Thor Omnibus by J.M. Straczynski


THOR OMNIBUS BY J. M. STRACZYNSKI


Mity trudno jest zabić. Gdy komiksowy Ragnarök któryś raz z kolei zrównał z ziemią mityczną część Marvel Universe, Thor, władca piorunów i syn samego Odyna, bynajmniej nie został zapomniany – grupa Avengers nie spoczęła w poszukiwaniach jednego ze swoich najpotężniejszych członków. Legenda ciągle żyła, choć w zawieszeniu. W tym samym czasie Mjölnir, młot będący źródłem mocy Thora, spada na Ziemię niczym meteoryt i staje się obiektem zainteresowania amerykańskiego rządu, jednakże nikt i nic nie jest w stanie go podnieść. Takim wstępem Joseph Michael Straczynski odkurza zapomnianą serię i ma okazję sięgnąć po kolejny znany mit, czyniąc boga piorunów królem Arturem wśród superbohaterów.

Donald Blake, swojego czasu ziemskie alter-ego Thora, wie, że Asgard musi zostać odbudowany, dlatego podnosi młot i postanawia uwolnić duszę nordyckiego boga, która zamknięta jest w tajemniczej sferze zaświatów. Bohater wraca na Ziemię, odbudowuje swoje rodzinne królestwo i próbuje odnaleźć dawnych towarzyszy broni. Jak mieszkańcy stanu Oklahoma zareagują, gdy ogromne miasto pojawi się na ich terenie? Czy Thor spotka jeszcze swojego ojca, Odyna? Jakie będą relacje wskrzeszonego boga i dawnych przyjaciół, z Tonym Starkiem na czele?

Straczynski w roku 2007 przejął serię, która wydawała się umrzeć śmiercią naturalną – nikt już nie ekscytował się przygodami Thora tak bardzo, jak będącym wtedy na topie Spider-manem czy wlatującym na wielki ekran Iron Manem. Pokłosie traktowania Thora jako postaci niekoherentnej (ze względu na mieszanie konwencji science fiction oraz fantasy) i niezbyt atrakcyjnej dla młodego odbiorcy można zaobserwować również dzisiaj. Na ekranach kin gości filmowa wersja Thora, którego kampania promocyjna jest zachęcająca, jednakże powszechne są głosy niezadowolenia, mówiące, że postać ta nie pasuje do Marvelowego „wspólnego” świata. Straczynski mówi poniekąd to samo – arogancki, ale szlachetny heros rzeczywiście nie pasuje do realiów po „Civil War”, w których brakuje już prostego podziału na dobro i zło, słuszność i relatywizm moralny. Widać to w scenach, które ukazują perspektywę zwykłych ludzi siedzących w oklahomskim barze. Asgard maluje im się jako coś odmiennego niż obecność mutantów czy możliwość kolejnego najazdu istot z kosmosu – Asgardczycy to sąsiedzi, których powinno się szanować, ale nie należy wchodzić im w drogę. I tak oto komiksowy Thor zatacza krąg – punktem wyjścia była jego autonomiczność względem reszty komiksowych postaci, następnie poczynił kroki, by poznać lepiej ten bogaty w naukę i magię świat (co skończyło się pełnoprawnym członkowstwem w Avengers), czas więc znowu stać się samotną siłą wyższą, która niekoniecznie przejmuje się sprawami śmiertelników. Thor Straczynskiego jest również postacią niezwykle samotną. Wędruje w pojedynkę, nie szuka pomocy, a relacje z innymi Asgardczykami są tylko poprawne. Nieco ciepła wprowadza scena spotkania z Odynem, lecz to za mało. Bóg nigdy nie był tak wyalienowany, jak w tym komiksie.

Trzecia seria „Thora” próbuje wrócić do korzeni nie tylko dzięki scenariuszowi, ale również rysunkom. Tytułowy bohater wygląda jak w starych komiksach; jego mięśnie prawie rozsadzają ubrania, a podnoszenie kilkudziesięciokilogramowych mieczy jest dla wojowników proste jak wiązanie sznurówek. Olivier Coipel wykonał większość rysunków, czasami wspierał go Marko Djurdjevic, który naszkicował dwustronicowe panoramy, aby potem przejąć lwią część pracy nad grafikami. Widać te zmiany, bo paleta kolorów staje się wyraźnie mroczniejsza. Palmę pierwszeństwa należy jednak oddać Coipelowi, gdyż to on na nowo zdefiniował oficjalny wygląd Thora, czyniąc go kimś pomiędzy klasycznym superbohaterem, a ciężko uzbrojonym wojownikiem. Artyści – co da się zaobserwować w prawie w każdym numerze – uwielbiają ogromne kadry bądź panele pełne epickiej walki, co wypełnia numery niepotrzebnymi „hamulcami” w narracji. Poza tym wszystko jest w porządku: mamy patos, mamy kolorowe tła, ciskanie piorunów, nieprzyjemne mordy złoczyńców – stężenie Marvelowego testosteronu w dawce, która powaliłaby nawet wikinga.

Każdemu, kto chce poznać postać nordyckiego boga (który jakimś sposobem odwiedza czasami oklahomskie bary szybkiej obsługi, a po obiedzie pomaga obtłuc twarze Skrulli), zanim obejrzy film, należy polecić ten komiks z czystym sumieniem. Kilka miesięcy temu premierę miała wersja omnibusowa, która wprowadza czytelnika do serii dwoma numerami „Fantastic Four”, a całość kończy godnym „Thor: Giant-Sized Finale”. Idealną lekturą uzupełniającą byłaby miniseria „Ultimates”, w której już mniej mówi się o boskości Thora, a więcej o naukowych podłożach jego egzystencji, lecz pokazuje, jaki potencjał tkwi w tym superbohaterze. Warto zdobyć run Straczynskiego – wszystko jest w nim wielkie, szybkie, naiwne z naukowego punktu widzenia, ale pełne dostojeństwa. Jak sam książę Asgardu.

Jakub Koisz

Thor Omnibus by J.M. Straczynski
Scenariusz: J.M. Straczynski
Rysunki: O. Coipel
Tusz: M. Djurdjevic, O. Coipel
Okładki: O. Coipel
Wydawnictwo: Marvel Comics
Data wydania: 2010
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Ilość stron: 520
Cena: $40.99