Dziewięć żywotów Kota Fritza


DZIEWIĘĆ ŻYWOTÓW KOTA FRITZA


Miejska legenda głosi, że pewnego razu z okazji zbliżających się urodzin Walta Disneya, grupka pracujących dla niego animatorów zebrała się i potajemnie zrobiła kilkuminutową animację, w której Myszka Miki i Minnie odbywają stosunek płciowy… lub dosadniej mówiąc [ocenzurowano!] się na całego! Po projekcji-niespodziance, Disney powstał, zachwalił animację, zapytał o autorów, a ledwie ci się zgłosili… zwolnił ich! Jak zdrożne były wyczyny Mikiego, że zbulwersowały Disneya – nie wiadomo, ale fakt faktem, w animacjach przez długie lata obowiązywało tabu dotyczące tego typu rzeczy (w USA w każdym razie, Japonia to inna bajka), a z kolejnymi dekadami zaczęło być nie do pomyślenia, by postacie piły alkohol, paliły, korzystały z broni palnej czy korzystały z przemocy fizycznej – wszystkie te rzeczy były dopuszczalne jeszcze w produkcjach Disneyowskich (wystarczy rzucić okiem na „Dumbo” czy „Pinokia”). Koniec końców było to niestety podejście, przez które film animowany z góry traktowany był jako coś dla dzieci, a pojęcie „animacji dla dorosłych” brzmiało zazwyczaj prześmiewczo.

Pierwsza próbą pełnometrażowej animacji dla dorosłych był „Kot Fritz” Ralpha Bakshi’ego z 1972 roku (ale o tym inny artykuł), jednak pomimo kontrowersji nie wywołał większego boomu na zmianę w podejściu świata animacji. Kontynuacją było powstałe raptem dwa lata później „Dziewięć żywotów Kota Fritza”. Wbrew często pojawiającym się – zupełnie niesłusznie – informacjom, reżyserią filmu nie zajął się Bakshi, a niejaki Robert Taylor (co ciekawe, po tym dziele zajął się głównie robieniem kreskówek dla Disneya i Hanny-Barbery).

Przyznam szczerze, że film zobaczyłem po raz pierwszy (o ironio) mając jakieś dziewięć lat (może nieco więcej), gdy został puszczony w Polsce na jakimś podrzędnym kanale, z lektorem. Nie oglądałem go wtedy od początku – w sumie obejrzałem jakieś dwadzieścia minut ze środka – nie mając tak naprawdę pojęcia o czym jest film, a tym bardziej, że jest to Kot Fritz i ma swoje korzenie w komiksie. Zaśmiewałem się wtedy słysząc wulgarność postaci czy widząc dyndający członek Hitlera. Dziś patrzę na to po latach i… cóż, nie mogę ukryć, że większość humoru w tej części perypetii Kota Fritza jest bardziej szczeniacka niż dorosła, oferując lawinę momentów, gdzie człowiek przekręca tylko oczami z zażenowaniem, bądź wzdryga się zniesmaczony. Nim ktoś zarzuci mi świętoszkowatość – ubóstwiam „South Park”, a serialami pokroju „Drawn Together” czy „Family Guy” też nie pogardzę (choć nawiasem mówiąc, ten drugi ostatnimi laty bardzo obniżył loty). Być może to właśnie kwestia różnicy między epokami, gdyż dziś lwia dawka tego, co oferują twórcy „Dziewięciu żywotów…” nie jest specjalnie szokująca, a wręcz przeciwnie, dziś jest  na początku dziennym (wystarczy rzucić okiem na powyższe przykłady). Inny problem, że animacje pokroju „South Park”, pomimo wulgarnej papki (w pewnych odcinkach prawie nieobecnej), oferują sporo satyry, rzucając na każdy nieprzyzwoity dowcip, pięć całkiem inteligentnych. W przypadku „Dziewięciu żywotów…” niestety odczuwam niedosyt tych drugich. Ba! W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że autorzy po prostu zrobili sobie listę rzeczy, które do tej pory były unikane w kreskówkach (tu postać, która puszcza gazy, tam postać, która pali jointa, gdzie indziej niemowlak się onanizuje, w innym miejscu trzyma kondoma, tam ktoś zostaje zastrzelony, jeszcze gdzie indziej wykrwawia się) i zbudowali wokół niej fabułę.

Fabuła jest niestety największym problemem filmu, gdyż jest praktycznie nieobecna. W skrócie: Kot Fritz zapala jointa, słucha drącej się na niego żony i zapada w fantazję o tym, jak inne mogłoby być jego życie. I to właściwie tyle. Twórcy bawią się co prawda w podział na epizody – raz Fritz leci na Marsa, raz spotyka menela mającego się za Boga, innym razem jest nazistą u boku Hitlera (nawiasem mówiąc, przedstawienie nazistów nie było w świecie animacji czymś nowatorskim, zwłaszcza w propagandówkach z okresu drugiej wojny światowej, gdzie dogryzać Adolfowi przyjemność miały takie sławy jak Duffy, Popeye czy Donald, z czego najbardziej znanym przykładem jest „De Fuehrer’s Face”), kiedy indziej trafia do kraju zdominowanego przez wrony, które – podobnie jak w napomnianym powyżej „Dumbie” – reprezentują Murzynów. Niestety, wszystko wygląda na nieuporządkowane i nieco chaotyczne – wiele momentów jest też po prostu zwykłymi zapchajdziurami, nie oferującymi nic, a po prostu przedłużającymi całość. Szkoda!

Co jak co, ale animacji nie można odmówić unikatowego klimatu. Od strony technicznej prezentuje się ciekawie (zwłaszcza okazyjne psychodeliczne odchyły wywołane przez palenie jointów), przez co niestety czuć w wykreowanym przez twórców świecie zmarnowany potencjał. Zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast „rzucać historyjkami” skupili się na jednej, a porządnej historii, aczkolwiek nie ukrywam, że epizodyczna natura jest częścią uroku „Dziewięciu żywotów…”

Patrząc na scenę, w której będący nazistą Kot Fritz zostaje zastrzelony przez śmiejącego się amerykańskiego generała, przypomniała mi się krótka animacja „The further Adventures of Uncle Sam” (Robert Mitchell, Dale Case) z 1971 roku. Tam maskotka Amerykanów – Wujek Sam, zostaje porwany ze stacji benzynowej przez biznesmenów z workami pieniędzy zamiast głów, którzy mając go w swojej mocy deprawują wszystko na około. Metafora banalna, ale akcja filmu (choć krótkiego) wlecze się i ciągnie, przez co człowiek odnosi w pewnym momencie wrażenie, jakby autorzy wcierali mu swoją alegorię w twarz, co z kolei pozostawia tylko pretensjonalny posmak w ustach. Oglądając „Dziewięć żywotów Kota Fritza” odczułem coś podobnego, choć tu dla odmiany seans pozostawia wrażenie, że jest to tak naprawdę opowieść o wszystkim i o niczym.

Rzeczony film co prawda był nominowany do Złotej Palmy, jednak krytyka widzów okazała się mniej życzliwa. Patrząc po raz enty na „Dziewięć żywotów…” nie mogę powiedzieć, by były one złe! Napomniany klimacik pozwala widzowi przebrnąć do końca filmu z zainteresowaniem, jednak nie ma co liczyć ani na nic specjalnie śmiesznego, ani na długo zapadającego w pamięć. Na koniec dodam, że sam Robert Crumb, który szczerze nie znosił pierwszej filmowej części, kompletnie zignorował drugą, gdyż zaakceptowanie jej istnienia oznaczałoby, że musiałby przyznać, że może istnieć gorszy film na motywach jego komiksu od dzieła Bakshi’ego.

Maciek Kur

„Dziewięć żywotów Kota Fritza”
Reżyseria: Robert Taylor
Scenariusz: Fred Halliday, Eric Monte, Robert Taylor
Producent: Steve Krantz
Muzyka: Tom Scott
Premiera: 06.1974
Czas trwania: 79 minut

,