Byłem Bogiem

BYŁEM BOGIEM


Przyznam się, że nie słyszałem wcześniej o „Byłem bogiem” i zabrałem się za komiks Johna Arcudiego, Petera Snejbjerga i Bjarne’a Hansena z kilkoma pytaniami. Najważniejsze dotyczyło oczywiście tego, jaką stylistykę reprezentuje to dzieło o intrygującej okładce. I choć odciski stóp wypełnione krwią oraz tytuł sugerowały konotacje religijne, miałem nadzieję na opowieść superbohaterską. Poniekąd zgadzało się, lecz nie do końca, bo chociaż supermoce są obecne, to supermoralność – jakże potrzebna, by udźwignąć ciężar „misji” – jest w postaciach Arcudiego wytarta niczym szkliwo zębowe królika Bugsa.

Omnipotencja to przekleństwo. Zapytajcie Doktora Manhattana z „Watchmen”, który – jak sam zauważył – zaczął dziwaczeć wraz z geometrycznym postępem swoich zdolności. Supermanowi z DC też nie powinno być łatwo – koleś przez cały czas słyszy jęki krzywdzonych, nie może tego zapić (o zgrozo!), a swoją przewspaniałość musi ukrywać za hipsterskimi okularkami. Eric, bohater „Byłem bogiem”, dowiaduje się o trudnościach wszechmocy po wybuchu bomby w wieżowcu, w którym mieszkał. Co dziwne, po wypadku nie ma nawet zadrapania. Jeszcze bardziej zdziwieni się jego bliscy – szczególnie brat Hugh oraz kumpel z dzieciństwa, czarnoskóry Sam, którego to właśnie punkt widzenia mamy okazję poznać. W takich tragicznych okolicznościach rodzi się nowy Eric. Niezniszczalny, potężny, w dodatku potrafiący latać; teraz więc Superman jest przystojnym jasnowłosym blondynem z Kalifornii. Właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę, że stałem się niewolnikiem kanonu. Superman? Jaki Superman? Eric stał się przecież bogiem, istotą wpływającą na losy świata, uwielbianą przez większość, a przez innych negowaną. Zmylił mnie widocznie ten lot – do tego stopnia, że tylko czekałem, aż pojawią się rajtuzy, action figures, komiksy i ekranizacje. Nic z tych rzeczy, bo robi się niebezpiecznie, a Eric Zbawiciel, tracąc trzeźwość osądu i ludzką perspektywę, zmienia się w Erica Niszczyciela.

Przywołana wyżej postać z „Watchmen” Alana Moore’a jest dobrym tropem, bo Manhattan to najciekawszy charakter z panteonu herosów pisanych z myślą o „filozoficznym” science fiction. Nie sposób zauważyć, że Moore chciał nam powiedzieć coś ważnego – może boskość to jedynie sposób widzenia czasu, ludzkości, życia, ergo – spraw doczesnych? Czy zachowanie Erika z „Byłem bogiem” nie jest właśnie formowaniem się bytu wszechwiedzącego, traktującego ludzkość z pobłażaniem, potrafiącego tworzyć i niszczyć (a na pewno to drugie) światy? Autor na szczęście skupił się na czymś więcej i widzimy kadry, w których przemycane jest inne, równie logiczne motywowanie działań i „degradacji” psychicznej. Ciekawie prezentuje się również drugi plan – relacja Sama, który jest zakochany w żonie brata Erika, a jednocześnie idealizuje obu białych przyjaciół. Sprowadza narrację do poziomu zrozumiałego dla czytelnika, który jakoś nie potrafi się identyfikować z quasi-boską personą. Nic dziwnego. Bo to postać ludzka tylko powierzchownie.

Wszystko, niestety, dąży do niejasnych, enigmatycznych kulminacji pełnych wybuchów, łez i ostatecznego starcia dobra ze złem. Szkoda, że nie pokuszono się o głębsze potraktowanie świata i postaci – przed i po tym, jak pojawił się Eric. Przesadą byłoby napisać, że całość sprowadza się do wniosków, iż „z wielką mocą przychodzi wielkie coś tam, coś tam”. Niestety, mniej uważny czytelnik może poczuć się rozczarowany furtkami, które Arcudii zostawił po sobie otwarte . Dobrze więc, że na poziomie graficznym wszystko lśni, błyszczy i cieszy oczy, bo „Byłem bogiem” to komiks narysowany pięknie – kreską dojrzałą, niebojącą się pokazywać spokoju i totalnego szaleństwa. Snejbjerg nie stresuje się niepotrzebnymi szczegółami. Rysuje to, co jest mu potrzebne i ani kreski więcej.

Miałem w końcówce recenzji zacytować Paktofonikę. Byłoby nad wyraz mądrze, głęboko i lirycznie. Nie zrobię jednak tego, aby nie wywoływać wilka z lasu. Jeśli boskość ma wyglądać tak, jak w opowieści graficznej Arcudiego, to ja dziękuję. Wolę swoją marną egzystencję, marne umiejętności i zdolność do formułowania równie marnych wniosków: czytać, bo niezłe i ładne.

Jakub Koisz

„Byłem Bogiem”
Scenariusz: John Arcudi
Rysunki: Petere Snejbjerg
Kolor: Bjarne Hansen
Data wydania: 1 Październik 2011
Rok wydania oryginału: 2010
Wydawca oryginału: Wildstorm
Wydawnictwo: Mucha Comics
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Stron: 200
Cena: 89 zł