Bokurano

BOKURANO


Smutnookim dzieciom w mechu mówmy stanowcze „NIE”. Twardo postanowiłam, że za żadne skarby nikt mnie nie przekona do oglądania, czytania i jakiegokolwiek innego kontaktu z nastolatkami w wielkim robocie. A potem, głupia ja, głupia, sięgnęłam po „Bokurano”, przyćmiło mnie na moment, Mihiro Kitoh wykorzystał chwilę nieuwagi i już nic nie będzie takie samo. Niestety, mogę mieć pretensje tylko do siebie.

Motywowana przez przyjaciółkę, która, przykuta końcówką ciąży do łóżka, czytała wszystko jak leci, zaczęłam czytać. Nastawiłam się na kolejne przygody małolatów, które nie potrafią się zdecydować, czy bardziej nieszczęśliwe są z powodów seksualnych, romantycznych, środowiskowych, rodzinnych czy wszystkich naraz. W dodatku autor znany jest z tendencji do prezentowania dziecięcej erotyki, znaczy się, tfu, często operuje nagością i nie boi się mówić o seksie, choć rozmówcami są dzieciaki. Dzieci odkrywające swą seksualność, w dodatku w wielkim robocie? Brzmi jak coś naprawdę okropnego.

I faktycznie – to paskudna opowieść, jednak nie z powodu robotów, seksu i nastolatków. Jest straszna, bo prawdziwa aż do krwi i mądra w okrutny sposób. Te jedenaście tomów mangi zniszczyło mnie, rozsmarowało na kanapie, przeżuło i wypluło. Krzywdę mi zrobiło. Umierałam po kawałku za każdym razem, kiedy nadchodził kres życia kolejnego małego pilota. To nie jest zwykła opowieść o trudnych decyzjach. To jest historia o umieraniu.

Piętnaścioro dzieci podczas wakacji odnajduje grotę nad morzem, a w niej tajemniczego mężczyznę, który proponuje im swego rodzaju grę, którą właśnie testuje. Mają kierować gigantycznym robotem i walczyć z kosmitami, a latający bączek z mordką będzie ich przewodnikiem po kokpicie. Dzieciaki zgadzają się, bo w końcu kto by zrezygnował z zabawy – szczególnie, że muszą przystąpić do niej jednogłośnie. Kładą dłonie na dziwnej łopatce i szast-prast: po dwóch dniach na plaży pojawia się mech, gigantyczny Zearth.

Dzieci, prowadzone przez latającego bączka o imieniu Koyemshi teleportują się do kokpitu i pierwsze z nich siada za sterami robota. Pojawia się przeciwnik, pilot ma na zadanie znaleźć i zniszczyć jego „słaby punkt”, który wygląda jak kulka. Pierwsza walka jest łatwa, jednak celebrację zwycięstwa przerywa tragedia – ktoś strąca z kokpitu pierwszego pilota. Wypadek? Już druga walka uświadamia nam coś strasznego: Zearth na czas jednej walki czerpie siły życiowe ze swojego pilota, doprowadzając go do śmierci.

Pierwsza reakcja to oczywiście bunt, że nikt nie będzie tracił życia dla głupiej gry. I tu kolejna pułapka – to nie gra. Przegrana w walce oznacza zagładę całego świata, ba, całego uniwersum. Na jeden krótki moment pojedynku robotów przenikają się dwa paralelne światy… i przetrwać może tylko jeden z nich. Powoli do bohaterów dociera straszna prawda – muszą umrzeć. Niezależnie od wyniku stracą życie. Na pewno będą przyczyną śmierci milionów istnień. Mało tego – muszą świadomie zmiażdżyć ową kulkę, która kryje w sobie… inne dzieci, tak jak i one zmuszone do okrutnej gry.

W historii tego typu łatwo o patos i żałobne bicie w bęben. O dziwo, mangę czyta się jak dość szokującą, ale prawdziwą do bólu historię obyczajową. Każde z dzieci jest inne, każde ma swój sekret i powód, dla którego by chciało żyć… albo umrzeć. Wykorzystywana seksualnie przez nauczyciela dziewczynka, która dowiaduje się, że jest w ciąży. Najstarszy syn, który dźwiga na wątłych barkach obowiązki głowy rodziny. Ktoś, kto po raz pierwszy się zakochał. Nielubiany przez innych grubasek, który zaskakuje honorem. Tragedie małe i duże poruszają powagą i spokojnym podejściem do tematu.

Ascetyczne, delikatne rysunki Mihiro Kitoh niesamowicie oddają nagie, brutalne emocje, które targają bohaterami. Wreszcie dzieci, które wyglądają naprawdę jak dzieci, a nie jak marzenie pedofila. Sceny nagości nie rażą zmysłów estetycznych i poczucia moralności, są wręcz niewinne i urocze. Niezwykle oszczędne tła sprawiają, że każdy bohater staje się wyjątkowy, a jego przeżycia uderzają ze zdwojoną siłą. Każda z postaci jest inna, choć kreska mangaki zdaje się celowo upodabniać ich twarze – w końcu wszyscy prędzej czy później pokłonimy się śmierci. I tylko od nas zależy, czy zrobimy to z godnością.

Naprawdę, naprawdę nigdy nie sięgnę już po żadną mangę z dziećmi i mechami. Żadna nie będzie taka dobra, jak „Bokurano”.

Joanna Pastuszka

„Bokurano”
Autor: Mihiro Kitoh
Wyd. japońskie Shogakukan: Ikki Comix, 2003-2009
Liczba tomów: 11

,