Bane niszczyć! Bane rozwalać!


BANE NISZCZYĆ! BANE ROZWALAĆ!


Aby zyskać status najgroźniejszego przeciwnika Batmana nie trzeba tak wiele. Wystarczy wykończyć Mrocznego Rycerza psychicznie, odkryć jego tożsamość, wypuścić wszystkich psychopatów z Arkham, a na koniec złamać mu kręgosłup. Bane zaliczył wszystkie te punkty już w trakcie swojego komiksowego debiutu… Jednak w niniejszym artykule pragnę się skupić wyłącznie na „inkarnacjach”, w jakich postać ta ukazała się na ekranie – kinowym, telewizyjnym bądź komputerowym. Sam znam Bane’a głównie z jego fenomenalnego występu w „Knightfall” i jak dało mi znać wielu kolegów-fanów, niewiele straciłem nie zagłębiając się w inne papierowe publikacje przedstawiające jego osobę, więc siłą rzeczy będę przyrównywać filmowe wersje postaci do komiksowego pierwowzoru właśnie z okresu Upadku Mrocznego Rycerza. Zresztą, gdy Bane po raz pierwszy pojawił się na ekranie, był znany właśnie tylko z cyklu „Knightfall” – w animowanym uniwersum Bruce Timma zagościł raptem rok po swoim „popisie” na planszach komiksu.

Producenci „Batman: TAS” początkowo byli bardzo niechętni wykorzystaniu tej postaci, nawet pomimo jej dużej popularności. Pomysł okaleczenia głównego bohatera w serialu odpadał, a Bane nie miał w sobie tej groteskowości, co inni wrogowie Batmana, których osobowości były prawdziwą studnią, pozwalającą czerpać pomysły na nowe odcinki. Bane był postacią stworzoną tylko w jednym celu i całe jego istnienie obracało się wokół jednego pomysłu (przynajmniej tak go postrzegano w owym okresie). Zresztą z tego samego powodu przez długi czas nie chciano „ruszyć” Doomsdaya, który z kolei został „wynaleziony” tylko po to, by w starciu z Człowiekiem ze Stali się wzajemnie pozabijać. Ostatecznie postać, jak i jej historia, zostały przemodelowane na potrzeby serialu – mroczna przeszłość Bane’a poszła w zapomnienie, ograniczając się tylko do faktu, że był on więźniem, na którym naukowcy przeprowadzili doświadczenie z nowo wyprodukowanym serum do stworzenia super-żołnierzy. Eksperyment się udał, gdyż Bane opuścił więzienie demolując wszystko na swojej drodze i postanowił wykorzystywać swoje nowe zdolności fizyczne pracując jako zabijaka do wynajęcia…

Nim ktoś „wyskoczy” z twierdzeniem, że twórcy „Batman: TAS” zniszczyli tę postać, stanę w ich obronie, polecając rzut oka na pierwszy odcinek z jej wykorzystaniem. Bane nie pojawia się tutaj jako straumatyzowany wojownik rządny zniszczenia Batmana dla zaspokojenia własnych obsesji. Owszem, zostaje wynajęty przez Ruperta Thorna (jak dla mnie najbardziej niedoceniona postać tego serialu) w celu wyeliminowania Batmana raz na dobre, ale poza krzepą demonstruje także spory poziom inteligencji i strategicznych możliwości. Podobnie jak w komiksie, jest niczym myśliwy, który nie rzuci się po prostu na swoją ofiarę, ale najpierw pobawi się nią – okalecza Kiler Croca i demoluje Batmobil, by bohater wiedział, co go czeka. Wyczekuje również momentu, by złapać Robina i użyć go w formie przynęty.

Jasne, wszystko jest upchnięte w dwadzieścia minut i jak się domyślacie próba złamania Batmanowi kręgosłupa nie wychodzi tak, jak Bane planował, jednak mimo wszystko łotr pozostawia wrażenie srogiego i godnego Batmanowi przeciwnika, który nie jest po prostu dryblasem do wynajęcia, a dyktuje własne warunki. W odcinku zostaje wspomniane, że Bane ma obsesje na punkcie Batmana, przeczytał o nim każdy artykuł będąc w więzieniu (niestety kończy się na tylko jednej wzmiance). Pojawiają się również pewne poszlaki świadczące o tym, że jak tylko usnąłby bohatera, sam przejąłby władzę nad miastem.

Jeśli miałbym zaznaczyć coś, co bardziej podoba mi się w animowanym Bane’ie, to fakt, że jest on honorowy! Nie nachodzi znienacka wyczerpanego i rannego bohatera w jego domu i nie rzuca się na niego na dzień dobry. Każdy głupi by tak potrafił! Przynajmniej ma jaja stawić mu czoło w uczciwym pojedynku, a nawet dać mu trochę czasu na przygotowanie się do niego. Być może ktoś powie, że to część charakteru Bane’a, atakować dopiero wtedy, gdy ma się pewność o stuprocentowej przewadze, jednak z punktu widzenia odbiorcy, pokonanie bohatera, gdy szansy są równe, zrobiłoby o wiele większe wrażenie, niż to, co praktycznie było kopaniem leżącego. Swoją drogą, wtrącając swoje dwa grosze do „Knightfallu”, to jedna z najbardziej klimatycznych i wciągających serii o Batmanie, jakie czytałem, ale samo słynne „złamanie” jest przereklamowane ciutkę.

Bane pojawił się ponownie w „The New Batman Adventures”, lecz nim przejdę do konkretów pragnę zaznaczyć, że kolejny akapit, to jeden wielki spoiler do najbardziej „wypasionego” odcinka owej serii, gdyż siłą rzeczy zdradza jego zakończenie. Oto ginie Barbara Gordon i obwiniający o wszystko Batmana komisarz robi, co w jego mocy, by zemścić się na bohaterze, w pewnym momencie – w akcie desperacji – zwracając się do samego Bane’a, oferując mu zmniejszenie wyroku, jeśli ten pomoże mu się pozbyć Mrocznego Rycerza. Co może niektórych wręcz razić, Gordon wykorzystuje jako przynętę pogrzeb swojej własnej córki. Czy Bane tym razem łamie Batmanowi kręgosłup? Nawet lepiej! Otóż zabija go. Zresztą Gordona również, ciskając w obydwu resztkami sił, po odbytej walce, (o ironio!) bat-sygnałem… I jaka szkoda, że wszystko jest jednym wielkim snem Barbary, która nawdychała się gazu Stracha na Wróble i zapadła w śpiączkę! Bardzo żałuję, ponieważ byłby to chyba najciekawszy występ Bane’a (ma jedną wyjątkowo mroczną kwestię), aczkolwiek mimo wszystko to ciekawy akcent, że ze wszystkich możliwych wrogów Batmana to właśnie Bane’a wyobraźnia Barbary poddała jako tego, który zada bohaterowi ostateczny cios.

Kolejny występ Bane’a miał miejsce na łamach animowanych przygód Supermana, w odcinku „Knight Time”, gdzie Superman łączy moce z Robinem w celu odnalezienia Batmana (dla zmyłki przywdziewa nawet jego kostium). Tu Bane pojawia się tylko na moment, werbując drużynę z Riddlerem i Szalonym Kapelusznikiem, jednak ewidentnie jest tu tylko po to, ponieważ scenarzyści potrzebowali kogoś, kto zapewniłby Supermanowi w miarę przyzwoitą walkę, a ponieważ Pingwin czy Joker nie paradują po mieście ze sztabkami Kryptonitu w kieszeni, Bane był najlepszym, co galeria przeciwników Batmana miała do zaoferowania.

Bane pojawił się jako jeden z głównych przeciwników w filmie „Batman: Mystery of Batwoman”, tym razem mówiąc w silnie łamanym hiszpańskim (film ten miał dla mnie zawsze dziwną „latynoską” atmosferę, prawdę powiedziawszy) i znów pojawiając się jako „mięsień do wynajęcia”, tym razem opłacony przez Pingwina, Ruperta Thorna i Cartlona Duquense’a (nowa postać). Czuć, że scenarzyści robili co tylko mogli, aby uszanować korzenie postaci, traktując jego siłę jako coś drugoplanowego, na pierwszym miejscu stawiając zimnokrwisty charakter, bezkompromisowość i inteligencję, jednak cechy te nie dostały zbyt wielkiego pola do popisu… Niestety, Bane był już znany z roli pachołka, gdyż kilka lat wcześniej światło dzienne zdążyło ujrzeć dzieło znane nam jako „Batman i Robin”.

Tak, „Batman i Robin”, powszechnie uważany za jeden z najgorszych filmów poświeconych obrońcy Gotham, zdołał wkurzyć fanów Batmana na wszystkie możliwe sposoby, a jednym z nich było zaangażowanie mrocznej i wielowymiarowej postaci, jaką był Bane i zrobienie z niej… najbardziej tępego osiłka w historii kinematografii. Patrząc na to, co „wykreował” Joel Shumacher, odnoszę wrażenie, że nawet nie tracił czasu, aby zapoznać się z komiksowym pierwowzorem, a po prostu rzucił okiem na odcinek „Batman: TAS” i powiedział: „O! Z tego typa byłby świetny pomagier dla Poison Ivy! Dajmy go!”, bo niestety do tego ogranicza się w tym filmie jego postać. Bane taranuje każdego chłoptasia, którego Ivy nie jest w stanie oczarować, a jak coś jest dla niej za ciężkie, to za nią to nosi, no a w jednej scenie robi nawet za szofera! O ile 90% kwestii Mr. Freeze’a to jakiś kalambur słowny o lodzie, tak każdą kwestię Bane’a można przedstawić jako: „Wrrrrrryyyyy!!!! BANE! Grrrrroar!” (klasa, pełną gębą). Ręce i nogi opadają, bo to tak jakby wzięto Hulka i zrobiono film, w którym Bruce Banner to tępy dres, który po przemianie w zielone monstrum zaczyna gadać cytatami z Szekspira i maksymami z Pisma Świętego. Taki poziom kontrastu!

Jak wiele młodych umysłów, miałem „przyjemność” zapoznać się wpierw z nadmienionym wyżej „arcydziełem”, nim wziąłem komiks do ręki, więc możecie wyobrazić sobie moje niedowierzanie, na jakiej zasadzie „Pan Zguba” jest powszechnie uważany, za najgorsze, co Batman spotkał na swojej drodze. Ale być może dobrze, że dowiedziałem się, jak się sprawy mają w tej, a nie innej kolejności, bo pewnie bym cisnął w ekran wiaderkiem z popcornem, zły później, że nie miałem czym rzucić na widok „bat-karty kredytowej” (co innego, gdy pokazują takie rzeczy w serialu z Adamem Westem, który z założenia miał być komedią, tymczasem w kontynuacji dzieła Burtona jest to po prostu uwłaczające – zarówno dla inteligencji, jak i fanowskiej cierpliwości) czy sceny, gdzie Mr. Freeze „dyryguje” grupą Eskimosów, by ci zaśpiewali mu piosenkę (która być może miała miejsce przed sceną genezy Bane’a, ale nie mam nerwów, aby raz jeszcze obejrzeć ten film i dla pewności sprawdzić).

Scenarzyści fabularnej odsłony mieli przynajmniej te minimum kreatywności, by zaznaczyć, że przed przemianą Bane był seryjnym zabójcą, jednak jest to bez sensu, gdyż nim stał się super silną istotą, wygląda jak chłystek z trudem trzymający się na własnych nogach. Jak więc był w stanie dokonać tych wszystkich seryjnych mordów? Przyznam, że właśnie Bane to jeden z powodów, które zdecydowanie obrzydzały mi oglądanie „Batmana i Robina”. Nie odrzuca mnie może tyle sam brak wierności scenarzystów filmu z komiksem, ale mdli mnie, gdy patrzę na te wszystkie żyły zdobiące jego ciało. Ohyda!

Co by o twórcach animowanego DC Universe nie powiedzieć, przynajmniej próbowali zachować jakiś cień ducha oryginału i zaprezentować postać z godnością. Ostatni występ postaci odbył się na ramach „Batmana Beyond”, w przyszłości, gdzie jad dający Bane’owi jego nadludzką siłę zaczyna funkcjonować jako używka, jednak sam Bane pojawia się w odcinku tylko na moment, jako wycieńczony i ledwie zdolny do ruchu staruszek. Odcinek zresztą wydaje się mieć silne anty-narkotykowe i anty-sterydowe podteksty.

Bane pojawił się w zupełnie nowej wersji na ramach serialu „The Batman” i to już w drugim odcinku(!) pt. „Traction”. Zapytacie: „Czy to trochę nie… za wcześnie?” Otóż nie dla tej inkarnacji Bane’a, gdyż „The Batman” (denerwując tym wielu fanów) ograniczał swoje fabuły wyłącznie do „nawalanek”, więc Bane był idealnym mięsem do rzucenia Batmanowi do stóp, by ten mógł popisać się swoimi zdolnościami atletycznymi. Pomimo niezwykle marnego poziomu pierwszego sezonu tego serialu, muszę szczerze powiedzieć – ich Bane nie był wcale taki zły! Jasne, wyglądał jak wielki czerwony, uzębiony żółw ninja, ale w kontraście z „Batmanem i Robinem” rzekłbym, że przedstawiono tą postać wręcz przyzwoicie.

Po raz kolejny Bane pojawia się jako pachoł wynajęty przez grupę gangsterów i nie ma co mówić o jakiejś mroczniejszej przeszłości, ale rola jego nie jest tu tak poniżająca, jakby się mogła wydawać. Po pierwsze pokazane jest wyraźnie, że i bez używania jadu Bane jest w stanie zaoferować Batmanowi przyzwoitą walkę, a po drugie… Bane skutecznie okalecza Batmana przy pierwszym starciu! O tym jest właściwie cały odcinek – Bane pogruchotał Batmanowi kości i w ramach honorowego gestu pozostawia go na łaskę policji (która w tej wersji serialu próbuje go dorwać), a następnie udaje się do swoich zleceniodawców, tylko po to, by ich zdetronizować i samemu przejąć kontrolę w świecie przestępczym Gotham City! Co za drań! Batman, oczywiście pomimo kilku trudności, jest w stanie doczołgać się do domu, Alfred przeprowadza skuteczną operację, a następnie wykorzystuje bat-bota (tak, Batman ma wielkiego robota w tym serialu). Choć Bane ciągle przewyższa siłą Mrocznego Rycerza, ten tym razem skutecznie pokonuje go w walce, a następnie udaje się na dalszą rehabilitację.

Czego by o tym serialu nie powiedzieć, trzeba przyznać, że podobnie jak w „TAS”, potrafiono tu potraktować Bane’a z należytą godnością (pomijam design postaci), jednak niestety tylko w jego debiucie… Otóż przy okazji kolejnych występów ktoś się ewidentnie zagapił na „Batmana i Robina”. Bane nic nie robi, tylko biega, rozwala i ryczy, ile tylko można. Oczywiście można argumentować, że wszystkie późniejsze występy były to typowe cameo, jednak wydają się być one tylko drażniącym marnowaniem naprawdę ciekawie zapowiadającej się wersji postaci (znów, pomijam wygląd, choć jeśli mam być szczery, przed przemianą wyglądał całkiem fajnie).

Bane odgrywa epizodyczną rolę w jeszcze jednym odcinku serialu „The Batman”, pod tytułem „Brawn”, choć poza nawiązaniem do jego postaci i zdjęciem na monitorze bat-komputera, jest w nim praktycznie nieobecny. Oto Joker dobiera się do jego serum i używa go, by samemu przeistoczyć się w wielkie białe i niszczące wszystko na swojej drodze monstrum. Gigantyczny, zmutowany Joker używający kwasu Bane’a do własnych celów? Moment! To wygląda jakoś dziwnie znajomo… I, co tu wiele mówić – niezwykle głupio! No bo Joker, jako geniusz-psychopata, nie powinien myśleć, że pokona Batmana stawiając wyłącznie na brutalną siłę (zresztą jego inkarnacja w „The Batman” była zawsze dosyć „lewa”, a na pewno daleka od przemyślanej). Mam nadzieję, że żadna gra komputerowa nie postanowi wykorzystać tego niesmacznie banalnego pomysłu jako finału (aluzja dla wtajemniczonych, ale gdy już nimi jesteście, możecie spać spokojnie wiedząc, że twórcy „sami-wiecie-czego” inspirowali się właśnie „The Batman”!!!).

Bane pojawił się w animacjach „Batman: Brave and the Bold”, a także w „Superman/Batman: Public Ennemies”, ale były to jedne z tych występów, o których szkoda gadać, bo łotr pojawił się tylko dlatego, że potrzebowano w obsadzie jakiegoś mięśniaka. Niestety takie same było jego zastosowanie w grach komputerowych: „O! Potrzebujemy kogoś, aby Batman miał z kim powalczyć”, choć – co ciekawe – w „Lego Batman” jest on jedną z postaci, w którą się można wcielić i nawet ma specjalny cios „łamacza pleców”. Niestety, nawet sławetny „Arkham Asylum”, o którym nie wspomniałem do tej pory (kaszel!), ogranicza go głównie do tej roli, choć przynajmniej nie pozostawia on wrażenia, by był tak tępy jak w filmie, którego tytułu nie chcę znów przytaczać.

Ostatni animowany występ Bane’a miał miejsce akurat wtedy, kiedy pisałem ten artykuł, gdyż Bane pojawił się w jednym z pierwszych odcinków „Young Justice”. Nareszcie(!) przedstawiony jako przebiegły (na tyle, by być odpornym na sztuczki czytania myśli ze strony Miss Martian), opanowany i ukazany w roli przywódcy gangu, stacza bój z sektą Kobry o wyłączność do swojego jadu. Jednak ci drudzy wykorzystują udoskonaloną wersję formuły, zamieniającą ludzi w wypchane mięśniami mutanty. Odcinek jest zbyt świeży, by się o nim rozpisywać (a co za tym idzie zdradzać wątki fabuły), jednak przyznam szczerze, że Bane –choć przedstawiony przyzwoicie – gra tu raptem rolę drugoplanową i mimo wszystko nie powala na kolana.

Kończąc ten artykuł nie mógłbym nie poczynić aluzji do ostatnich wieści ze świata kina, jakoby Bane miał być jednym z głównych antagonistów w nadchodzącym „The Dark Knight Rises”, a w jego rolę wcielić się miał znany z filmów „Bronson”, „Incepcja” czy „Star Trek: Nemesis” Tom Hardy (ostatecznie to owa wiadomość była motywacją do tego artykułu). Co prawda wielu fanów spodziewało się Riddlera, Killer Croca czy Hugo Strange’a i choć osobiście liczę, że poza Bane’em i Catwoman ujrzymy w filmie jakąś inną znajomą mordkę (trzeci występ Stracha na Wróble?), cieszę się, że padło na tę właśnie postać. Kto jak kto, ale ze wszystkich wrogów Batmana, którzy do tej pory wystąpili na dużym ekranie, nikt inny nie potrzebuje tak porządnego oczyszczenia swojego imienia w świecie „innych mediów”, a widząc, co Nolan wyprawiał z Jokerem, raczej śmiem wątpić, by przedstawił Bane’a jako półgłówka biegającego z rykiem po ulicach Gotham i ciskającego w przechodniów samochodami. Komiksowy Bane wydaje się mieć pod względem psychologicznym wszystkie atrybuty, aby nie tylko dorównać nolanowemu Jokerowi w obłędzie i geniuszu, ale by być idealnym bohaterem finałowego starcia dla Mrocznego Rycerza. Ostatecznie, co może być ciekawsze od spotkania Batmana z przeciwnikiem, który dorównuje mu w każdym calu, a być może nawet przewyższa go pod wieloma względami?

Z drugiej strony, kto wie, może Nolan robi wszystkich w konia i – żywiąc miłość do wcześniej interpretacji kinowej Bane’a – planuje wykorzystać postać wyłącznie jako niedorozwiniętego sługusa Seliny Kyle, służącego jej głównie za mięśnie… No i za kierowcę limuzyny?

Maciek Kur

,