Thor: Wikingowie


THOR: WIKINGOWIE


Kiedy szał młotkobicia na ekranach kin nieco opadł, a w numerze specjalnym „KZ” przewałkowano publicystycznie Thora (zarówno w recenzjach, jak i dłuższych artykułach), sprawę można uznać za zamkniętą. Powróćmy jednak do historii Gartha Ennisa pt. „Thor: Wikingowie”, zrecenzowanej niedawno przez redakcyjnego kolegę, Michała Chudolińskiego, którą wypuściła rodzima Mucha.

Nie ma co oczekiwać, że gdzieś po drodze to superbohaterskie dziwadło stało się dziełem lepszym. Nie, nie stało się, a wszystkie minusy zostały słusznie wypunktowane przez Michała, bo rzeczywiście Thor jest tutaj zupełnie „niewyjściowy” – pałęta się po kadrach, rzuca sucharami, zbiera bęcki od chuderlawych i rozpadających się żywych trupów, nie będąc w stanie poradzić sobie bez pomocy Dr. Strange’a. Normalnie sierotka z blond włoskami, zagubiona w świecie twardych reguł. Jednak o wiele bardziej niż pomysły Ennisa przeraża mnie czasami to, że… podobają mi się one.

Miłośnicy slashowania i odgłosu rzucania mięsem o ścianę poczują się jak w domu, bowiem fabuła wręcz epatuje scenami urywania głów. Taki właśnie urok imprintu MAX, mającego za zadanie przedstawiać potyczki marvelowych postaci dojrzalszemu czytelnikowi. Nie jest to jednak seria przypominająca „Punisher MAX” czy „Born”, w których przemoc motywowana jest chęcią przeanalizowania tego, jak człowiek zmienia się w krwiożerczą bestię. Nie jest to genialne „Alias” czy „Supreme Power”, w których seks i obyczajowe wątki są pełnoprawnym szkieletem świata przedstawionego. „Thor: Wikingowie” przekracza tylko granice graficznej brutalności, a takiego niewykorzystania artystycznej wolności, na jaką pozwala pisanie fabuł w imprintach, czytelnicy nie zapamiętają na dłużej. Ta prosta, brutalna i przewidywalna opowieść nie sięga nawet do pięt najlepszym przygodom gromowładnego syna Odyna. Nie sposób jednak się nie uśmiechnąć, gdy skatowany Thor – postać traktowana przez wielu nieczujących campowego bluesa z pobłażaniem – leży zakrwawiony z kilkoma gnatami przebijającymi tkankę skórną. Ennis, o czym już wspomniano w recenzji Michała, lubi znęcać się nad ideą nieskazitelnych herosów, bo o wiele bardziej kręcą go psychiki głębsze, balansujące pomiędzy dobrem a złem, a nawet wybierające to drugie. Z Thorem za dużo zrobić nie można – w opinii czytelników będzie już na zawsze wojowniczym peleryniarzem, nagminnie wypowiadającym mądrości dobrego wujka. Ennis zdaje się pokazywać całkiem serio, że to nie dla Thora rzeczywistość, ale dla mężniejszych wojów, którzy wyznają zasadę „oko za oko, głowa za głowę” [sic!].

Jeszcze kilka słów o rysunkach Glenna Farby’ego, znanego choćby dzięki „Kaznodziei”. Nie jest to mistrzostwo i na tle ogółu komiksów Marvela wypada co najwyżej przeciętnie. Niestety grafika jest największym mankamentem albumu, bo nie pasuje do konwencji. Konwencji, która każe nam traktować z przymrużeniem oka to, co widzimy. Natomiast Farby uchodzi za artystę dążącego do realizmu w ukazywaniu mimiki, mięśni i ułożenia ciała. Ja bym poprosił o coś bardziej umownego… Brutalnego, krwistego i z nutką dystansu.

Niegrzeczny Garth stworzył komiks przaśny, płyciutki jak wiedza wiejskiej dziewczyny o teorii kwantów, a przy tym w zupełności zgodny z koncepcją MAX zakładającą, że można przedstawiać wszystko, co w zwykłych warunkach by nie przeszło. A gdzie jeszcze można zobaczyć, jak Thor dostaje w skórę od zombiaków? No gdzie? Ja nie byłbym tak surowy w ocenie tego komiksu, a nawet pochwalił Muchę za pokazanie tej odmiennej twarzy niezbyt popularnego w Polsce bohatera, licząc że jeszcze wydany zostanie u nas jakiś bardziej kanoniczny „Thor”. Rozbawił mnie przekład, który nasuwa na myśl pseudohistoryczne książki Jacka Komudy – sienkiewiczowska stylizacja opisująca rzeczy banalne. I taki właśnie jest ten komiks – krwawy, banalny, płytki, ale nawet na chwilę niedający zapomnieć, że to tylko stylizacja dla spragnionych oglądania upadłego Asgardczyka. Przecież widać wyraźnie, że Ennis oprócz pytania, „czemu lubimy krwawe trzaskaniny?” zadaje jeszcze jedno – „czemu lubimy Thora?” I czy w ogóle go lubimy…

Jakub Koisz

Inne opinie

Pastisz w najczystszej postaci. Ennis dosadnie daje do zrozumienia, jakie ma zdanie o trykociarstwie i (co najważniejsze) wychodzi mu to znakomicie! Świetne cameo Doktora Stange’a. Całości pozytywnych odczuć dopełnia nie mniej udana warstwa graficzna. Dobra lektura również dla czytelników alergicznie ustosunkowanych wobec superbohaterów.

Przemysław Mazur

„Thor: Wikingowie”
Tytuł oryginalny: „Thor: Vikings”
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Glenn Fabry
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Mucha Comics
Data wydania: kwiecień 2011
Wydawca oryginału: Marvel MAX
Data wydania oryginału: lipiec 2003
Liczba stron: 120
Format: 70×260 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
Dystrybucja: księgarnie
Cena z okładki: 65 zł