Amerykański wampir


AMERYKAŃSKI WAMPIR


Dajcie mi już święty spokój z tymi wampirami. Tylko ssanie i ssanie. Edward ze „Zmierzchu” ssie i to nie tylko krew, ale i kasę z portfeli nastolatków; telewizyjne „Kroniki wampirów” ssą po całości, a jeśli jest jakiś twardziel, który wytrzymał seans choćby dwóch odcinków, powinien nałożyć pelerynę i zamieszkać w dębowej trumnie, bo bezsprzecznie zalicza się do nieśmiertelnych. Trudno przegonić tę wampirzą zarazę z kultury masowej, a gdy przez chwilę o niej cisza, zjawiają się kolejne filmy, seriale, książki i komiksy.

Nie potrafię wytłumaczyć tego fenomenu, mimo że istnieją kulturoznawcze publikacje na ten temat. Chodzi o to, że każdy chce być nieśmiertelny? Że zło nas fascynuje, a noc ciągle przeraża? Zmęczony tymi pytaniami, sięgając do polskiego wydania „Amerykańskiego wampira”, wypełnionej posoką opowieści obrazkowej Scotta Snydera, w której upuścił nieco swojej krwi również wielki Stephen King (tak, drżyjcie!), spodziewałem się rewolucji. Oczekiwałem czegoś na miarę książki „Empire V” Pielewina, w której okazuje się, że zasady kapitalizmu to również kodeks wysysaczy krwi. Co dostałem? Do tego przejdę za chwilę…

Najpierw informacje. Komiks w Stanach pojawił się w marcu ubiegłego roku. Miał zastanawiająco dobrą reklamę i optymistycznie rokującego scenarzystę, który może i nie wsławił się tymi drobnostkami pisanymi dla Disneya czy DC Comics, ale zaintrygował dojrzalszego czytelnika dziełem „Voodoo Heart”. Wszystko więc grało. No i miała być krew. Dużo krwi. Mimo że pomysł dojrzewał w Snyderze od dobrych kilku lat, projekt ruszył z kopyta, gdy okazało się, że Vertigo jest zainteresowane wydaniem komiksu. Niektórym szczęki poopadały jednak dopiero wówczas, gdy pewne było, że kilka numerów opracują wspólnie Snyder i King. Jeszcze inni, w tym piszący te słowa, zainteresowali się projektem w momencie, gdy okazało się, że za graficzną stronę odpowie Rafael Albuquerque.

Polskie wydanie składa się właśnie z pięciu pierwszych numerów, w których Stephen King pokazuje, że nie tylko jego syn, Joe Hill (autor świetnego „Locke & Key”), zna się na medium obrazkowym. W każdym komiksie mamy dwie historie – jedna koncentruje się na Pearl Jones, wannabe aktorce, która pada ofiarą wampirów, lecz dzięki tajemniczemu Skinnerowi Sweetowi ma szansę wrócić z zaświatów i zemścić się na oprawcach. Warto dopowiedzieć – wrócić nie jako „zwykły” krwiopijca, ale ulepszona wersja 2.0, której niestraszne nawet słońce. Wszystko to na tle Los Angeles lat dwudziestych, miasta nadziei, ale i straconych szans. Druga opowieść rozgrywa się w 1880 r. i przybliża początki Sweeta, a także wprowadza postać ścigającego go dzielnego i prawego detektywa, Jamesa Booka. Obie historie, co pozostanie regułą aż do końca współpracy Snydera i Kinga, zazębiają się, a zrozumienie jednej zależy od znajomości drugiej. Zabieg ten nie jest novum w literackiej narracji, ale świetnie ją spaja i przy okazji tłumaczy, dlaczego postacie zachowują się tak, a nie inaczej.

Tym, co najbardziej urzeka w „Amerykańskim wampirze”, nie są wampiry i krwawe walki, których oczywiście niemało, lecz Stary Zachód. Początki Sweeta to okres intensywnych poszukiwań złota i ropy, natomiast Pearl jest smutnym dowodem masowej migracji do miast w czasach Wielkiego Kryzysu. Dziewczyna musi pracować w trzech różnych miejscach, aby sobie w Los Angeles jako tako poradzić. Nadzieje na zostanie gwiazdą ekranu, tego rozświetlającego szare życie świata z celuloidu, jakby oddalają się… Uważny czytelnik dostrzeże nawiązania do ówczesnej muzyki, kultury, sztuki (warto przyjrzeć się afiszom filmowym i reklamom) oraz architektury. Duża w tym zasługa artysty – Rafael Albuquerque przedstawia nam realia, jakie znamy z pocztówek, filmów dokumentalnych czy starych zdjęć. Dobrego artystę rozpoznać można po tym, że, po pierwsze, rysuje ładne kobiety (tak!) i, po drugie, płynnie przeskakuje między stylistyką. Dziki Zachód w kadrach wygląda jak trzeba, natomiast miasto lat dwudziestych zachwyca przepychem i szczegółami. Będę więc uważnie śledził dalszą karierę rysownika, gdyż kolejne numery serii coraz bardziej wybiegają w przyszłość, toteż i tło wydarzeń nieco się zmieni. Już teraz stawiam, że Albuquerque poradzi sobie z tym znakomicie.

Po odłożeniu komiksu nie wiedziałem, czy poznałem odpowiedź dotyczącą istoty popularności wampirów. Wiedziałem jednak, że przeczytałem dobre dzieło, napisane ze swadą (w połowie Snyder, w połowie King, w całości – geniusz!) i narysowane ze znajomością rzemiosła. Dodatki również cieszą oko, bo na końcu czytelnik może przeczytać fragmenty skryptu, zarówno Snydera, jak i Kinga. Rysunki kilku artystów, inspirowane „Amerykańskim wampirem”, to dodatek nie będący niczym nowym w albumach zbiorczych. Tym razem są to prace pierwszoligowych twórców, co w pełni uzasadnia słuszność posiadania akurat tego wydania. Co jednak z odświeżeniem mitu? Czy osoby znudzone tematyką znajdą w tym albumie coś dla siebie? Można wątpić. Wszak nawet koncepcja ewolucji wampirów to nic nowego – można zaryzykować stwierdzenie, że „dzienne gryzonie” są już wyeksploatowane w tekstach kultury. Mimo to należy docenić kunszt pisarski ojców tego komiksu. Coś przerażającego mieści się w tych dopracowanych kadrach. Może nie sama istota zła, ale jakaś przykryta cieniem twarz, która być może obserwuje przemiany historyczne z lotu ptaka i czeka, kiedy będzie mogła wbić gdzieś swoje kły. Na wszelki wypadek zamknijcie dzisiaj w nocy okno.

Jakub Koisz

„Amerykański wampir”
Tytuł oryginalny: „American Vampire”
Scenariusz: Scott Snyder, Stephen King
Rysunki: Rafael Albuquerque
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawca: Egmont
Data wydania: maj 2011
Wydawca oryginału: DC Vertigo
Data wydania oryginału: marzec 2011
Liczba stron: 200
Format: 170 x 260 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
Dystrybucja: księgarnie
Cena z okładki: 89,99 zł