Superman/Shazam: The Return Of Black Adam


SUPERMAN/SHAZAM: THE RETURN OF BLACK ADAM


Pierwszy jest Ostatnim Synem Planety Krypton i Człowiekiem ze Stali. Drugi jest chłopcem, który mówiąc „Shazam!” przemienia się w najpotężniejszego ze śmiertelników. Obydwaj walczą z Czarnym Adamem, który z wygnania właśnie powrócił na Ziemię, by siać tutaj chaos i zniszczenie. W filmie oglądamy też origin story Kapitana Marvela i… wielka szkoda, że to wszystko zostało upchnięte w dwudziestu minutach, a nie w porządnym, pełnometrażowym filmie.

Kiedy animowane uniwersum Bruce’a Tima dobiegło końca, DC nie pozwoliło nam na długo odpocząć od swoich bohaterów. Począwszy od „Superman : Doomsday”, co rusz zasypywani jesteśmy nowymi pełnometrażowymi animacjami. Choć nie wszystkie można uznać za niewypały (mnie np. podobał się „Doomsday” czy „Under the Rood Hood”), w większości wychodzą dosyć niezgrabnie. Animacje te nie próbują być częścią uniwersum Tim’a i jednocześnie nie wiążą się z wcześniejszymi filmami. Z jednej strony traktują widza jakby ten znał już świat przedstawiony i niczego wyjaśniać mu nie muszą, więc wrzucają go w sam środek akcji, z drugiej jednak wciąż biorą na warsztat przerobione już wątki (prezydentura Luthora, „zły alternatywy wymiar”, początki Martian Manhuntera, Green Lanterna czy Super Girl).

Ponieważ nie przekraczają zwykle godziny i piętnastu minut, niekiedy ciężko wczuć się w klimat historii, bo te są po prostu zbyt krótkie i ograniczają się prawie wyłącznie do akcji (czyt. „nawalanki”). Widzowi trudno się skupić i poznać rozterki postaci, natomiast z łatwością może stracić orientację co do tego, którą właściwie wersję świata DC ogląda. Zawsze uważałem, że filmy te najlepiej udają się wtedy, gdy twórcy nie bawią się całym Multiversum postaci, a skupiają na jednym bohaterze.

Przyrównując do wcześniejszych filmów, „The Return Of Black Adam” uważam za przeciwieństwo takiego np. „Superman/Batman: Public Enemies”, w którym banalną fabułę rozciągnięto na pełnometrażową animację. Tu jest odwrotnie;  historia jest na tyle ciekawa, że powinna zostać opowiedziana w  długim metrażu, tymczasem upchnięto ją w dwudziestu minutach.

Zaczyna się jak najlepiej – poznajemy Billy’ego Batsona, biednego sierotę mieszkającego w slamsie, który nie jest przesadnie harcerzykowaty, wydaje się przeciętnym dzieciakiem. Stara się postępować właściwie, ale nie zawsze mu to wychodzi. Postać  po prostu daje się lubić . Zanim człowiek zdąży się obejrzeć, zjawia się Black Adam, polujący na tego, który ma stać się wybrańcem czarownika Shazama.  Dalsza część filmu to nieustanna nawalanka przerywana scenami, w których Billy odkrywa, że jest owym wybrańcem i po raz pierwszy przeistacza się w Kapitana Marvela.

Pytacie, gdzie w tym wszystkim Superman? Pozornie jest obecny przez cały film, ale tak naprawdę nie robi zbyt wiele. Na początku pojawia się jako Clark Kent, później walczy, walczy i jeszcze raz walczy (przynajmniej dla odmiany zmaga się tu z magią, a nie z Kryptonitem).  Postać „Człowieka ze stali” ewidentnie została wrzucona tylko po to, by przyciągnąć do zakupu DVD/Blue-Ray tych widzów, którym „Shazam” nic nie mówi. Ku rozczarowaniu fanów, film nie zawiera nawet najmniejszej konfrontacji obydwu postaci. Wręcz przeciwnie, Superman robi tylko za mentora Billy’ego. Ich współpraca nie oferuje nic ciekawego, tym bardziej kiedy spojrzymy na wykorzystanie tych samych postaci w odcinku  pt. „Clash” w animowanym „JLU”. Tam dopiero pokazano różnice między charakterami bohaterów, które doprowadziły do konfliktu  i do spektakularnej rozróby między nimi, zakończonej demolką części miasta… nie zamieszkałego co prawda, ale jednak.

Skoro bawimy się w „Ale to już było!”, to jakiś czas temu w odcinku „The Power of Shazam” serialu „Brave and the Bold” mieliśmy o wiele ciekawszy epizod dotyczący powrotu Czarnego Adama. Nie tylko dokładniej wyeksponowano jego przeszłość, ale i jego poczynania były bardziej urozmaicone, np. po pierwszym starciu z Marvelem połączył moce z jego wrogiem, Doktorem Sivana.  W omawianym filmie niestety nie ma czasu na podobne wątki – Adam jedynie przeczesuje miasto w poszukiwaniu Billy’ego. Akcja dzieje się szybko, rzekłbym nawet, że cała historia (nie licząc pierwszej i ostatniej sceny) rozgrywa się w przeciągu godziny.

A szkoda, bo animacja trzyma przyzwoity poziom (zwłaszcza efektownie prezentuje się spotkanie Billy’ego z czarownikiem). Widać,  że twórcy podeszli pomysłowo do przedstawienia świata Kapitana Marvela.  Niestety, powtórzę się, film jest zbyt krótki, żeby należycie wykorzystać potencjał wszystkich wątków historii.  Animacja pozostawia lekki niedosyt, przede wszystkim spowodowany krótkim czasem jej trwania (co jak co, ale te 22 minuty zagospodarowano przyzwoicie). Podczas seansu czułem się, jakbym oglądał pilotowy odcinek serialu, który nigdy nie powstanie… A może celem filmu było jedynie zapoznanie nowych widzów z Kapitanem Marvelem? Jeśli tak, cel został osiągnięty, bo nabrałem ochoty na kupno komiksów z tym bohaterem i zagłębienie się  w jego dalszych przygodach.

Pomimo wspomnianych wyżej wad, film oceniam pozytywnie. Szczerze wolę go od „Public Enemies” – przynajmniej się nie dłużył. Na koniec jeszcze jedna uwaga: „The Return Of Black Adam” powinien skończyć się jedno ujęcie wcześniej, ale o tym przekonają się tylko ci, którzy zdecydują się zobaczyć tę animację.

Maciek Kur

,