjami akcji, a scenami „przegadanymi”. Obie jakość narracyjne nie „gryzą” się stanowiąc harmonijne uzupełnienie. Trafnym rozwiązaniem wypada uznać niemal zupełne wyrugowanie z toku fabuły Green Arrow. Pojawia się on bowiem tylko dwukrotnie w zwięzłych retrospekcjach. To z kolei daje większe pole do popisu nie tylko dla tytułowej bohaterki, ale też postaci drugoplanowych, których poczynania stają się osnową fabuły. Wątek romantyczny sprawia wrażenie „dolepionego” na siłę, a niniejsza historia broniłaby się bez jego obecności. Scenarzysta „poległ” również na tradycyjnym problemie, jakim jest natłok tak zwanego mięsa armatniego w scenach konfrontacyjnych. Trup ściele się gęsto i aż nie sposób uwierzyć, że główni bohaterowie mają do czynienia z wyszkolonymi zabójcami. Ta swoista „dewaluacja” miała już swój precedens w historii „Blood of the Dragon” („Green Arrow vol.2” nr 21-24) i stąd też nie powinna była się powtórzyć. Wspomniane mankamenty nie zaburzają jednak zbyt znacząco toku lektury, która w ogólnym odczuciu wypada bardzo udanie. Brak przerywników ostudzających napięcie w postaci akcentów humorystycznych to stała cecha twórczości Mike’a Grella. Autor nie tyle nie radzi sobie, co raczej kompletnie nie jest zainteresowany tanim dowcipem, traktując poruszane przezeń tematy bardzo serio. Na szczęście z reguły unikał popadnięcia w sztywny dydaktyzm. Za to z wyczuciem podkreśla stany emocjonalne głównych postaci, zwłaszcza w relacjach Shado i jej syna oraz zdruzgotanego służbą w Wietnamie Maxem Perlem.

Michael Davies Lawrence, któremu powierzono zrealizowanie oprawy graficznej sumiennie wywiązał się ze swego zadania. Różnicuje zakomponowanie kadrów w ramach planszy udatnie podkreślając tym sposobem dramatyzm chwili. Widać również, że zarówno perspektywa jak i właściwe uchwycenie proporcji postaci nie sprawia mu żadnego problemu. Ów grafik zdaje się w pełni autonomicznym twórcą, chociaż pewne cechy jego maniery ukierunkowują czytelnika na warsztatowe wzorce rzeczonego. Szczególnie widoczny jest wpływ stylistyki Billa Sienkiewicza, co można dostrzec na przykładzie okładek tej mini-serii. Utrzymane w mrocznych odcieniach kompozycje malarskie wykonano techniką mieszaną – po części akwarelami z subtelnym podkreśleniem konturu oraz blików świetlnych pastelą. Aż żal, że ów twórca nie zagościł w komiksowym interesie na dłużej…

Niniejszą mini-serię przyjęto z umiarkowanym entuzjazmem. Grono wiernych czytelników dokonań Mike’a Grella zachwalało zarówno fabułę jak i oprawę graficzną. Nie był to jednak dobry moment dla podobnego rodzaju opowieści. Ówczesna koniunktura znacznie bardziej sprzyjała taniemu efekciarstwu spod znaku Image niż wysublimowanym historiom zilustrowanym w stylistyce obcej ogółowi czytelników doby wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Fascynacja kulturą Japonii, tak charakterystyczna dla poprzedniej dekady, wyraźnie przygasła. Stąd „Shado: Song of the Dragon” przeminęła bez większego echa. Wypada mieć nadzieję, że ta wyróżniająca się opowieść doczeka się ponownego odkrycia i docenienia. Zwłaszcza, że nie tylko na to zasługuje, ale też ogólna tendencja rynkowa zdaje się ku temu sprzyjająca.

Przemysław Mazur

„Shado: Song of the Dragon” cz. 1-4
Scenariusz: Mike Grell
Szkic, kolory i okładki: Michael Davies Lawrence
Tusz: Gray Morrow
Liternictwo: Steve Haynie
Wydawca: DC Comics
Czas publikacji: 01-04.1992
Druk: kolor
Papier: kredowy
Okładka: miękka, usztywniana
Format: 17 x 26
Liczba stron: 4 x 48
Cena: 4 x $4, 95