Agata Łaguniak


RYSOWANIE JEST DLA MNIE SPOSOBEM NA WYRAŻANIE SIEBIE

ROZMOWA Z AGATĄ ŁAGUNIAK


KZ: Zacznę od standardowego pytania. Jak zaczęła się twoja przygoda z komiksem?

Agata Łaguniak (AŁ): Zaczęła się od takich tytułów jak „Old Shatterhand i Winnetou” czy „Thorgal”, czytanych wspólnie z bratem. Potem zaczytywałam się zeszytówkami TM-Semica. Miałam ten komfort, że czytaliśmy komiksy razem z bratem i kuzynostwem, wymienialiśmy się nimi itp. Stopniowo zainteresowałam się innymi gatunkami: mangą czy amerykańskim komiksem niezależnym.

KZ: Tworzysz na poważnie już od kilku lat. W Polsce, nie licząc „Bostońskich małżeństw”, współpracowałaś jedynie z zinem „Agresor”. Z tego, co wiem,Twój komiks nie został w nim nawet opublikowany w całości. Czy to zraziło cię do podjęcia późniejszych prób publikacji w innym rodzimym zinie?

AŁ: Zaczęłam publikować w Stanach i wydawanie tam shortów szło mi na tyle nieźle, że po prostu nie myślałam o publikacjach na rodzimym podwórku.

KZ: Jakie zdarzenie stało się przełomem, który spowodował iż zdecydowałaś się spróbować swoich sił za granicą i dlaczego wybrałaś akurat USA?

AŁ: Zwyczajnie znalazłam ogłoszenie o naborze do antologii i postanowiłam spróbować. Nie było to podyktowane żadnym przełomowym wydarzeniem.

KZ: Pierwszy Twój wydany w Ameryce komiks to „Fotografia” w zbiorze „Slam Bang”. Ten sam, który pocięty trafił też do „Agresora”. Próbowałaś z tą samą historią, bo chciałaś, aby wreszcie ukazała się w całości, czy po prostu korzystałaś z tego, że masz gotowy materiał?

AŁ: „Fotografia” najpierw ukazała się w „Slam Bang”, w całości, później trafiła do „Agresora”, gdzie została pocięta. Do „Agresora” wysłałam komiks, bo po prostu dysponowałam gotowym materiałem.

KZ: Twoje shorty trafiły do trzech numerów „Slam Bang”. Czy to znaczy, że stałaś się jedną ze stałych gościn cyklicznej publikacji Allena Freemana?

AŁ: W pewnym momencie regularnie publikowałam w „Slam Bang”, być może moje prace pojawią się w przyszłych numerach.

KZ: Kolejnym wydanym było „Bitter-Sweet Melody” w „Yuri Monogatari”, antologii zupełnie innego pokroju. Znaczny rozstrzał zarówno tematyczny, jak i graficzny. Rozumiem, że próbowałaś swoich sił gdzie tylko była możliwość.

AŁ: Próbowałam swoich sił w zróżnicowanych tematycznie antologiach, bo tworzę różne komiksy, zarówno pod względem fabularnym, jak i graficznym.

KZ: Podobno współpraca z Ericą Friedman z ALC Publishing, wydawcy „Yuri Monogatari”, była dla ciebie szczególnie niemiłym doświadczeniem, ze względu na jej uwagi do wersji formalnej, scenariusza i ciągłe opóźnianie korekty? Jak dałaś sobie z tym radę?

AŁ: Rzeczywiście bardzo ciężko mi się z nią pracowało, tym bardziej, że w zasadzie nigdy poza nią nie miałam problemu z edytorami, co więcej od niektórych naprawdę wiele się nauczyłam. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się to szczególnie ważne, kolejna publikacja, kolejne doświadczenie.

KZ: Byłaś też jedyną kobietą opublikowaną w „Queerbait”. Nie czułaś się dziwnie w męskim, homoseksualnym gronie autorów, z których każdy narysował komiks gejowski? Wysyłając tam swoje zgłoszenie, wiedziałaś, że będziesz jedyna? Nie wydaje mi się, aby w tym wypadku całości przyświecała zwykła chęć posiadania kolejnej publikacji na koncie.

AŁ: Zależy, o którym „Queerbait” mowa; w pierwszym, poza moim, są tylko komiksy gejowskie, w drugim jest większe zróżnicowanie tematyczne. Wysyłając komiks wiedziałam tylko, że ma to być antologia LGBT. To, że moja praca „odstaje” od reszty specjalnie mi nie przeszkadza, dobór shortów w antologiach jest często w jakimś stopniu przypadkowy.

KZ: Czy praca z wydawcą w Ameryce i Polsce różni się czymś?

AŁ: Nie mam na tyle dużego doświadczenia w pracy z polskimi edytorami, żeby się wypowiadać. Mogłabym się powoływać tylko na doświadczenia związane z „Agresorem”, a to pewnie byłoby krzywdzące dla innych polskich zinów czy antologii.

KZ: Ciągle wspominamy tu o Twoich komiksach drukowanych w różnego rodzaju antologiach. Czy nie działa to na Ciebie deprymująco, że wciąż publikujesz tylko w antologiach, zamiast wydać pełnometrażowy album?

AŁ: Pracuję nad powieścią graficzną, mam pomysły na kilka następnych, ale taka praca wymaga czasu. W tym momencie zarzuciłam wydawanie w antologiach i koncentruję się tylko na dłuższych historiach.

KZ: Twoje wczesne prace narysowane są w mangowej stylistyce, nowsze noszą wyraźne influencje komiksu zachodniego. Widać, że się rozwijasz. Wzorujesz się na jakimś konkretnym twórcy czy chcesz się wyrwać z ram, w których rozpoczynałaś przygodę z rysowaniem?

AŁ: Jeśli chodzi o konkretnych twórców, z których czerpię inspirację, to mogę podać choćby Becky Cloonan czy Rossa Campbella. Rzeczywiście w pewnym momencie stwierdziłam, że wolę eksperymentować ze stylem, niż trzymać się stricte mangowej kreski. Nie było to spowodowane wpływem konkretnego twórcy, po prostu uznałam, że typowo mangowa konwencja mnie w pewnym stopniu ogranicza.

KZ: Publikowałaś w „Bostońskich małżeństwach”, wystawiałaś prace na wystawie Polski Komiks Kobiecy zorganizowanej przez Centralę. Pojawiło się u nas sporo głosów krytyki, że nie ma sensu promować kobiecej sztuki i że nie ma czegoś takiego jak komiks kobiecy. Zgadzasz się z tym czy może wręcz przeciwnie, jesteś zwolenniczką popularyzacji sztuki mniejszościowej.

AŁ: Szczerze mówiąc nie śledziłam tej dyskusji. Jestem po prostu zwolenniczką popularyzacji dobrego komiksu.

KZ: Wiemy, że od ponad roku pracujesz nad powieścią graficzną, obyczajówką o nastolatkach, rozgrywającą się w Polsce. Możesz nam zdradzić coś więcej z fabuły?

AŁ: Bohaterkami są trzy przyjaciółki, licealistki, dziewczyny które stają przed rozmaitymi problemami, zarówno tymi typowymi dla nastoletniego wieku, jak i bardziej poważnymi. Jako, że jedna z dziewczyn jest perkusitką, ważną role w komiksie odgrywa muzyka.

KZ: Wydawcy dla tej powieści będziesz szukać również w USA? Na tamtejszym rynku młodzieżowych historii jest cała masa.

AŁ: Możliwe, że będę szukać wydawcy na Zachodzie, ale najpierw przede wszystkim komiks musi powstać.

KZ: Jesteś związana artystycznie z łódzkim środowiskiem anarchistycznym, dla którego wykonujesz plakaty i ilustracje. Sama zaoferowałaś swoją pomoc czy oni cię znaleźli?

AŁ: Moja przyjaciółka, która byłą w tym czasie związana ze środowiskiem wolnościowym potrzebowała ilustracji przy kilku projektach.

KZ: W Twoich komiksach charakterystyczne są motywy homoseksualne, obsada wielonarodowościowa, sporo w nich też muzyki i klimatów gangsterskich. Dosyć to zaskakujące, jeśli brać pod uwagę inne polskie artystki czy artystów. Raczej niewiele takich elementów w ich twórczości. A jak to wygląda u ciebie, jest to efektem podążania za duchem twórczości zachodniej, polityczna poprawność czy zwykłe przelewanie na papier swoich zainteresowań?

AŁ: Próbuję sił w różnych stylistykach, ale generalnie rysuję komiksy na tematy, które mnie interesują, czy też mnie dotyczą. Nie ma to nic wspólnego z polityczną poprawnością.

KZ: Jesteś wielką fanką Faith No More. Wykonałaś kilka ilustracji przedstawiających członków grupy. Nie myślałaś o jakiejś dłuższej komiksowej pracy nawiązującej do tego zespołu?

AŁ: Jestem fanką Faith No More, trasa Second Coming Tour, podczas której miałam okazję kilka razy zobaczyć zespół na żywo, była dla mnie wielkim przeżyciem i spełnieniem marzeń. Myślałam o autobiograficznym shorcie koncentrującym się na którymś z koncertów.

KZ: W Polsce jesteś nieznana jako artystka. Nawet przy okazji „Bostońskich…”, byłaś wymieniana jako nowicjuszka, a miałaś już przecież wtedy na koncie około dziesięciu shortów opublikowanych za granicą. Dlaczego nie zabiegasz o jakikolwiek rozgłos?

AŁ: Rysowanie jest tak naprawdę dla mnie głównie sposobem na wyrażanie siebie, być może dlatego nie poświęcam wiele uwagi promocji i rozgłosowi. Nie jestem też związana z polskim fandomem komiksowym. W tym, że w Polsce jestem mało znana jako twórczyni komiksów pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że dotąd publikowałam prawie wyłącznie w Stanach, w dość niszowych wydawnictwach.

Rozmawiała Sylwia Kaźmierczak

,