X-Men Origins: Wolverine


X-MEN ORIGINS: WOLVERINE


Czasem miło jest pograć sobie na ręcznej konsolce w jakąś sympatyczną, odmóżdżającą grę, która nie stawia przed nami egzystencjalnych dylematów, a jedynie wymaga miarowego naciskania guziczków i przewija przed naszymi oczami krajobrazy. Jeśli podzielasz ten pogląd, być może warto zainteresować się propozycją Activision – „X-Men Origins: Wolverine”, która wiąże się z filmem pod tym samym tytułem nawet bardziej niż z oryginalnym komiksem. Ale uwaga, ten tekst to nie rekomendacja, tylko recenzja, więc o grze będzie trochę pozytywnie a trochę negatywnie, jak to w recenzjach.

Komiksowe gry to dość popularny gatunek, jednak gry komiksowo-filmowe to już coś w miarę nowego. Dzięki połączeniu tych trzech mediów mamy znajomy pomysł, gotowe wizerunki bohaterów, a nawet wstawki filmowe, głosy, które nie kłócą się z naszą wyobraźnia, bo dokładnie pasują do twarzy aktorów i najważniejszą w grach – interakcję ze światem.

W granicach rozsądku rzecz jasna, bo nikt nie oczekuje, że nagle zechcemy zmienić bieg wydarzeń, zaprzyjaźnić się z Sabertoothem, wstąpić do gangu ninja, albo rozwijać kobiecą stronę swojej osobowości. Nasza interakcja sprowadza się do kolejności, w jakiej możemy zabijać przeciwników, ale po takich grach nie oczekujemy niczego więcej (jeżeli oczekujemy, to ratuj się kto może).

Skoro jesteśmy przy zabijaniu – czy w komiksie Wolverine jest tak samo krwiożerczy? Tutaj wydaje się być wyłącznie maszyną do zabijania ludzi (czasem jakiś potwór, UFO czy robot też się trafi, ale zazwyczaj są to istoty ludzkie). Gdyby takich mutantów było więcej, to rzeczywiście można by się obawiać, że ludzkość podziękuje im za współpracę.

Jak wspomniałem, nie o egzystencjalne dylematy tu chodzi – Logan dostaje do wykonania kolejne misje i ma je wykonać, a nawet jak w końcu się buntuje, to też nie jest to decyzja gracza, tylko scenariusza i jeśli na przykład chciałbyś jeszcze trochę pozabijać dla armii, to bardzo nam przykro, od dziś jesteś renegatem i dezerterem. Czyli w sumie taki wybór, jak w życiu, można powiedzieć.

Czy przeciwnicy są chociaż twardzi? To zależy. Jeśli chodzi o tzw. mięso armatnie, to nieszczególnie. Zdolność regeneracji oznacza w zasadzie nieśmiertelność, bo jak energia za bardzo nam spadnie, wystarczy trochę zaczekać (uwaga: ostrzeżenie dla półgłówków – nie czekamy stojąc w ogniu). Bossów jest dwóch. Pierwszym jest wspomniany Sabretooth – bardzo ciężki przeciwnik, nie dałem rady go pokonać pierwszego dnia grania; regeneruje się szybciej niż można go poważnie osłabić, ale z drugiej strony sam zbyt groźny też nie jest. Drugim (ostatnim) bossem jest Deadpool i z nim nie miałem żadnych problemów.

Misje nie składają się w żadną fabularną całość: jedna w Japonii, druga w Afryce i tak dalej. Przeplatane są wstawkami sado-maso z Wolverinem w roli głównej (przysmażanie prądem przez pułkownika Strykera). Czasem pojawiają się wstawki filmowe, ale niestety jest ich bardzo mało.

Postać głównego bohatera została nieźle przedstawiona, ma cechy zgodne z oczekiwaniami, wyróżnia się spośród innych bohaterów gier pod tym względem. Na przykład fajne jest to, że Wolverine, jak się wkurzy, to może rzucić się na przeciwnika, który normalnie jest poza jego zasięgiem, a jak się naprawdę wkurzy (i nie ma znaczenia, czy jest akurat tłukącym czy tłuczonym), to robi się w ogóle przez chwilę niepodatny na ciosy, a jego uderzenia nabierają śmiercionośnej mocy. Tylko szkoda, że bez tych zdolności to trochę oferma, która nie potrafi wspiąć się po gzymsie (chyba, że ten zaświeci się na niebiesko, co jest akurat bez sensu) czy wykonać jakichś prostych akrobacji. No, ale nie można mieć wszystkiego.

Twórcy starali się urozmaicić grę wstawiając do niej jakieś nie zawsze zrozumiałe elementy (np. w trakcie walki Wolverine odbiera przekaz telepatyczny i prowadzi rozmowę z jakaś panną na zupełnie niezwiązane z fabułą tematy). Jest to nawet fajne, ale zupełnie nie mieści się w konwencji gry.

Co więcej, nie dopracowano robotów i potworów, bo wszystkie pokonałem przemykając między ich nogami po zadaniu kilku ciosów. Mam wrażenie, że autorzy tego nie przewidzieli, bo na speedrunach nie widziałem tego patentu.

Za grę odpowiada ekipa Griptonite (m.in. „Assassin’s Creed: Bloodlines”), więc jest to bardzo przyzwoicie zakodowane, nic się nie wiesza, ekran nie robi się czarny i nie ma żadnych takich niespodzianek. Niestety jakichś rewelacji też tu nie znajdziemy, to po prostu przyzwoicie zrobiona nawalanka.

Jeśli ktoś widział grafikę na dużych konsolach, to może być zawiedziony, bo na PSP wygląda to zdecydowanie gorzej, ale to nie znaczy, że źle – po prostu grafika na PS3 czy Xboxa jest naprawdę znakomita.

Na koniec skrytykuję jeszcze system save’ów, a właściwie jego brak. Twórcy gry uznali, że pozbawienie gracza możliwości decydowania nawet o tym, kiedy się zapisać czy odegrać, to znakomity walor poprawiający jakość produktu. Mylili się.

Arek Królak

,