Skośnookie wampiry


SKOŚNOOKIE WAMPIRY


Japończycy są mistrzami w kopiowaniu i wynaturzaniu kultury Zachodu – to wiemy nie od dziś. Niestety – oberwało się też wampirom, które pobłyskiwały smutną seksualnością na długo przed jaśniejącym Edziem i jego rodzinką. Na szczęście jest też spora garść produkcji, która ratuje wizerunek krwiożerczego predatora.

Jest przecież Hellsing, który na smyczy trzyma Alucarda, czyli słynnego Drakulę. Manga, luźno oparta na niej seria TV i wierniejsza OAV-ka zachwycają rozbryzgami krwi i potwornością wampirów (nawet tych po „naszej” stronie). Co prawda, jedynie wampiry wydają się tam być w miarę klasyczne, bo cała reszta (włącznie z neonazistami, tajnymi komórkami wojskowymi Watykanu i innymi spiskowymi organizacjami) to, niestety, dzika wariacja szalonego umysłu. Na szczęście chodzi o wariactwo konsekwentne i w wielkim stylu.

Do tego, że Kościół katolicki jest w skośnych oczach czymś w rodzaju wynaturzonej sekty militarnej (w końcu mają mundury, hierarchię i jednego władcę absolutnego… no i specjalne oddziały kobiece) zdążyłam się przyzwyczaić, ale kiedy dostaję coś w rodzaju „Trinity Blood”, to wymiękam. Futurystyczna wizja zimnej wojny z wampirami i nastoletnim papieżem (i jego cycatą siostrą – kardynałem) stojącym na czele ludzkości – nie, ja dziękuję. Widziałam „NG Evangelion”. Naprawdę, wystarczy.

Już bardziej wierzę w serię „Blood” o dziewczynie-wampirze, która zabija jakieś nietoperzostwory w imię organizacji rządowej. Tam przynajmniej krew się leje i dziewczyna się nie cacka z potworami. Ponadto dziewczę nieco odbiega od standardów japońskich małych dziewczynek o smutnych oczach, co jest miłym wytchnieniem dla przesłodzonej duszy. Jest to raczej wkurzona nastolatka o wiecznej duszy. Niestety – miła seria została potraktowana w tym roku kijem. Production I.G. wydało na świat „Blood C”, które zamiast mocnej bohaterki siekającej kataną, wrzuca jakieś „niedorobione coś” z kucykami. Dziewczątko klasycznie potyka się o własne nogi w każdym momencie, kiedy nie trzyma miecza, a niżej podpisana dostaje apopleksji i obgryza biurko z wściekłości i zażenowania.

Jeśli zaś o zażenowaniu mowa, to koniecznie muszę wspomnieć „Vampire Knight”, które woła o pomstę do nieba. Głównie dlatego, że zrobiło z wampirami dokładnie to, co nieszczęsny „Zmierzch”, czyli je wykastrowało, upiększyło do granic wytrzymałości i wrzuciło w emo wir miłości i rozpaczy. Biega sobie takie dziewczątko i pilnuje porządku w szkole dla wampirów. Wieczorowej. Szkole. SZKOLE! Kilkusetletnie nastolatki machające do tłumów rozkochanych w nich dziewczątek, które czatują pod bramą. W środku bałaganu ta kretynka, notorycznie zapominająca języka w gębie na widok głównego wampira, a na dokładkę jej adoptowany brat, którego kiedyś udziabał taki jeden krwiopijca, a wszystko polane kazirodczym sosem pożądania.

Nic, tylko tłuc głową o ścianę. Pewnie tym stwierdzeniem narażam się milionom nastolatek i kobiet dojrzałych, ale wymagam od opowieści czegoś więcej niż jeszcze jednej „Trędowatej”, tyle że z wampirem w tle. Nie od dziś wiadomo, że dziewczęta pragną niegrzecznych chłopców, którzy byliby grzeczni tylko dla nich, a taki wampir jest ucieleśnieniem mrocznych żądzy. Niestety, wiąże się to właśnie z tym, że każdą kiepską fabułkę można uatrakcyjnić, wrzucając w nią wampira, który będzie łby ukręcał, wzdychając do ukochanej.

Dlatego doświadczamy cudów w rodzaju „Rosario to Vampire”, gdzie młodzieniec uwikłany jest w trójkąt miłosny z wampirem i jakąś inną babeczką, „Black Blood Brothers” czy „Tsukuyomi: Moon Phase”, albo (o zgrozo!) „Chibi Vampire Karin”, które sprawiają, że mam ochotę sobie zrobić krzywdę z powodu różowej słodyczy wylewającej się z ekranu – motyw zdziecinniałych wampirzątek o słodkich oczkach to chyba jakaś obsesja Japończyków. A taka manga „Vampire Game”, pomimo całkiem dobrego początku, zmienia się w dziką komedię. Król wampirów jako kotek? Dziękuję.

hyba jedyny twór ze słodkiego nurtu, który byłam w stanie strawić to „Sola”, gdzie związki między postaciami nabierają sensu w obliczu dość zaskakującego zakończenia. Oczywiście trzeba znieść odpowiednią dawkę sentymentalizmu, ale zaletą anime jest dość zgrabne i sensowne połączenie fantastyki japońskiej i europejskiej w temacie wampirów. Bez fajerwerków, ale przynajmniej nie ma człowiek odruchu wymiotnego.

Nie mogę też nie wspomnieć o „Vampire Hunter D”, które urzeka ilustracjami ocierającymi się o gotyk, barok i cyberpunk… i co tam jeszcze. Bohater jest „dhampirem”, czyli pół wampirem, pół człowiekiem i łączy w sobie najlepsze cechy każdej z ras. Przedziwna mieszanka stylów, magii i techniki jest głównym atutem wszystkich produkcji spod znaku „D”. Ich podstawą są nowelki autorstwa Hideyuki Kikuchi, których powstało ponad dwadzieścia na przestrzeni prawie trzydziestu lat.

Najgorsze jest to, że cały ten azjatycki bajzel wydaje się być całkiem porządny w porównaniu z tym, co oferuje ostatnimi czasy rynek zachodni. Przynajmniej sięgając do anime, mam spokojną pewność, że normalne to nie będzie. Z kolei macając wzrokiem taką „Czystą krew” czy „Pamiętniki wampirów”, miałam nadzieję, że jakoś to będzie bez taniej karty zakazanej/mrocznej/niespełnionej miłości. Chociaż to, że seriale biją rekordy popularności w Stanach, powinno mi dać do myślenia.

Nawet rodzimy Pilipiuk wampira zamknął w M-3…

Joanna Pastuszka