Blade Vol. 3


BLADE VOL. 3


Wampiry to niebezpieczna zwierzyna. Liczne słabe punkty rekompensują ich jeszcze liczniejsze moce i umiejętności. Blade, będący półwampirem(dhampirem), nazywany też czasem Daywalkerem, posiada niektóre zalety nieumarłych, za to jest pozbawiony ich słabości, co czyni zeń idealnego łowcę. Jest to postać powszechnie znana w popkulturze dzięki trylogii filmów z Wesleyem Snipesem, będących bardzo luźnymi adaptacjami komiksów. I tak, choć Blade jest ogólnie znanym bohaterem, to stosunkowo mało osób zdaje sobie sprawę z istnienia komiksów o nim, a jeszcze mniej je czytało. Jednym z celów, jakie postawili przed sobą Marc Guggenheim i Howard Chaykin, tworząc „Blade: The Vampire Hunter Vol 3” było właśnie zachęcenie fanów filmowego Blade’a do jego pierwotnej wersji. I choć brak sukcesu zaowocował przedwczesnym zgonem serii, to jednak wciąż ich wkład w historię wampirzego łowcy wampirów ma pewne cechy, dla których warto się z nim zaznajomić.

Trudno odmówić serii dobrego początku. Już na pierwszych stronach Blade pokonuje zarówno chwilowo przemienionego w krwiopijcę Spider-Mana, jak i swojego odwiecznego wroga – Drakulę, nie zapominając o około setce zwampiryzowanych dzieci. Akcja przenosi się na chwilę do przeszłości, gdzie pokazane jest przyjście na świat łowcy, w czasie którego jego matka zostaje ugryziona przez wampira. Takie ujęcie retrospekcji następuje w serii wielokrotnie, po kilka razy w każdym zeszycie. Umożliwia to poznanie korzeni, wychowania i szkolenia dhampira, jak i uzupełnia główną oś fabuły, która jest mocno związana z tajemnicą pochodzenia Blade’a i proroctwem zapowiadającym niezwykłą zmianę, jaką przyniesie światu nieumarłych. Wspomagać go w poszukiwaniu przeznaczenia będzie stary sojusznik Hannibal King, detektyw-wampir, który jednak niezbyt cieszy się z faktu tej współpracy, podobnie jak i sam Blade.

Mimo to trudno jest określić, z czego Blade się cieszy, a z czego nie. Próba zobrazowania go jako twardego i doświadczonego przez życie weterana zakończyła się kompletną klapą, ukazując postać praktycznie pozbawioną emocji. Historia daje wiele okazji do przedstawienia dylematów moralnych łowcy związanych z jego walką i z nowym, zaskakującym przeciwnikiem. Tyle, że dla Blade’a nie ma dylematów. Zabija wampiry, bo to lubi. Trudno mu zaakceptować fakt, że nie wszystkie muszą być złe i z trudem powstrzymuje się od zabijania tych z dobrymi intencjami. Poza radością z walki nie posiada emocji, nic więcej się nie liczy. Osobowość Blade’a uniemożliwia jakiekolwiek przywiązanie emocjonalne do niego. Na szczęście inni bohaterowie i złoczyńcy nie są już tak bezbarwni.

Marc Guggenheim podjął próbę zbliżenia Blade’a do bardziej znanych bohaterów Marvela. Wcześniejsze przygody łowcy wampirów zamknęły go w swoistym paranormalnym getcie, w którym poza nielicznymi wyjątkami spotykał tylko postacie obdarzone mocami magii lub przeklęte wampiryzmem i nie brał udziału w wydarzeniach obejmujących swoim zasięgiem całe uniwersum. Jednak tutaj – przy zachowaniu tradycyjnych wrogów – ma okazję odegrać pewną rolę w „Civil War”, a także wbrew własnej woli wykonać misję dla Doctora Dooma. Pojawia się również wspomniany Spider-Man, a także Morbius, z którym Blade ma nierozstrzygnięte porachunki. Występy takich postaci są sprytnie wplecione w fabułę i nie rażą sztucznością. Ale to właśnie obecność takich bohaterów unaocznia płytkość półwampira. Jego riposty nie należą do szczególnie błyskotliwych, a pewność siebie i nieprzemyślane dążenie do najszybszego i najprostszego rozwiązania spraw, kilkukrotnie nieomal doprowadzają go do śmierci. Zbytnia koncentracja na eksterminacji wrogów powoduje, że Blade momentami wydaje się być absolutnym kretynem, nie do końca rozumiejącym, co się wokół niego dzieje i jakie może mieć to konsekwencje. Będąc zmuszonym przez okoliczności i przeciwnika, jest w stanie zaplanować bitwę, lecz równie często z powodu braku ostrożności i nadmiernej chęci dopadnięcia wroga wpada w pułapkę, co widać choćby podczas walki z Morbiusem. Momentami można odnieść wrażenie, że Blade w wersji Guggenheima to taki gorszy, mocniejszy fizycznie, ale słabszy intelektualnie Punisher. Możliwe, że to niezbyt dobre przedstawienie postaci wynikało z tego, że, jak sam autor przyznał, Guggenheim znał i lubił Blade’a, ale nie nazwałby siebie jego fanem, a także miał zamiar pokierować serię bardziej w stronę komiksu o superbohaterze z elementami horroru niż dawniejszej formy – przede wszystkim horroru. Widać wyraźnie próby uczynienia z Blade’a swoistego ideału, silnego duchowo i fizycznie, dążącego uparcie do swojego celu. Brak wątpliwości moralnych i przekonanie o własnej słuszności nie stworzyło jednak swoistej, mroczniejszej wersji bohatera bez skazy, a tylko bohatera nie całkiem przekonywającego.

Brak charakteru razi szczególnie w szóstym zeszycie, gdzie walka Blade’a z sobą samym polega na rzuceniu kilku suchych ripost i wybraniu (bez jakiegokolwiek zastanowienia) najbardziej przewidywalnego wyjścia z sytuacji. Razi tym mocniej w porównaniu z osobą odpowiedzialną za taki stan dhampira, której spokój i sposób bycia wypadają bardzo naturalnie. Jednak mimo wadliwego przedstawienia samego Blade’a lektura komiksu jest szybka, łatwa i przyjemna, a fabułę śledzi się z ciekawością i niepewnością, co będzie dalej. Niektóre pomysły szczerze zaskakują, a walki i intrygi są równie dobrze przedstawione, choć od czasu do czasu niektóre rozwiązania są trudne do zaakceptowania. Nie ma też potrzeby zaznajomienia się z wcześniejszym żywotem marvelowskiego Blade’a. Seria została stworzona specjalnie z myślą o nowym czytelniku, przez co fakty potrzebne do zrozumienia danych wydarzeń, choć czasami mocno ogólnie, są szybko ukazywane czy to przez którąś z retrospekcji, czy w dialogach. Zwykle wszystko jest na tyle proste i zrozumiałe, że nawet to nie jest niezbędne. Zresztą, większość zeszytów (poza szóstym i trzema ostatnimi) można spokojnie czytać „samodzielnie”, ponieważ – choć każdy coś dodaje do ogólnej historii – każdy jest też oddzieloną, wyodrębnioną opowieścią. Z powodu ciekawej fabuły tym bardziej szkoda szybkiego zakończenia serii z powodu słabej sprzedaży. Końcowe zeszyty dawały naprawdę duże możliwości kontynuacji niektórych wątków.

Rysunki Chaykina mogą budzić pewne zastrzeżenia. Czasami postacie, szczególnie ich twarze, przyjmują wygląd zdeformowany i nieproporcjonalny. Razi to jednak tylko u nielicznych kobiet, a u mężczyzn wręcz pomaga, podkreślając ich wewnętrzną siłę i twardość. Każda twarz zdaje się być wyrzeźbiona z granitu i sugerować gotowość do walki. Ogólnie rysunki są na tyle dobre, by w niczym nie przeszkadzały, ale też nie na tyle, by czymkolwiek zachwycały. Dużo lepiej wypada kolorystyka. Odpowiedzialny za nią Edgar Delgado w momentach retrospekcji stworzył ciekawy, przypominający sepię efekt, bardzo przyjemny w odbiorze. Stroje, postacie i fabuła wycinków przeszłości w połączeniu z tym efektem świetnie uzupełniają serię, a skupienie tych elementów bardziej na klimacie niż walce, pomaga lepiej wczuć się w opowiadaną historię.

Podsumowując, nie poleciłbym serii poszukującym dreszczyku, odrobiny strachu i grozy rodem z tradycyjnej opowieści o wampirach, bo horror istnieje tu w postaci śladowej, zastąpiony dużą ilością walk. Miłośnicy komiksowego Blade’a mogą mieć problemy z bardzo widocznym otwieraniem serii na nowych czytelników, ale jeśli uda im się to ignorować, otrzymają dobry i ciekawy cykl ze znanymi sobie bohaterami. Miłośnikom filmu szczerze polecam – to dobry sposób na wejście w świat komiksu, a ilość zwrotów akcji i pojedynków powinna utrzymać przy lekturze w razie braku sympatii do tego wcielenia bohatera. Ale czy to dobry komiks dla przeciętnego czytelnika? Tylko wówczas, jeśli szuka niezobowiązującej, lekkiej lektury, która zaciekawi fabułą, ale nie zawiera w sobie jakiegokolwiek ukrytego przekazu, głębszych myśli czy motywacji do poszukiwań. To po prostu wędrówka wśród setek padających wampirów z historią godną śledzenia i okolicznościowymi występami znanych i lubianych bohaterów. Jej przewodnik to Blade, który może i jest częściowo wampirem, ale psychikę ma godną bardziej napakowanego testosteronem zombie niż krwiopijcy. Czy opłaca się w takim towarzystwie wyruszyć we właściwie ciekawą, ale mało porywającą podróż? Polecam każdemu, kto jest w stanie wytrzymać takie towarzystwo, a nie szuka niczego poza czystą rozrywką. Dzięki zebraniu całej serii w dwa, łatwe do zdobycia integrale, można w prosty sposób zapoznać się z dziejami półwampirzego łowcy wampirów.

Bartosz Spytkowski

Blood-Luna

„Blade” Vol. 1: „Undead Again” ; „Blade” Vol. 2: „Sins of the Father” SC
Zawiera: „Blade” Vol. 3 #1-6 (1); #7-12 (2)
Scenariusz: Marc Guggenheim
Rysunki: Howard Chaykin
Kolory: Edgar Delgado
Liternictwo: Virtual Caligraphy, Rus Wooton
Okładki: Marko Djurdjević
Data wydania: maj 2007, październik 2007
Druk: kolorowy
Oprawa: miękka
Objętość: 2 x 144
Cena: 2 x $14,99