Z Archiwum DC – Część 2


Z ARCHIWUM DC – CZĘŚĆ 2

GOLDEN AGE SPECTRE


DC Comics to najdłużej funkcjonujący wydawca komiksów na rynku amerykańskim. Począwszy od roku 1934 pod jego szyldem opublikowano niezliczoną ilość tytułów, spośród których wiele doczekało się zasłużonego statusu klasyka. „The DC Archive” to niejako odpowiedź na „Marvel Masterworks” głównego konkurenta tegoż wydawnictwa, a zarazem zaprezentowanie ważniejszych pozycji w dorobku DC. Oprawione w twardą okładkę zbiorcze wydania obecnie niemal niedostępnych opowieści to istna gratka dla wielbicieli klasycznych fabuł i równocześnie ogrom historii gatunku. Ów cykl reprintów zadebiutował w październiku 1989 roku i po dzień dzisiejszy liczy sobie przeszło dwieście tomów.

Gdy u schyłku lat trzydziestych minionego wieku amerykańska dzieciarnia oszalała na punkcie zjawiska, jakim okazały się magazyny z udziałem Supermana, łasi na zyski wydawcy skwapliwie podchwycili nadarzającą się okazję do zarobku. Nic zatem dziwnego, że wprzęgnięci w tryby komercyjnej machiny graficy i scenarzyści w pocie czoła usiłowali nadążyć za popytem powołując do istnienia cały tabun jaskrawo odzianych postaci. Często zresztą aż nazbyt przypominających zrodzony w wyobraźni Jerry’ego Siegela pierwowzór.


„Zamaskowane dziwadło potrzebne od zaraz”

W nieco wariackim pędzie na rzecz zdobycia młodocianych czytelników, wspomniani twórcy prześcigali się w coraz to bardziej wyszukanych uzasadnieniach pozyskania nadnaturalnych zdolności przez kreowanych przezeń osobników. Postacie pokroju Batmana czy oryginalnego Sandmana (Wesleya Doddsa), wyzbyte takowych, należały wówczas do rzadkości. Wywodzący się ze zgładzonej w skutek kataklizmu planety Krypton Człowiek ze Stali, reinkarnowany egipski książe Khufu gromiący nieuczciwych urzędników jako Hawkman, czy dysponujący magicznym pierścieniem Green Lantern – właśnie ów typ niecodziennych osobowości zawrócił wówczas w głowie ogółowi czytelników. A to tylko przysłowiowy wierzchołek góry lodowej. Bowiem ówcześni scenarzyści pokroju Gardnera Foxa, Morta Weisingera czy Billa Everetta wykazywali imponującą wręcz inwencję, nawet jeśli część z ich pomysłów jawi się obecnie jako aż nazbyt naiwna. Bez względu na ocenę rodzącej się trykocianej konwencji, pomysły wspomnianych doprowadziły do zmiany profilu większości ówczesnych magazynów komiksowych, z awanturniczych czy kryminalnych, właśnie na seriale traktujące o superbohaterach. Kto nie chciał wypaść z rynku, a przy tym liczył na pokaźne zyski, musiał się dostosować do ówczesnego trendu.

Za przejaw szczególnie oryginalnego potraktowania tego typu konwencji wypada uznać taktykę zastosowaną przez wzmiankowanego Jerry’ego Siegela u schyłku roku 1939. Bowiem w epizodzie inicjującym perypetie niejakiego Jamesa Corrigana, na co dzień parającego się rzemiosłem prywatnego detektywa, rzeczony twórca zdecydował się na jego… uśmiercenie. Zdawałoby się, że na tym koniec krótkiej komiksowej kariery tej postaci. A jednak w skutek interwencji enigmatycznego Głosu (z czasem utożsamionego z judeo-chrześcijańskim Bogiem), dusza Corrigana powróciła do świata żywych, stając się „naczyniem” dla innego bytu duchowego, zdradzającego podobieństwo do starotestamentowego anioła mściciela. Tym samym narodził się Spectre, jedna z klasycznych postaci kształtującego się wówczas uniwersum DC, określana częstokroć niewątpliwie egzaltowanym mianem Ducha Zemsty. Czasy, gdy tytuły pokroju „The Crow” czy „Spawna” świeciły swoje triumfy, dzieliła od wspomnianego momentu cała epoka, a jednak Siegel nie wahał się podjąć ryzykownego zabiegu fabularnego, czyniąc głównym bohaterem nowego cyklu, co tu kryć, umarlaka. Kredyt zaufania wydawcy, do spółki z przychylną recepcją czytelników, zrobiły swoje. Sprzedaż magazynu „More Fun Comics” (w nim właśnie publikowano każdego miesiąca dziesięć stron przypadków nietypowego bohatera) wzrosła dostrzegalnie, a to wystarczyło, by Spectre nie tylko na stałe „zakotwiczył” się na jego łamach, ale wręcz stał się jego cenioną wizytówką. Przejawiło się to w logo serii, na którym widnieje nie kto inny, jak sam Duch Zemsty.

Ci, którym dane było podczytywać opublikowany przez Egmont w styczniu 2009 roku wybór opowieści z udziałem Spirita, postać Spectre może wydać się na swój sposób znajoma. Formuła ilustracyjna (zwłaszcza w pierwszych epizodach „Spirita”) zarówno Willa Eisnera, jak i Bernarda Bailly’ego (odpowiedzialnego za graficzną oprawę perypetii Jamesa Corrigana), zdradza wyraźne inspiracje warsztatem twórczym Miltona Caniffa. Choć gwoli ścisłości wypada przyznać, że obaj młodzi wówczas adepci sztuki komiksowej blado wypadali na tle dokonań swego mistrza, to jednak nie sposób odmówić ich pracom szczególnej urokliwości. Po drugie, zarówno Denny Colt (czyli właśnie najsłynniejszy twór Eisnera), jak i Jim Corrigan, zarabiali na życie jako wspomagający policję prywatni detektywi. Obaj też w premierowych odcinkach swych perypetii srogo zapłacili za mieszanie się w tak zwane „nie swoje sprawy” i niebawem powrócili wzbogaceni o nowe umiejętności. Zupełnie inną sprawą są dalsze losy obu panów, które jak czas pokazał poszybowały w dalece odmiennych kierunkach.


Wierzgający umarlak

Póki co, na etapie późnych lat trzydziestych, zarówno Spectre jak i Spirit podjęli się znacznie bardziej przyziemnych obowiązków „oczyszczania” ziemskiej sfery rzeczywistości z uprzykrzającym życie zwykłym obywatelom szumowin. Z czasem łotrzykowie, z którymi przyszło zmierzyć się Duchowi Zemsty, stali się znacznie bardziej wyszukani, co nie dziwi, zwłaszcza że dysponował on de facto nieograniczoną potęgą. Chociaż gwoli ścisłości wypada dodać, że w początkach jego kariery nie mogło być mowy o automatycznym przeistaczaniu się w charakterystyczną, bladą istotę odzianą w zielony całun (pierwotnie w ciemno niebieski). Stąd świeżo przywrócony do życia umarlak zmuszony był chwycić za dratwę, nici i z niemałym trudem uszyć sobie ów „roboczy uniform”. Na szczęście później było już pod tym względem znacznie łatwiej.

Spectre z miejsca jednak dał się poznać jako osobnik nieprzebierający w środkach, bezpardonowo rozprawiając się z tymi, którzy ośmielili się stanąć mu na drodze. Boleśnie odczuli to między innymi członkowie szajki niejakiego „Gata” Bensona, rzezimieszka odpowiedzialnego za przytopienie Corrigana w beczce wypełnionej cementem. Jak na ówczesne standardy, formuła rozprawy z tymiż zbójami jawiła się wyjątkowo radykalnie, a na odprowadzenie szemranego towarzystwa za kołnierz przed oblicze trybunału po prostu nie było tu miejsca. Spectre załatwiał sprawę „krótko i zwięźle”, stając się tym samym odległym prekursorem postaci takich jak Judge Dredd, Vigilante czy wciąż popularny w naszym kraju The Punisher. Przy tej okazji warto nadmienić, że termin „The Dark Knight” wbrew pozorom nie został ukuty na potrzeby zamaskowanego alter ego pewnego multimiliardera z Gotham City, a właśnie Spectre…


Duchy, kosmici i szaleni naukowcy

Biorąc pod uwagę ogrom potencjału Ducha Zemsty (nie tylko lewitował, dematerializował się czy zwiększał do woli swoje rozmiary, ale też bez problemu przemieszczał się ku innym sferom rzeczywistości i równoległym wymiarom), „waga gatunkowa” jego adwersarzy musiała być wprost proporcjonalna do jego możliwości. Stąd przyszło mu stawić czoła Zorowi, odzianemu w staroświecki frak i cylinder wrażemu duchowi czyhającemu na bliską sercu Corrigana niewiastę imieniem Clarice. W innym epizodzie (nr 68) z niemałym trudem odparł inwazję floty kosmitów, rozrysowanych tu w formule tak zwanych „małych zielonych ludzików”. Niniejsza fabuła zyskuje na urokliwości głównie za sprawą obecnych pojazdów wrogo usposobionej obcej cywilizacji, które dziwnym trafem przypominają auta według charakterystycznego dla przełomu lat trzydziestych i czterdziestych wzornictwa przemysłowego. I nic w tym dziwnego, bowiem do chwili, gdy niejaki Kenneth Arnold wypatrzył ponoć nad górą Rainiera obiekty określone przezeń mianem „latających spodków”, dzieliło twórców tej opowieści jeszcze sześć lat. Nie brak tu też motywów znanych z klasycznych utworów gotyckich, które z czasem odnalazły swe miejsce nie tylko w fabułach aż nazbyt popularnych, ale też bardziej nam współczesnych horrorach. Opętany manią wielkości hipnotyzer, dysponujący zaawansowaną technologią Xnon, duch mordercy poddanego egzekucji na krześle elektrycznym – to tylko część pulpowego tabunu przeciwników, z jakimi miał do czynienia Spectre.


„I śmieszno i straszno”

Pomimo z reguły ponurej wymowy scenariuszy z udziałem Spectre, nie zabrakło również akcentów humorystycznych. Bo jak inaczej tłumaczyć konfrontacje tegoż osobnika („More Fun Comics” nr 62 z grudnia 1940 roku) z wyposażonym w jedno oko (no bo po co więcej…) „Super-Mózgiem”, niezbyt przy tym mile ustosunkowanym wobec otoczenia. Mało tego! Po wydobyciu ze szklanego słoja, w którym wspomniany stwór pierwotnie był przechowywany, uraczył on przerażonych bohaterów tej fabuły nad wyraz wyszukanymi kwestiami typu: „Ho! Ho! You’ve given me The Universe-Infinity! Ho! Ho! He! The Cosmos!!” lub też „Everybody listen!! First I’ll crush the cities! I’ll absrob oceanes! Cover the World”. Jak można się domyślić, za sprawą Spectre te aż nazbyt holistyczne ambicje nie doczekały się realizacji. Zupełnie inną sprawą jest, czy zaistnienie podobnych „kwiatków” (których jest tu zresztą znacznie więcej) stanowiło efekt w pełni zamierzony. I mimo, że dla większości współczesnych czytelników podobne motywy to przeszkoda nie do przebrnięcia, to jednak w przekonaniu piszącego te słowa fabuła zaistniała w dobie Złotej Ery komiksu superbohaterskiego wyzbyta podobnych akcentów wiele straciłaby na swym unikalnym klimacie. Trochę na podobnej zasadzie, jak wstawki w „Kapitanie Żbiku” z udziałem gitowców, cinkciarzy czy prywaciarzy o nie do końca sprecyzowanych źródłach dochodu. Niby wspomniane motywy wzbudzają obecnie co najwyżej śmiech przemieszany z odrobiną nostalgii; a jednak nie sposób wyobrazić sobie przypadków wzorcowo ulizanego funkcjonariusza MO pozbawionych tego typu klimatycznych „smaczków”.

Ostatnia z zaprezentowanych w niniejszym tomie opowieści miała swą premierę w sierpniu 1941 roku („More Fun Comics” nr 70); stąd próżno doszukiwać się na jego kartach akcentów negatywnego nastawienia wobec państw Osi. Wszak Stany Zjednoczone wciąż trzymały się z daleka od konfliktu zbrojnego, stopniowo obejmującego swym zasięgiem coraz rozleglejsze obszary Starego Świata. Na pierwszą „wojenną” okładkę przyszło poczekać czytelnikom tegoż magazynu aż do października kolejnego roku. Ta okoliczność nieco dziwi, tym bardziej, że większość twórców tworzących na potrzeby tegoż, jak i innych podobnych magazynów, rekrutowała się spośród potomków żydowskiej emigracji, z oczywistych względów niezbyt przychylnie ustosunkowanych wobec ideologicznych pomysłów III Rzeszy. Widać jednak, w odróżnieniu od między innymi Joe Simona i Stanleya Leibera (czy jak kto woli Stana Lee), nurtowały ich inne zagadnienia niż kolejne udane kampanie Wehrmachtu, której to sile zbrojnej usiłowali przeciwstawić Captaina America czy Destroyera. I tak też jest w przypadku Spectre, zaabsorbowanego konfrontacją z wrażymi bytami o charakterze znacznie bardziej nadprzyrodzonym.


Komiksowa sztuka naiwna?

Jak już wspomniano, warstwa graficzna nosi znamiona inspiracji warsztatem Miltona Caniffa, choć bez widocznej w jego dojrzałych pracach płynności kreski i nieskrepowanej swobody. Stylistyka Baily’ego to mieszanina nieporadności z samozaparciem grafika do usprawniania jakości swych rysunków. Pozornie zachowawcza maniera obfituje w nowatorskie rozwiązania (na przykład oblicze Spectre manifestujące się w płomieniu zapałki), z czasem zaadaptowane przez późniejszych twórców perypetii Jamesa Corrigana. Trud Baily’ego na rzecz doskonalenia umiejętności przyniósł pożądane efekty, co daje się dostrzec niemal z każdym kolejnym epizodem. Ze szczególną elegancją Baily ukazuje zarówno przestrzenie Kosmosu, jak i innych wymiarów, w których Spectre bywa nadzwyczaj ochoczo. Jest w tym nie mało naiwności, nacechowanej jednak urokliwością, a zarazem niepowtarzalnością. Ukazane w tle przedmioty codziennego użytku (zwłaszcza archaiczne telefony i pojazdy, binokle, a przy okazji … stylizowane na cesarza Wilhelma II charakterystyczne wąsiki) wpisują się w to odczucie. Brak biegłości w poprawnym ukazywaniu anatomii czy perspektywicznych skrótów to cecha większości ówczesnych plastyków parających się komiksem rozrysowanym w realistycznej manierze. I nie jest to zresztą zarzut, bowiem wirtuozi kreski pokroju Hala Fostera, Burne’a Hogartha czy nawet Alexa Raymonda wciąż stanowili w tym pozostającym domeną entuzjastów-amatorów interesie rzadkość. Nawet Will Eisner, chociaż znamiona talentu rzeczonego widoczne są od niemal pierwszych jego prac, miał przed sobą jeszcze bardzo długą drogę. Stąd zarówno na jego tle, jak i prac twórców, takich jak George Papp, Paul Norris czy Martin Nodell rysunki Baily’ego, wypada uznać za bardzo udane. Wielbiciel współcześnie powstających komiksów może śmiało pokpiwać sobie z wspomnianych grafików, a zwłaszcza efektów ich twórczego trudu, co nie zmienia faktu, że bez naznaczonej trykotem Złotej Ery nie sposób wyobrazić sobie rozwoju komiksowego medium.


Na dalszym planie

Wraz z sześćdziesiątym ósmym wydaniem „More Fun Comics” (czerwiec 1941 roku), Spectre ustąpił rolę głównego gospodarza okładek magazynu innemu herosowi o mocy pochodzącej z mistycznego źródła. Doctor Fate, szczęśliwy posiadacz magicznego hełmu czarownika Nabu, nie długo cieszył się tym przywilejem, bowiem został on rychło (w marcu kolejnego roku) „zdetronizowany” przez coraz popularniejszego Green Arrow i jego nastoletniego pomocnika – Speedy. Zaskakująco przychylna recepcja tego zespołu wśród czytelników sprawiła, że to właśnie oni urośli do rangi wizytówki „More…”. Logo ze Spectre po raz ostatni zamieszczono na okładce tegoż magazynu wraz z numerem osiemdziesiątym pierwszym (lipiec 1942 roku). Sam zaś Duch Zemsty „pożegnał” się z jego łamami wraz z początkiem roku 1945 (nr 101), lądując na samym dnie komiksowego Limbo. Ta wymuszona, co tu kryć, ekonomicznymi czynnikami absencja miała potrwać przeszło dwie długie dekady. Niniejszy tom raczej nie ma szans „przekonać nieprzekonanych”. Niemniej stanowi pamiątkę po czasach krótkotrwałej popularności tej niezwykłej postaci, a zrazem urokliwą „podróż sentymentalną” ku Złotej Epoce superbohaterskiej konwencji.

Przemysław Mazur

„The Golden Age Spectre Archives vol.1”
Scenariusz: Jerry Siegel
Rysunki: Bernard Baily
Przedmowa: Jerry Bails
Wydawca: DC Comics
Czas publikacji: 12.03.2003
Okładka: twarda z obwolutą
Format: 19 x 29 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Liczba stron: 224
Cena: $49,90

Zawiera opowieści opublikowane pierwotnie na łamach magazynu „More Fun Comics” nr 52-70 (luty 1940- sierpień 1941 roku).

,