Aquaman Vol.2


AQUAMAN VOL.2

NOWA JAKOŚĆ CZY ŚLEPA ULICZKA?


Bez względu na współczesną ocenę jakości „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”, jako mini-serii samej w sobie, nie sposób kwestionować jej znaczenia w kategorii cezury rozgraniczającej dwie epoki w dziejach DC Comics. Mało kto spodziewał się rewolucji, jaka nastąpiła w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. No, może poza ówczesnym koordynatorem serii publikowanych przez wspomnianego wydawcę, nieocenionym Dickiem Giordano.

Wśród osób, z którymi zamierzał tchnąć nowego ducha w nieco zaśniedziałe realia najstarszego uniwersum superbohaterów znalazł się również Neal Pozner, dotąd udzielający się w komiksowej branży raczej od strony logistycznej niż jako pełnowymiarowy scenarzysta. Podczas dyskusji, do której doszło w kontekście zaskakująco nikłej – w zestawieniu z Supermanem i Batmanem – popularności Wonder Woman, wspomniany sformułował diagnozę, w myśl której do zmiany tej sytuacji mogły przyczynić się dalece idące zmodernizowanie wizerunku tej postaci oraz nieco mroczniejsza wymowa fabuł z jej udziałem. Współcześnie tego rodzaju „złote myśli” mogą jawić się niczym do bólu ograny banał. Niemniej, gwoli ścisłości, wypada wspomnieć, że niniejsza „burza mózgów” miała miejsce około roku 1984, czyli w chwili, gdy zmiany, jakie niebawem miały nastąpić w formule ukazywania perypetii „trykociarzy”, nikomu wówczas jeszcze się nie śniły.

Niebawem okazało się, że łapę na ponętnej Amazonce „położył” George Perez (swoją drogą współodpowiedzialny za oprawę graficzną „Kryzysu…”) i ani myślał wyzbywać się towarzystwa rzeczonej aż do sześćdziesiątego drugiego numeru zmodernizowanej serii z jej udziałem. Hawkmana „zaklepał” Tony Isabella, a i Ray „The Atom” Palmer miał już okazję „brylować” w stylizowanej na heroic fantasy mini-serii „Sword of the Atom”. Giordano zaproponował zatem odświeżenie wizerunku Aquamana, bohatera niby pierwszoligowego, a jednak niemal od chwili swego debiutu wciąż jakby przytłoczonego przez naczelne ikony DC Comics. Z zapałem oraz pełną powagą Pozner podjął się przygotowań do powierzonej mu roli wertując wszystkie opublikowane do tej pory opowieści z udziałem Arthura Curry (czyli Aquamana w „cywilu”), a przy okazji gorliwie odwiedzając znajdujące się w jego zasięgu muzea oceanografii. Mniej więcej po pół roku przygotowań zarys opowieści był już gotowy do dalszej „obróbki”.

Osnowę niniejszej fabuły stanowią perturbacje, do których doszło w społeczności Atlantydy w skutek zaginięcia starożytnego artefaktu należącego niegdyś do maga Ariona, jednej z kluczowych osobowości w dziejach zatopionego lądu. Podejrzenie z miejsca pada na mieszkańców powierzchni, powszechnie znienawidzonych w podmorskim królestwie. Wrogo nastawiona wobec nich arystokracja domaga się od króla Vulko stanowczej reakcji. Siły zbrojne Atlantydy zostają postawione w stan pełnej gotowości. Tym samym krwawy konflikt zdaje się nieunikniony. Bystry monarcha intuicyjnie wyczuwa jednak, że zarzuty są bezpodstawne, a za intrygą skrywa się ktoś ze znacznie bliższego sąsiedztwa. Jak już wielokrotnie w problematycznych sytuacjach, także i teraz Vulko szuka wsparcia u Arthura Curry’ego. Niefortunnie mało kto spośród jego poddanych ufa Aquamanowi, który ze względu na mieszane pochodzenie oraz permanentne przejawy sympatii wobec mieszkańców „Nadziemia” postrzegany jest co najmniej jako kolaborant. Nie zważając na niebezpieczeństwo ze strony własnych ziomków, rzecz jasna podejmuje się on misji odzyskania cennego kryształu, udając się w tym celu do rządzonego według zasad matriarchatu miasta-państwa Thierna Na Oge. Tam również jednak nie jest mile widziany. Podróż do wrażego grodu nie pozostaje jednak bezowocna; niebawem bowiem uświadamia sobie, że za kradzież odpowiada aż nazbyt dobrze znany mu „stary znajomy”…

„Klucz”, według którego Pozner zamierzał zmierzyć się z tematem wypada ocenić jako mieszaninę ezoteryki naznaczonej koncepcjami Edgara Cayce’a z tradycyjnym superbohaterskim „pokostem”, którego z oczywistych względów nie mogło tu zabraknąć. Wątek magicznych kryształów, na których miała opierać się moc Atlantydów to zapewne pochodna wizji osławionego „śpiącego proroka”, w myśl której zagładę mitycznego lądu spowodowało niefrasobliwe użytkowanie technologii opartej właśnie na kryształach. Tworząc zręby obecnego tu świata przedstawionego, Pozner skomasował dotąd niezależne od siebie inkarnacje podmorskiej cywilizacji eksploatowane przez tworzących na potrzeby DC Comics twórców. Stąd m.in. retrospekcja z udziałem Ariona, niegdysiejszego władcy Atlantydy, a zarazem gospodarza solowego tytułu publikowanego w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Nie omieszkał również znacząco rozbudować usytuowanego w głębinach uniwersum, bowiem obok Atlantydy i Posejdonii w oceanicznych odmętach umiejscowił również inne skupiska cywilizacji, takie jak wzmiankowane Thierna Na Oge oraz znany z mezoamerykańskiej tradycji mitycznej Tlapalan. Nastrój tajemnicy przemieszanej z atlantologicznymi motywami generuje niesamowity klimat, którego próżno doszukiwać się w późniejszych perypetiach „Władcy Siedmiu Mórz”.

Galeria postaci zapewne nie wzbudziłaby zainteresowania zwolenników dajmy na to „Kaznodziei” czy „100 Naboi”. Niemniej w swojej klasie napotykamy tu osobowości ujęte całkiem przekonująco. Cieszy zwłaszcza chęć nadania wizerunkowi Ocean Mastera (klasycznego oponenta Aquamana) większej dozy drapieżności, zwłaszcza w trakcie konfrontacji, do jakiej doszło z jego przyrodnim bratem na płaszczyźnie astralnej. Myra, małżonka Arthura, odgrywa tu marginalną role ustępując miejsca pochodzącej z Thirena Na Oge czarodziejce Nuadzie. I to właśnie ona, swoista przewodniczka Aquamana po dotąd obcym mu świecie magii, odgrywa tu pierwszoplanową role kobiecą, równocześnie przyczyniając się do duchowej metamorfozy tytułowego bohatera. To z kolei zapowiada zupełnie nową epokę w jego dziejach. A przynajmniej tak miało być w zamyślę twórców tej mini-serii…

Zilustrowanie przedsięwzięcia powierzono Craigowi Hamiltonowi, wówczas nuworyszowi w komiksowej branży. Jakość jego próbnych prac z miejsca rozwiała ewentualne obawy Dicka Giordano i Klausa Johnsona co do słuszności tej decyzji. Tymczasem liczący sobie wówczas zaledwie dziewiętnaście lat entuzjasta nie krył onieśmielania przemieszanego z poczuciem otrzymania życiowej szansy. Stąd arcypoważnie potraktował swój angaż, co znajduje odzwierciedlenie na niemal każdej planszy tegoż tytułu. Finezyjna, pełna elegancji kreska, ogrom szczegółów przy równoczesnym eksperymentowaniu z komponowaniem kadrów przywodzi na myśl dokonania Francoisa Schutiena, Andreasa Martensa oraz Berni’ego Wrightsona. I chociaż w toku kolejnych lat warsztat Hamiltona rozwinął się ku nieco odmiennym kierunkom (czego przejaw można odnaleźć m.in. na kartach serii takich jak „The Spectre vol.4”, „Lucyfer” czy „Baśnie”) to jednak on sam jako swego mistrza niezmiennie wskazuje Mike’a Grella, zwłaszcza z etapu jego pracy nad perypetiami Legionu Superbohaterów. Trudno też uniknąć porównań do wczesnej stylistyki Barry’ego Windsor-Smitha, znanej polskim czytelnikom ze zbiorczego wydania przygód Conana (zaprezentowanego w marcu 2006 roku przez wydawnictwo Mandragora). Szczególnie wyszukanie jawi się nowatorski ubiór Aqaumana (swoją drogą według szkiców koncepcyjnych Poznera), który wbrew pozytywnym opiniom czytelników nie zyskał trwałej akceptacji zarządu DC (choć z czasem doń powrócono w nieco zmodyfikowanej kolorystycznie formule obdarzając nim Gartha/Aqualada/Tempesta, swego czasu młodocianego pomocnika Arthura Curry’ego). To właśnie ów strój uchodzi za główne novum i najbardziej charakterystyczny element niniejszej mini-serii. Pomimo starań Hamiltona na rzecz zaprezentowania swych umiejętności od najlepszej strony nie ustrzegł się on licznych błędów m.in. w kreśleniu skrótów perspektywicznych. Zapewne wynikało to z młodego stażu tegoż rysownika, a tym samym pełnego wyrobienia w uprawianym przezeń fachu. Czytelnicy ochoczo mu to jednak wybaczyli, tym bardziej, że skala dopracowania rysunków wprawiła w euforię nawet najwybredniejszych koneserów trykocianej konwencji. Niejeden zresztą zadawał sobie pytanie jak wiele czasu ów grafik poświęcał przygotowaniu każdej z plansz. Ponoć całość oprawy graficznej zajęła mu około ośmiu miesięcy, co przy obecnej tu skali dokładności niewątpliwie imponuje. W tworzeniu okładek sekundował mu publikowany również u nas P. Craig Gardner. Przynajmniej pierwsza i czwarta prezentują się co najmniej wyróżniająco i to nie tylko na tle ówczesnych produkcji DC.

Neal Pozner wyraźnie miał ochotę kontynuować pracę nad perypetiami Artura, czego nie omieszkał deklarować odnosząc się do uwag czytelników. Czas jednak pokazał, że nie było mu to dane, a jego przygoda z Aquamanem zakończyła się wraz z finalnym epizodem niniejszej mini-serii. Zarówno on, jak i reszta zespołu zaangażowanego przy tym przedsięwzięciu nie kryli swego rozczarowania chłodnymi ocenami ze strony odbiorców. Istotnie ogół fanów „Króla Siedmiu Mórz” zareagował chyba aż nazbyt zachowawczo, deprecjonując magiczną otoczkę fabuły i jej wyraźnie baśniowy wydźwięk. Przywiązanie do tradycyjnego wizerunku Atlantydy jako zaawansowanej technologicznie podmorskiej cywilizacji okazało się widać nazbyt silne. Mało kto zresztą spośród odbiorców superbohaterskich fabuł spodziewał się aż tak dalece idących zmian jakie niebawem zafundował im John Byrne („The Man of Steel”) czy Mike Grell („Green Arrow: The Longbow Hunters”). Na etapie początku roku 1986 wciąż przeważał kurs nie tyle zachowawczy, co nacechowany ostrożnością, czego przykładem są fabuły takie jak chociażby niewiele wcześniejszy „Shadow War of Hawkman” wzmiankowanego Tony’ego Isabella. Przysłowiowe trzęsienie ziemi miało zatem dopiero nastąpić, a mini-seria Poznera i Hamiltona na ich nieszczęście zaistniało tuż przed jego rozpoczęciem. Wypada przyznać, że nieco w tym winy samego scenarzysty, który z jednej strony zdecydował się na dość radykalne posunięcia – chociażby w kontekście wizerunku powierzonej mu postaci; z drugiej natomiast zabrakło mu odwagi by sięgnąć po bardziej nowatorskie, a zarazem przekonujące potraktowanie genezy Aquamana, w jego wykonaniu zbyt dalece uzależnionej od pierwowzoru doby Złotej Ery. Pod tym względem znacznie śmielszy okazał się Peter Dawid, czego dosadny przejaw odnajdujemy w o cztery lata późniejszej mini-serii „Atlantis Chronicles”. Dlatego też reformistyczne zapędy zespołu twórczego „Aquaman vol.2” trafiły niestety w pustkę. Opublikowane przeszło dwa lata później (październik 1988 roku) wydanie specjalne z udziałem tej postaci to już nie tyle „łabędzi śpiew” wizji Poznera, co niezbyt subtelna próba jej wymazania. Szkoda, bo zmiany zasygnalizowane na kartach rozpisanej przezeń fabuły zachęcająco wróżyły na przyszłość. Istotnym dziedzictwem jego wysiłków pozostało jednak wstępne usystematyzowanie niepowiązanych dotąd różnych wersji Atlantydy funkcjonujących od dziesięcioleci w ramach uniwersum DC.

Brak woli zarządu wydawnictwa do kontynuowania mini-serii po dziś dzień pozostaje wielką niewiadomą. Pomimo więcej niż umiarkowanego entuzjazmu dawnych fanów „Króla Siedmiu Mórz” premierowy odcinek znalazł nadspodziewanie wielu nabywców, a i kolejne zapewne dystrybuowano w niewiele mniejszej liczbie kopii. Przynajmniej część spośród czytelników doceniała ezoteryczny posmak tej fabuły, w tym także cyzelowane ilustracje Hamiltona. Wbrew temu, zarówno jemu, jak i Poznerowi, nie dano już drugiej szansy, czyniąc tym samym niniejsze przedsięwzięcie efektownym, choć usytuowanym poza głównym kontinuum dziejów tej postaci epizodem. Jest to o tyle dziwne, że w letnim wydaniu magazynu „Amazing Heroes Previes Special” z 1986 roku zamieszczono zapowiedź dalszego ciągu tej mini-serii, planowany już najbliższą jesienią. Zamierzano ponoć znacznie więcej miejsca poświęcić „rodzince” Arthura (zwłaszcza Myrze i Garthowi). Do niczego takiego jednak nie doszło, a Craig Hamilton w wywiadzie udzielonym jednemu z komiksowych serwisów stwierdził, że nigdy nie zaproponowano mu realizacji podobnego projektu. Być może więcej na ten temat miałby do powiedzenia Neal Pozner. Niestety zmarł w roku 1996.

Pomimo upływu ćwierci wieku od chwili swej publikacji, „Aquaman vol.2” w mniemaniu wielbicieli tej postaci (wbrew pozorom za Oceanem nie jest ich znowuż tak mało) niezmiennie sytuuje się na pozycji jednej z najbardziej wyjątkowych i pamiętnych opowieści z udziałem Arthura Curry. Nawet jeśli nie za sprawą niedocenionej przez współczesnych fabuły, to z pewnością ze względu unikalną, dopracowaną warstwę graficzną. I rzeczywiście, rzecz nie traci na swym uroku, co tym bardziej dziwi, że jak dotąd nie zdecydowano się na jej zbiorczą reedycję. Wypada mieć nadzieję, że w niezbyt odległej perspektywie zarząd DC zdecyduje się naprawić to przeoczenie, bo publikacja tej mini-serii na odpowiednim papierze i równoczesnym wzbogaceniu gamy kolorystycznej nadałyby jej nowego blasku.

Przemysław Mazur

„Aquaman vol.2”
Scenariusz: Neal Pozner
Szkic: Craig Hamilton
Tusz: Steve Montano
Kolor: Joe Orlando
Liternictwo: Bob Lappan
Okładki: Craig Hamilton i P. Craig Russell
Wydawca: DC Comics
Czas publikacji: luty-maj 1986 roku
Okładka: miękka
Format: 17 x 26
Druk: kolor
Papier: offset
Liczba stron: 32 x 4
Cena: 75c x 4

„Aquaman Special nr 1”
Scenariusz: Gary Cohn i Dan Mishkin
Szkic i tusz: George Freeman i Mark Pacella
Kolor: Tom Ziuko
Liternictwo: Ron Muns
Okładka: George Freeman i Mark Pacella
Wydawca: DC Comics
Czas publikacji: marzec 1988 roku
Okładka: miękka
Format: 17 x 26
Druk: kolor
Papier: offset
Liczba stron: 48
Cena: $1,50

,