Gary, samuraje i meduzy


SKAŻONA JAPOŃSZCZYZNĄ

GARY, SAMURAJE I MEDUZY


Ciemno się robi za oknem. Śnieg udaje, że go wcale nie ma i ciurka sobie niemrawo na parapet i okolicę. Człowiek zaczyna prowadzić zaiste kreci tryb życia, nie przymierzając – jak przestępcy, którzy lubią się szlajać po nocy. Albo harcerze z „Niewidzialnej ręki”, jak kto woli. W takich chwilach zwyczajne obowiązki domowe urastają do zadań, z którymi nawet superbohater miałby problem (przynajmniej przez pięć stron komiksu).

Od pewnego czasu zmagam się ze stosem garnków w zlewie. Jestem przekonana, że naczynia rozmnażają się przez pączkowanie zaraz, gdy się tylko odwrócę. Za każdym razem, kiedy dokopię się do dna, magicznym sposobem objawia się kubeczek, albo łyżeczka, które inicjują proces rozmnażania i ani się człowiek nie spostrzeże, a już spogląda na niego z wyrzutem metaliczno-porcelanowa Buka. Czuję się jak bohater nienormalnej kreskówki, który próbuje pozbyć się mrówek z domu czy innych pszczół, a małe paskudztwa przybierają kształt wielkiej ręki, która daje mu klapsa w kuperek. W takich chwilach marzę o tym, żeby zamknąć oczy, machnąć parę razy rękami i bach! – wszystko było zrobione. Jak animowany samuraj, który szykuje się do ataku, przebiega między przeciwnikami, a w następnym ujęciu stoi z uniesionym mieczem, podczas gdy przeciwnicy (po obowiązkowej sekundzie stania w bezruchu) opadają na ziemię.

Zamiast walczyć odpalam sobie odcinek „Meduziej księżniczki” (czyli „Kuragehime”) – anime, które traktuje o babach w okolicy trzydziestki, mieszkających w jednym domu. Oderwane od rzeczywistości zanurzają się w swoim hobby, mają problem ze światem zewnętrznym, który każe ludziom się odchudzać, malować, przebierać i być „cool”. Ich próby dostosowania się do „zewnętrza” są śmieszne i nieco żałosne, bo meduzy są śliczne tylko w głębi morza, wyciągnięte na brzeg tracą grację i powab, zamieniając się w galaretowate paskudztwa. Kiwam mądrze głową, a wewnętrzny leń krzyczy z samozadowoleniem, że nie muszę się zmieniać, bo jestem meduzą, ha! Potakuje mu wewnętrzny Tyler Durden, który dodatkowo cytuje nazifeministyczne hasła o wolności kobiety od obowiązków domowych. Zamieniam się w pingwinka i ślizgam się na brzuszku… a Buka w zlewie chichocze.

Do porządku przywołuje mnie Usagi, który patrzy z wyrzutem z okładki komiksu. Tak, jak kiedyś zaganiał mnie do uczenia się psychologii poznawczej, tak teraz sprawia, że wstaję i idę do kuchni stoczyć kolejną walkę. Wygrałam, przynajmniej na chwilę.

Zima i brak słońca robią z ludźmi dziwne rzeczy… Powinnam częściej wychodzić.

Joanna Pastuszka

, ,