Black Canary: New Wings


BLACK CANARY: NEW WINGS


Polskiemu czytelnikowi postać ta jest niemal całkowicie nieznana. Jej obecność zaledwie zasygnalizowano na kartach opublikowanej przez Egmont mini-serii „Green Arrow: Kołczan”. Ten sam wydawca zaprezentował jej nieco bardziej „wystrzałową” odmianę w zbiorczym wydaniu „All-Star Batman & Robin”. Paradoksalnie większą wiedzą o Black Canary – bo o niej właśnie mowa – mogliby się pochwalić entuzjaści serialu „Smallville”, niż przeciętny „pochłaniacz” historyjek obrazkowych.

Tymczasem „Czarny Kanarek” to postać o sięgających odległej przeszłości tradycjach. Jej pierwotna wersja debiutowała u schyłku Złotej Ery superbohaterskiego komiksu, w zamierzchłym roku 1947. Podobnie jak tabun podobnych jej postaci z kart magazynów pokroju „All-Star Comics” czy „Flash Comics” w początkach lat pięćdziesiątych nieomal popadła w zapomnienie. Wraz z renesansem zainteresowania tą konwencją, również i ona powróciła do łask, uzyskując nawet status współzałożycielki pierwszego składu Ligi Sprawiedliwości. Jednak o popularności porównywalnej z posiadającą solowy tytuł Wonder Woman (nie wspominając już o pierwszoligowych kolegach „po fachu”) Dinah Lance (czyli właśnie Black Canary) raczej nie mogło być mowy.

Złośliwcy zwykli twierdzić, że jedynie za sprawą związku z Green Arrow udało jej się przetrwać w uniwersum DC. Podobna opinia jest co najmniej krzywdząca, choć uczciwie trzeba przyznać, że w toku kolejnych dekad jej udział w tytułach tego wydawcy ograniczał się do wspierania alter ego Olivera Queena oraz okazjonalnych występów w szeregach Ligi. Rolę swoistego tła pełniła aż do schyłku lat osiemdziesiątych, kiedy to włodarze wydawnictwa nieco przychylniejszym okiem wejrzeli na weterankę superbohaterskiej konwencji. Znalazło to swój przejaw w solowych występach na kartach magazynu „Action Comics Weekly”, a przede wszystkim „współudziale” w serii „Green Arrow vol.2”. To właśnie w tej serii jej osobowość sukcesywnie nabierała niespotykanej dotąd wyrazistości. Chwilami entuzjastyczne wręcz opinie czytelników (w jednym z opublikowanych listów proponowano wręcz przemianowanie miesięcznika na „Green Arrow & Black Canary”) nie umknęły czujnej uwadze redaktorów prowadzących ów tytuł. Stąd w początkach 1991 roku zapadała decyzja o przygotowaniu pierwszej mini-serii skoncentrowanej na samodzielnych perypetiach Dinah Lance.

Równocześnie pomysłodawcy przedsięwzięcia nie kryli ambicji kolejnego już rozpoznania rynku co do chłonności tytułów poświęconych postaciom kobiecym. Z reguły znacznie ustępujące nakładami seriom z udziałem przedstawicieli płci brzydszej nie cieszyły się zazwyczaj nadmiarem popularności, ograniczając swój „żywot” do rozmiarów co najwyżej mini-serii (m.in. „Power Girl” Paula Kupperberga i Ricka Hoberga czy kolejne inkarnacje cyklu „Amethyst”). Przykład Wonder Woman wypada traktować jako swoisty fenomen, do którego ponoć wydawnictwo i tak zmuszone było nie raz dopłacać utrzymując cykl z jej udziałem z przyczyn czysto prestiżowych.

Do projektu „Black Canary: New Wings” zaangażowano sprawdzone nazwiska. Dick „Człowiek Instytucja” Giordano w zasadzie nie wymaga prezentacji, tym bardziej, że to właśnie on odpowiadał za politykę wydawniczą DC Comics przez większą część lat osiemdziesiątych. Okoliczność, że parał się on również grafiką (najczęściej kładł tusz) potwierdza jego wszechstronność w komiksowej branży. Dorobek Sarah E. Byam raczej trudno byłoby uznać za imponujący; niemniej pisarskie zdolności rzeczonej doceniono w roku 1992 nominacją do nagrody im. Willa Eisnera w kategorii „Najlepszy scenarzysta”. Wyróżniono ją wówczas za skrypt do opublikowanej przez Dark Horse mini-serii „Billy 99” (swoją drogą jest to jedna z wczesnych prac całkiem dobrze znanego nad Wisłą Tima Sale’a). Z kolei wsławiona subtelną kolorystyką w „The Longbow Hunters” Julia Lacquement (a przy okazji znana z szybkości swej pracy) nakładała barwy we wszystkich tytułach „pokrewnych” wobec „Green Arrow vol.2”. Nic zatem dziwnego, że również przy tej okazji nie mogło zabraknąć jej udziału. Nie sposób pominąć Trevora Von Eedena odpowiedzialnego za rozplanowanie plansz opracowanych następnie przez Dicka Giordano. Trevor miał już wcześniej okazje ilustrować perypetie urokliwej panny Lance w czasach, gdy wraz ze swym lubującym się w łucznictwie partnerem „brylowała” na kartach miesięcznika „Detective Comics”. Zresztą to właśnie na jego desce kreślarskiej powstała w roku 1983 pierwsza, pełnowymiarowa mini-seria z udziałem „Szmaragdowego Łucznika”.

W „New Wings” udział Ollie’go Queena z założenia jest symboliczny, a przy tym umiarkowanie dlań korzystny. Obecny w zaledwie pierwszym epizodzie Green Arrow sprawia wrażenie osobnika cofniętego w rozwoju, który z powodzeniem porozumiałby się z profesorem Nerwosolkiem ukazanym w finalnej nowelce „Przepraszamy remanent”. Już ta okoliczność nieco „gryzie” się z obowiązującą wówczas wizją Mike’a Grella. Bo pomimo eskapistycznych akcentów w osobowości Green Arrow, nierzadko dających o sobie znać w poświęconym mu cyklu, scenarzystka nieco przeszarżowała w tak jednoznacznie krytycznym ujmowaniu tej postaci. Wydawałoby się, że ów zabieg z korzyścią wpłynie na tytułową bohaterkę niniejszej mini-serii sytuując ją na pozycji „jedynej, rozsądnej” w życiowym bałaganie Olivera Queena. Niestety tylko z pozoru. Bowiem efekt końcowy wysiłków zespołu twórczego daleki jest od satysfakcjonującego.

Zasadniczym mankamentem tej mini-serii jest miałkość jej fabuły. Sarah E. Byam nie potrafiła porwać ani oryginalnością opowieści, ani co gorsza przekonująco ujętym profilem powierzonej jej bohaterki. Tym bardziej szkoda, bo dysponowała gotowym wzorcem wypracowanym przez Mike’a Grella, który wystarczyło jedynie zaadaptować do potrzeb mini-serii. Silna, choć nie wyzbyta kobiecej wrażliwości Dinah Lance, jaką czytelnik miał okazję poznać w serii o przypadkach jej partnera, niestety gdzieś umknęła scenarzystce. Miast tego, Byam zafundowała czytelnikom bezbarwną kukłę w blond peruce wyzbytą choćby minimalnych znamion indywidualności. Niewiele lepiej prezentuje się pod tym względem towarzyszący w zmaganiach Black Canary dziennikarz radiowy Gan Nguyen. Zasugerowana w pierwszym epizodzie próba flirtu pomiędzy nim a tytułową bohaterką (bo skoro Queen aż nazbyt często pozwalał sobie na „skoki w bok”, więc czemu nie ona…) rozmywa się wraz z kolejnymi sekwencjami tej opowieści. Zagrożenie w postaci „szemranych” machinacji handlarzy narkotyków również trudno uznać za przekonujące. Problematyka społeczna, z którą całkiem nieźle radził sobie Grell, w tym przypadku to co najwyżej pusta atrapa. Wątek rasistowski jedynie zasygnalizowano nieumiejętnie prześlizgując się po temacie. Stąd nie sposób wyzbyć się odczucia, że miast przemyślanej fabuły uraczono czytelników naprędce skleconą historyjkę z tabunem płaskich postaci oraz nudną intrygą bez szans na emocjonalne zaangażowanie odbiorcy.

Jakby tego było mało całość zilustrowano z miejsca dostrzegalnym pośpiechem, bez kompozycyjnego przemyślenia i swoistego pomysłu na taktykę graficzną. A to właśnie za jej sprawą realizatorzy mieli szansę olśnić czytelnika przekonując go, że właśnie ów tytuł pośród ogromu superbohaterskiej produkcji zasługuje, by znaleźć się na liście jego zakupów. Nie uchybiając nic pamięci Dicka Giordano i jego niepodlegającego dyskusji wkładu w rozwój konwencji, tu akurat dał się poznać jako bazujący na ogranych, archaicznych „chwytach” rzemieślnik, który dziwnym trafem zapomniał, że lata osiemdziesiąte dobiegły końca. Tym sposobem można było ilustrować komiksy w czasach względnej prosperity Charlton Comics (którego to wydawnictwa rzeczony był swego czasu redaktorem naczelnym) czy nawet realia odradzającego się po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach uniwersum DC. Natomiast nie w sytuacji, gdy tuż za przysłowiowym rogiem czaiła się konkurencja z tytułami sprzedawanymi w milionach egzemplarzy. Stąd podobna polityka wydawnicza zdawała się niemal „strzałem w stopę”. Natomiast na tle ogólnie słabej szaty graficznej całkiem przekonująco wypadają okładki (również autorstwa Giordano) z Seattle w tle (czyli jak zwykło się określać w superbohaterskich „CV” – „bazie operacyjnej” Black Canary).

W finalnym epizodzie „New Wings” opiekun tego projektu, Mike Gold (a zarazem redaktor koordynujący m.in. serie „Green Arrow vol.2”), zapowiedział rychłą premierę pełnowymiarowego miesięcznika z udziałem Black Canary. Wypada wątpić, że decyzję tę podjęto w skutek bardzo dobrych wyników sprzedaży pierwszej części mini-serii. Zapewne podjęto ją znacznie wcześniej, a „New Wings” (podobnie jak wcześniej „The Lonbow Hunters” czy mini-seria „Hawkworld”) stanowiła swoisty prolog do samodzielnego cyklu. Istotnie w styczniu 1993 do dystrybucji trafił pierwszy odcinek zapowiadanej serii realizowanej przez niemal ten sam zespół twórczy (choć tym razem bez udziału Dicka Giordano). Mimo że tytuł poddawany był ustawicznej ewolucji (zwłaszcza pod względem wizerunku głównej bohaterki) i nie brakło w nim gościnnych występów ciekawych postaci (m.in. Huntress i Raya), nie znalazł na tyle licznej grupy odbiorców, by na stałe „zakotwiczyć się” w ofercie DC Comics. Wraz z datowanym na grudzień 1993 roku numerem dwunastym miesięcznik „Black Canary” przeszedł do historii (podobnie jak kilka innych debiutujących w podobnym czasie cykli takich jak „Black Condor”, „Peter Cannon: Thunderbolt” czy „Justice Society of America vol.2”). I trudno się dziwić, bo nie był to szczególnie przyjazny czas dla serii tworzonych według wzorców ze schyłku lat osiemdziesiątych. Ofensywa Image Comics, przebojem podbijającego ówczesny rynek, okazała się dla nich zbyt dużym wyzwaniem.

Dinah Lance wybroniła się jednak od popadnięcia w komiksowe Limbo. W sześć lat później z powodzeniem odnalazła się m.in. w miesięczniku „Birds of Prey”, który ku zaskoczeniu władz wydawnictwa nie tylko doczekał się 127 odcinków, ale również kolejnej odsłony niebawem po zamknięciu pierwszej serii o tym tytule. Black Canary zdaje się spełniać na jej kartach po dzień dzisiejszy i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Natomiast solową mini-serię z przełomu 1991 i 1992 roku wypada uznać za przysłowiową „kulę w płot”, tak pod względem pomysłu na fabułę, jak i sposobu jej realizacji. Zwłaszcza przy tendencjach ówczesnego rynku naznaczonego w swoim czasie nowatorskimi pomysłami twórców takich jak Todd McFarlane, Jim Lee, Dale Keown czy Marc Silvestri. W zestawieniu z ich dokonaniami Black Canary nie miała choćby cienia szansy wkupienia się w łaski czytelniczej braci. Zaiste zmarnowana okazja na całkiem udaną mini-serię. Jeżeli nawet nie tej klasy, co „The Lonbow Hunters”, to chociażby pod względem ogólnego klimatu z nią właśnie porównywalnej.

Przemysław Mazur

„Black Canary: New Wings”
Scenariusz: Sarah E. Byam
Projekt plansz: Trevor Von Eeden
Szkic i tusz: Dick Giordano
Kolory: Julia Lacquement
Okładki: Dick Giordano
Liternictwo: Steve Haynie
Wydawca: DC Comics
Czas publikacji: listopad 1991 – luty 1992
Okładki: miękkie
Format: 17 x 26 cm
Druk: kolor
Liczba stron: 4 x 32
Cena: 4 x $1,75

,