What if… Czyli Hollywood atakuje


WHAT IF… CZYLI HOLLYWOOD ATAKUJE


Kilka ostatnich lat przekonało chyba niejednego widza, że w kinie nie ma rzeczy niemożliwych. Stały rozwój technologii sprawia, że wystarczy odczekać kilka lat, aby sukcesywnie wdrożyć w życie co bardziej nieprawdopodobne fabuły.

W kulturze amerykańskiej już dawno wykształcił się odrębny gatunek filmowy, jakim jest superhero movie, u nas nadal traktowany po macoszemu. W tym roku mija dziesięć lat od ważnego wydarzenia, jakim był debiut mutantów Marvela na dużym ekranie. Nikt chyba nie wyobraża sobie obecnego rynku bez dzieła Bryana Singera, które wraz z wcześniej wypuszczonym „Bladem” przetarło szlaki dla kolejnych zamaskowanych herosów.

Idąc za ciosem, Marvel całkowicie zdominował srebrny ekran, prezentując trylogię ze „Spider-Manem”, „X-Men”, a później spin-off z Wolverinem, dwukrotnie „Hulka”, „Fantastyczną Czwórkę”, „Daredevila”, „Ghost Ridera” czy „Iron Mana”. DC Comics zabrakło przysłowiowych armat, żeby przeciwstawić się bogatej ofercie konkurenta. Powrót Batmana został przyjęty dość umiarkowanie, mimo że obraz Nolana był zewsząd chwalony. Dopiero „Mroczny rycerz” ostatecznie przekonał widzów do nolanowskiej wizji świata Nietoperza. Gorzej niż prognozowano poradził sobie Człowiek ze Stali pod okiem wizjonera Bryana Singera. O kolejnych bohaterach nawet nie myślano, patrząc na spektakularną porażkę „Ligi niezwykłych dżentelmenów oraz „Catwoman”. Honor wydawnictwa uratowały w niewielkim stopniu dwie bardziej artystyczne niż komercyjnie produkcje: „Constantine” i „V jak Vendetta” (znajdujące się poza ramami superhero movie). Ale tego było za mało. Doniosłym wydarzeniem miała być premiera „Strażników”. Film nie rozczarował fanów twórczości Alana Moore’a, ale zawiedli widzowie – frekwencja w kinach nie dopisała. Obecny rok pokazał, że filmowa oferta DC nadal jest słaba – „The Losers” i „Jonah Hex” sięgnęły dna box office’u.

Kolejny przełom nastąpił w 2005 roku wraz z debiutem „Sin City” – nowa jakość ekranizacji komiksowej, która zachwyciła dotychczasowych malkontentów, ale pozostawiła pewien nierozstrzygnięty dylemat. Czy jest sens przenosić komiks praktycznie kadr po kadrze na ekran? Dla czytelników może okazać się to nudną i wtórną zabawą. Jeszcze większy sukces niż „Miasto Grzechu” odniosła inna ekranizacja komiksu Franka Millera – „300”, która wyszła spod ręki utalentowanego Zacka Snydera. I w tym przypadku można ponowić zarzut przytoczony powyżej. Kto czytał album, w filmie nie znalazł nic nowego.

Obecnie łatwo zauważyć, że producenci intensyfikują swoje wysiłki w kierunku dostarczania widzom nie tyle ekranizacji komiksów, co spektakularnych i rozrywkowych widowisk, przyciągających do multipleksów całe rodziny, a tym samym dostarczających znaczne profity. Komiksowe adaptacje coraz częściej biją na łopatki kino familijne czy przygodowe, dotrzymując kroku najpopularniejszym ikonom pop kultury pokroju Harry’ego Pottera, Shreka czy bohaterom „Zmierzchu”. A na tym nie koniec…

Marvel i DC nie kryją, że kolejna dekada może należeć do nich. Jeżeli wizja końca świata zaproponowana przez Rolanda Emmericha nie sprawdzi się, prawdziwą apokalipsę szykują nam producenci filmowi. DC przezwyciężyło wreszcie obawy przed wpuszczeniem na ekran innych postaci niż Clark Kent i Bruce Wayne. W 2011 roku to nie Shrek powie, że jest mu zielono, a Ryan Reynolds przywdziewający kostium Green Lanterna. Mało tego, prace nad kontynuacjami są już w toku, a zainteresowanie produkcją ogromne. Jeżeli obraz zachwyci to w najbliższych latach możemy spodziewać się nie tylko greenlanteromanii, ale także filmów z udziałem Flasha czy następnych postaci z tego bogatego uniwersum. Christopher Nolan, oprócz realizacji trzeciego Batmana, objął też pieczę nad kolejnym Supermanem, którego reżyserią zajmie się nie kto inny, jak dobrze wszystkim znany Zack Snyder. Kogo z przeciwników Kryptończyka zobaczymy? Głośno mówi się o Generale Zodzie, a fabuła obrazu ma być bliska mini-serii „Birthright”.

Natomiast Marvel szykuje dla miłośników historyjek obrazkowych megabombę. I nie będzie nią na pewno „Avengers”. W 2012 roku Mściciele zagoszczą na ekranie, aby otworzyć drogę do pierwszego crossoveru w dziejach kina. „Thor”, „Kapitan Ameryka”, „Iron Man 3”, restart „Spider-Mana” i „Fantastycznej Czwórki”, a także dalekosiężne projekty związane z „Lukem Cagem”, „Black Pantherem”, „Ant-Manem” czy „Dr Strangem”, świadczą o przygotowywaniu filmowego eventu na niespotykaną dotąd skalę. Paul Glitter z Marvela ujawnił, że studio planuje coś wielkiego w 2017 roku, nie podając jednak konkretnych szczegółów. Spekulacje, doniesienia oraz plany nasuwają różne rozwiązania. To, co aktualnie obserwujemy, może otworzyć drogę do Civil War – długą, wyboistą i prawdopodobnie uzależnioną od kasowych osiągnięć najbliższych produkcji. Niemniej jednak wizja tego wydarzenia z jednej strony będzie stanowiła kolejny przełom, z drugiej może przyczynić się do zniszczenia gatunku superhero movie.

Marvel stąpa po dość cienkim gruncie stawiając wszystko na jedną kartę. Nie będzie łatwo, bowiem studio nie posiada kompletu praw umożliwiających wykorzystanie każdej ze wspomnianych postaci, ale twarda waluta na pewno pomoże w pozytywnym zamknięciu negocjacji. Warto poczekać i przekonać się na własne oczy, co wykluje się z tak ambitnych zapowiedzi.

Marcin Andrys

,