Requiem: Vampire Knight


REQUIEM: VAMPIRE KNIGHT


Jak powszechnie wiadomo, są komiksy dobre i są komiksy złe. Większości ludzi wydaje się, że komiksy pod względem jakości można rozmieścić gdzieś na linii pomiędzy wspomnianymi punktami. Tymczasem pojawiają się dzieła, które każą mi twierdzić, że jest to okrąg. Niektóre pozycje są po prostu tak kiczowate i złe, że stają się dobre i świetnie się je czyta. Takim właśnie komiksem jest „Requiem” (znany również jako „Requiem Vampire Knight”) autorstwa Pata Millsa i Oliviera Ledroita.

W „Requiem” śledzimy losy Heinricha, młodego żołnierza Wehrmachtu, który znalazł się na froncie wschodnim II wojny światowej. Komiks zaczyna się raczej nietypowo, bo głównemu bohaterowi udaje się przeżyć zaledwie cztery strony. Po śmierci trafia do krainy zwanej Ressurection, która nie jest niebem ani piekłem, lecz „niebem dla złych ludzi” albo, jak określił ją wampiryczny rycerz Otto, który odnalazł Heinricha po zmartwychwstaniu – negatywem. W krainie zmartwychwstałych wszystko jest na opak. Tam, gdzie w naszym świecie są lądy, ich miejsce zajęły Oceany Krwi. Zmartwychwstali zamiast starzeć się, młodnieją, by w końcu stać się dziećmi, a następnie zniknąć. Wampirom śnią się koszmary dzienne, a nie nocne itd. Drugą cechą tego świata jest niesprawiedliwość. Im gorszym zbrodniarzem było się za życia, tym potężniejszą formę obiera się po przybyciu. Samobójcy zostają zaledwie splątanymi konarami drzew. Drobne rzezimieszki mogą zostać koboldami, zombie albo szkieletami. Najwięksi zbrodniarze rodzą się na nowo jako potężni nosferatu, którymi rządzi oczywiście hrabia Drakula. Nasz bohater jako nazista dopuszczający się okrucieństw w imię chorej ideologii, raczej nie miał szans trafić nigdzie indziej niż do najlepszej kasty. Jednak w przeciwieństwie do swojego pierwszego przyjaciela i przewodnika Ottona, który za życia nie miał skrupułów, a po śmierci też równie świetnie sobie radzi, Heinrich ma wątpliwości, czy aby postępuje słusznie. Rozterki rodzą się z powodu wcześniejszego romansu z żydówką Rebeką, która po śmierci również przedostała się do Resurrection. Jak się okazuje, ofiary również tam trafiają i zmuszone są zostać aż ich oprawca nie zniknie lub nie zostanie zabity. Dopóki starcza czarnego opium – substancji, która pozwala zapomnieć o ziemskich zbrodniach i pogrążyć się w dekadencji – nie sprawia to większych problemów. Na skutek konfliktu między wampirami i innymi mieszkańcami (głównie Piracką Gildią Ghouli) oraz spisków wewnątrz kasty nosferatu i ich sojuszników, narkotyku zaczyna brakować, co wprowadza jeszcze większy chaos w już dostatecznie pokręconym świecie zmartwychwstałych.

Fabułę buduje więc kilka raczej nieskomplikowanych wątków: zakazana miłość, spisek przeciwko władzy czy przyjaźń (Otto i Heinrich) wystawiona na próbę. Całości dopełnia reinkarnacja dawno zgładzonego bohatera i przeciwnika Drakuli – Thurima. Myślę, że nie będzie wielkim wysiłkiem domyślenie się, w czyjej postaci powrócił do świata Resurrection. Cała reszta budowana jest przez autorów na zasadzie: „wrzućmy tu to, co akurat wydaje się nam być cool”. Jak już wspominałem, bohaterowie są przedstawicielami praktycznie wszystkich grup postaci z horrorów czy mitologii, jakie przychodzą mi do głowy. Wampiry toczą bitwy na widmowych rumakach, dosiadając których, wyskakują z podniebnych okrętów. ghoule i szkielety-piraci podróżują balonami. Czy można między nich wrzucić gigantyczną zmutowaną małpę? Nic prostszego. Czy jednym ze spisków może dowodzić demoniczna, płonąca szympansica? Jasne. Czy dałoby się jakoś uzasadnić pojedynek dwu- i trójpłatowców na tle ataku demonicznych smoków z innego wymiaru? Proszę bardzo. Obrazu całości dopełniają drobiazgi w stylu odgłosu „TEPESSS” wydawanego przez broń wampirów zwaną „palownikami” czy odzywki w stylu „dzięki za uratowanie mej śmierci”. Jako że seria wydawana jest w odcinkach w magazynie „Heavy Metal”, który ostatnimi laty nie należy do propagatorów komiksów dla intelektualistów, możemy się spodziewać sporej dawki przemocy oraz okazjonalnej „gołej baby”. Wszystkie takie wstawki wynikają jednak z charakteru „Requiem” i nie są zapychaczami wrzucanymi na siłę, jak to bywa w innych, podobnych pozycjach.

Mogłoby się wydawać, że taki komiks musi być straszną, nic nie wartą szmirą i… rzeczywiście tak jest. Jednak jakimś cudem da się to czytać. Możliwe, że to zasługa Pata Millsa, „ojca chrzestnego” brytyjskiego komiksu, który stworzył celtyckiego barbarzyńcę Slaine’a, liczne serie dla magazynu „2000AD” („Nemesis the Warlock”, „ABC Warriors”) i antybohaterski „Marshal Law” oraz przez lata współtworzył opowieści o Sędzi Dreddzie. Widocznie zaprocentowało jego doświadczenie w kreowaniu fantastycznych światów, pulpowych bohaterów i opowieści wymykających się jakiejkolwiek konwencji. Odrębną kategorię stanowią rysunki Oliviera Ledroita. Są wprost przepiękne. To dzięki zauważonym gdzieś w otchłani Internetu zrzutom, zainteresowałem się tym komiksem. Pomimo nagromadzenia pozornie niepasujących elementów, zadziwia spójność projektów postaci, jak i strojów, pojazdów czy budynków. Wszystko jest z jednej strony pogrążone w mroku, a z drugiej niesamowicie kolorowe. Z wszechobecną ciemnością pięknie kontrastują czerwień tryskającej krwi, żółte i pomarańczowe płomienie, rażąca biel widmowych rumaków i błyskawic oraz fluorescencyjnie zielony odcień cery lamii i błysk złowieszczych technologii kasty archeologów (mumie). Można godzinami podziwiać najdrobniejsze szczegóły teł, ornamentykę sprzętów, ubiorów i pojazdów. Pod tym względem widać podobieństwo z niedawno wyświetlanym w Polskich kinach „Sucker Punch” Zacka Snydera, który chociaż fabularnie miałki (i będący podobnie jak „Requiem” zlepkiem światów i konwencji) był świetny pod względem wizualnym.

Komiks poza publikacją w „Heavy Metal” doczekał się kilku wydań zbiorczych na dobrym papierze, które zdecydowanie wspomagają konsumpcję wizualnych fajerwerków serwowanych przez Ledroita. Wersja francuska jest wydana zgodnie z tamtejszymi standardami – po jednym zeszycie mającym czterdzieści osiem stron. W Wielkiej Brytanii lokalny oddział Panini wydaje komiks w tomach zawierających po dwa zeszyty, a w USA „Heavy Metal” zbiera po trzy. Warto się zagłębić w opis, kupując przez Internet, bo ja przez przypadek zamówiłem dwa różne wydania. Każde ma swoje braki. Brytyjskie ma odrobinę większy format i paskudną, nieczytelną czcionkę na grzbiecie, a w USA z kolei poszczególne tomy różnią się wielkością (około centymetr na szerokość i pół na wysokość) oraz cechują je nieodgadnione daty wydania, których najczęściej próżno szukać w sieci. W Stanach wydano dotąd dwa tomy zbiorcze (w maju 2011 r. miał zostać wydany trzeci), w UK cztery (piąty zaplanowano na listopad). Osobiście pozostałem przy wydaniu amerykańskim.

Jak pisałem na wstępie, nie jest to komiks dobry. Nie jest to komiks odkrywczy. Nie jest to uczta intelektualna. Ma jednak swoje dobre strony. Głównie stronę wizualną, bezpretensjonalność oraz momentami specyficzne poczucie humoru. Jeśli potrzebujecie czegoś odmóżdżającego po ciężkim dniu, jak najbardziej zachęcam do lektury. W przeciwnym wypadku radzę nie zawracać sobie głowy przygodami wampirów w piekle i poszukać czegoś innego.

Konrad Dębowski

„Requiem: Vampire Knight” Vol. 1-6
Scenaiursz: Pat Mills
Rysunki: Olivier Ledroit
Okładka: Olivier Ledroit
Data wydania: Maj 2009, Styczeń 2011
Oryginalny wydawca: Heavy Metal (USA), Panini (UK), Nickel Editions (Francja)
Format: ok. 22 x 28 cm (wyd. US)
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
Stron: 2 x 144
Cena: 2 x 19,95$