Thor – recenzja filmu


THOR


Przez ostatnie półwiecze w „Domu Pomysłów” powołano do życia mniej lub bardziej popularnych bohaterów. Niektórzy z nich z powodzeniem brylowali na dużym ekranie, występy innych należałoby pominąć milczeniem. Thor nigdy nie należał do pierwszego garnituru postaci Marvela, ale sama obsada filmu Kennetha Branagha, którą można obdzielić kilka produkcji, obliguje do obejrzenia dzieła brytyjskiego reżysera. Czy przygody syna Odyna staną się przebojem na miarę „Iron Mana”?

W przypadku najnowszego dziecka Marvel Studios porównanie do perypetii Tony’ego Starka jest więcej niż wskazane. Dokładnie trzy lata temu film Jona Favreau okazał się niespodziewanym hitem, dowodząc że nie tylko wiodące postaci mogą stać za atrakcyjnym widowiskiem. Podobną szansę upatrywano w „Thorze”, który analogicznie jak „Iron Man 2″ nie tylko miał wprowadzić herosa do hollywoodzkiej machiny komercji, ale również stanowić zapowiedź megaprojektu, za jaki należy uznać ekranizację „The Avengers”.

Władca piorunów w odwecie za podstępny atak lodowych olbrzymów, a zarazem wbrew woli swojego ojca, udaje się wraz z grupką towarzyszy do Jotunheimu, aby raz na zawsze położyć kres przeciwnikom Asgardu. Niegdyś Odyn zawarł pakt pokojowy z Laufeyem, władcą pogrążonego w wiecznym mrozie świata. Lekkomyślna decyzja Thora, pałającego chęcią upodlenia i rzucenia na kolana śmiertelnego wroga doprowadza siedzibę bogów na skraj wojny. Za swój nierozważny występek heros zostaje skazany przez ojca na wygnanie do jednego ze światów, na Ziemię. Pozbawiony mocy oraz potężnego Mjolnira Thor staje przed wizją zasilenia szeregów śmiertelników. Tymczasem Asgard nie jest już tak bezpiecznym miejscem odkąd w gronie bogów znajduje się zdrajca. Powrót do domu ojca może okazać się dla mitycznego bohatera wyzwaniem największej próby.

Nie będzie zbyt wielkim nadużyciem stwierdzenie, że dzieło Branagha może poszczycić się najbardziej gwiazdorską obsadą z dotychczasowych ekranizacji komiksów, łączącą kilka pokoleń znakomitych artystów. Autorzy z wielkim wyczuciem dopasowali poszczególne kreacje – zachwyca jak zwykle dostojny Anthony Hopkins, u boku którego pojawia się dawno nie widziana na ekranie Rene Russo. Wszechstronna Natalie Portman udanie portretuje Jane Foster, pokazując, że nawet z postaci jednoznacznej jest w stanie wykrzesać nieco emocji i zaskarbić sobie sympatię widza. Mimo że jej bohaterka uległa niewielkiej metamorfozie względem komiksowego pierwowzoru (z pielęgniarki na astrofizyka), to zmianę tę, a także wątek związany z badaniem tuneli czasoprzestrzennych, należy postrzegać jako trafne posunięcia.

Słowa uznania należą się również za wybór dwóch czołowych protagonistów – Thora oraz Lokiego. Chris Hemsworth niczym Robert Downey Jr. stworzył niezwykle silną i sugestywną kreację obdarzając boga gromów zarówno nieokrzesanym charakterem pełnym buty, ale też charyzmy oraz szarmanckiego uroku, przyprawionego szelmowskim uśmiechem. Nie gorzej wypada Tom Hiddleston w roli jego oponenta, mimo iż nie jest idealnym odbiciem mitologicznego bóstwa. W niewielkim stopniu przypomina złotoustego zgrywusa, posiadającego dar płatania figli. Jednak poważny Loki, mistrz knucia i dwulicowości stoi w opozycji względem nieco zabawowej roli Thora. Pod tym względem oba charaktery bezbłędnie się uzupełniają.

W obrazie nie mogło zabraknąć wątków komediowych z udziałem współpracowników Jane Foster czy agenta Coulsona. Cieszą również drobne smaczki – znak rozpoznawczy ekranizacji Marvela. Epizod Jeremy’ego Rennera w roli Hawkeye’a – przetarcie przed „Avengers” czy żartobliwe wystąpienia Stana Lee oraz J. Michaela Straczynskiego w scenie, która chyba każdemu przypadnie do gustu. Banicja Thora okraszona został kilkoma humorystycznymi sytuacjami, celnie ilustrującymi zderzenie, dosłowne i w przenośni, boga z ziemską cywilizacją.

Dzieło Branagha nie jest jednak wolne od wad. Jedną z nich jest przemiana dokonująca się w zachowaniu Thora. Lekcje pokory oraz opanowania wskazują mu uczucia dotychczas przyćmione żądzą zemsty i umiłowaniem do walki. Jednakże pobytu w Midgardzie, gdzie de facto również okłada przeciwników, nie uwiarygodnia w pełni jego metamorfozy. Humanitarna postawa kontrastuje z początkiem produkcji, kiedy to młody bóg młócił lodowych olbrzymów pozostawiając na polu walki stosy zabitych wrogów. Całość można potraktować umownie w formie baśni, w której postaciom heroiczne czyny przychodzą z łatwością, a ich charaktery są nieskalane, kryształowe niczym łza. Tylko czy takich bohaterów pragniemy koniecznie oglądać? Branagh zaakcentował wady potężnego boga, pragnącego przejąć schedę po ojcu, demonstrując, że władza to ogromna odpowiedzialność, spod której nie sposób się uwolnić wyłącznie mężnymi czynami. Kim jest Thor brutalnie odarty ze swojej boskości? Nikim. Przepełniony pychą i arogancją nie jest godzien posiadania nadzwyczajnej mocy. Podczas sceny, gdy zostaje podany próbie nikt nie jest w stanie mu sprostać, ale przegrywa ze swoim przerośniętym ego. Do tego momentu wątek przemiany został poprowadzony koncertowo. Natomiast w finale rozmył się w natłoku akcji i walk, gdzie zabrakło miejsca, a także czasu na jego wyrazistą konkluzję.

Z uwagi na intensywną dawkę akcji „Thor” wręcz ocieka efektami specjalnymi. Obraz operuje kontrastami między pięknym i majestatycznym Asgardem, gdzie magia stapia się z nowoczesnością, a chłodnym oraz mrocznym Jotunheimem. Wizja autorów porywa przepychem, swoją niepowtarzalnością i baśniowością. Olbrzymi pałac, komnaty, tęczowy most Bifrost, będący łącznikiem między krainami czy obserwatorium Heimdalla zachwycają perfekcją i architekturą. Sekwencje walk zarówno w siedzibie bogów, jak i na Ziemi cieszą oko, są dynamiczne, dopracowane, a Thor obracający Mjolnirem wypada spektakularnie. Trójwymiarowe efekty widać najbardziej podczas prezentacji Asgardu, gdzie odnosi się złudzenie wylewającej się z ekranu tafli wody czy wszelkich scenach walk, gdy drobinki szkła lub przedmioty latają w powietrzu. Jednak bez bonusu w postaci 3D obraz poradziłby sobie równie dobrze. Warto też odnotować, iż historia w mniej nachalny sposób niż w „Iron Manie 2” łączy wątki przygotowujące nas do przybycia Mścicieli. Autorzy zrobili to subtelniej i płynniej, aby nie zakłócać debiutu Thora, w czym należy zapewne upatrywać żelaznej dyscypliny Branagha.

„Thor” zaskakuje solidną i przemyślaną fabułą, dostarczającą rozrywki na najwyższym poziomie. Jeżeli decydenci Marvela przyłożą się w równym stopniu do następnych obrazów to nie widzę przeszkód w ożywianiu na ekranie postaci pokroju Dr Strange’a czy Ant-Mana. Dodatkowo sukces Kapitana Ameryka będzie zwiastował epickie i niepowtarzalne widowisko, jakie przyjdzie nam obejrzeć w przyszłym roku. Drużyna bohaterów wprowadzana do kin sukcesywnie przez komiksowego potentata może skutkować kolejnymi projektami. Aż strach się bać jakie dalekosiężne plany mogą chodzić po głowach włodarzy studia. Nie będzie chyba dla nikogo zdziwieniem, jeżeli Marvel przejdzie nad porządkiem dziennym do crossoverów.

Schodząc jednak z obłoków na Ziemię warto również dodać, że bogactwo mitologii nordyckiej otwiera szerokie możliwości w kontekście ewentualnej kontynuacji „Thora”. Boga piorunów na pewno jeszcze zobaczymy, ale czy twórcy zdecydują się na jego dalsze solowe występy trudno dziś ocenić. Potencjał postaci niewątpliwie jest ogromny, a w połączeniu z utalentowanym reżyserem oraz interesującym scenariuszem może zaowocować udanym spektaklem, tym bardziej, że po niniejszym obrazie pozostaje niedosyt w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mocno trzymam kciuki za kolejną odsłonę „Thora”, bowiem Kenneth Branagh wespół z ekipą aktorską zachęcił mnie do ponownego odwiedzenia Asgardu, widzianego oczami jego wyobraźni. Miejmy nadzieję, że na następny wypad do siedziby Odyna nie przyjdzie nam czekać lata świetlne.

Marcin Andrys

„Thor”
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne
Obsada: Chris Hemsworth, Natalie Portman, Anthony Hopkins, Tom Hiddleston, Stellan Skarsgard, Rene Russo, Samuel L. Jackson, Kat Dennings, Idris Elba, Clark Gregg, Colm Feore, Ray Stevenson, Jeremy Renner
Muzyka: Patrick Doyle
Zdjęcia: Haris Zambarloukos
Montaż: Paul Rubell
Kostiumy:Alexandra Byrne
Czas trwania: 120 minut