Hellblazer: Highwater

JOHN CONSTANTINE, HELLBLAZER: HIGHWATER


Brian Azzarello znany przed wszystkim z kryminalnego cyklu „100 naboi” może nieco zaskakiwac jako autor komiksu o najpopularniejszym w uniwersum DC czarowniku. Powstaje pytanie – czy scenarzysta się w takich magicznych klimatach odnajdzie i stworzy kreację na miarę Gartha Ennisa? Odpowiedź jest bardzo prosta – Constantine w wydaniu Briana kopie tyłki!

Przede wszystkim w cyklu o Hellblazerze już wcześniej wątki magiczne często ustępowały obyczajowym, a nawet politycznym, więc Azzarello nie musiał jakoś gruntownie zmieniać swojej stylistyki. Ot, czasem dodał jakiś element nadprzyrodzony, jednak zwykle niewpływający znacząco na wymowę opowiadanej historii

W tomie „Highwater” zostały zebrane dwie dłuższe historie: tytułowa – najlepszy Hellblazer, jaki czytałem od długiego czasu, „Ashes and Dust in the City of Angels” – epatująca wyuzdanym seksem opowieść, będąca makiawelicznym nawiązaniem do „Fear and Loathing” oraz dwa samodzielne zeszyty, odrobinę tylko wplątane w główną nić fabularną.

John Constantine nadal poszukuje odpowiedzi na pytania związane z jego pobytem w więzieniu, opisanym w tomie „Hard Time”. W swojej wędrówce dociera do małego miasteczka Highwater, gdzie charyzmatyczny major Gage snuje swe wizje związane z wyższością białego człowieka. Jego idee trafiają na podatny grunt małomiasteczkowej nudy i nagle całe miasteczko wypełnia się swastykami, skinheadami i wszelką symboliką nazistowską.

„And like it or not, God created the Blacks, just as he did cats and dogs.
And hating any of God’s creation is morally wrong.”

Faszystowski folklor jest tak malowniczy, że gdyby nie stanowił tabu w kulturze, byłby z pewnością równie prominentną zajawką komiksową, jak wampiry czy zombie. Dla Azzarello jednak tabu nie stanowi wielkiego problemu i prezentuje sceny wydarzeń w sposób niezwykle sugestywny. Bo też cała ta hitlerowska otoczka stanowi zaledwie tło do poszukiwań głównego bohatera i właśnie tutaj może on wreszcie poznać prawdę. A jest ona szokująca (choć czytelnik na razie pozostanie jeszcze w niepewności). Równie szokujący może być sposób, w jaki nasz czarownik postanawia zabrać się za edukację obywatelską mieszkańców miasteczka, ale nie bez powodu nazywają go Hellblazerem. Nie ujawniając zbyt wiele z fabuły, powiem tylko, że jest to jedyny moment w całej tej opowieści, gdzie pojawiają się elementy nadprzyrodzone. I takie proporcje są właściwe dla tego cyklu.

Po wydarzeniach opisanych w „Highwater” Constantine nie rzuca się od razu na głęboką wodę, tylko snuje się po Las Vegas i oddaje prostym rozrywkom w dwóch samodzielnych zeszytach pt. „A Fresh Coat of Red Paint” i „Chasing Demons”. Zeszyty te wydają się dośc niezależne, ale wygląda na to, że scenarzysta potrzebował tych epizodów, aby zbudować wizerunek swojego bohatera. Wbrew pozorom jest to dośc ważny element, bo wszelka rewolucja w tak zasłużonym cyklu mogłaby spotkać się z protestami fanów.

Tak więc Constantine poznaję prostytutkę, której zdaniem jest zapewne potwierdzenie jego męskości (jaka wkrótce będzie przewrotnie podana w wątpliwość), aby nie było złudzeń co do tego, że Azzarello nie próbuje stworzyć bohatera na nowo. John ogrywa stare babcie w bingo, kpiąc z nich przy tym w żywe oczy, przesiaduje w barach, gdzie wychodzi na jaw jego cudownie cyniczna natura i ogólnie oddaje się rozrywkom, o jakie byśmy tego drania mogli posądzać. Taka cisza przed burzą, bo pewne sprawy są nadal niezałatwione. Chora psychika Constantine’a szczególnie uwidacznia się w obecności kloszarda, który przed laty zabił własną żonę.

-He sure can’t forget.
-Twenty-five years…
-Seems like yesterday.
-Yesterday?
-Yesterday.

-All me troubles seemed so far away…

I tak zostajemy rzuceni w sam środek sodomy i gomory w ekskluzywnym klubie seksu bez zahamowań dla elit Las Vegas. Tym razem cała opowieść zaczyna się od znalezienia ciała Constantine’a, a raczej tego, co z niego zostało. Zgadza się, wujek Hellblazer odłożył łyżkę. Jego znajomy detektyw Turro z FBI próbuje rozwiązać tę zagadkę, ale tam gdzie w grę wchodzi cyniczny magik, odpowiedzi zawsze są o krok za daleko. Obraz jaki wyłania się z jego przesłuchań, wskazuje na romans pomiędzy Constantine’em a pewnym niebezpiecznym osobnikiem, którego Turro bardzo pragnąłby przyskrzynić. To właśnie jego spowiedź przynosi w końcu odpowiedzi na pytania, jakie krążą wokół bohaterów od początku runu Azzarello. Jednak nietaktem z mojej strony byłoby napisać coś więcej.

Trzeba przyznać, że Azzarello czuje Constantine’a, choć niektóre sceny przedstawiające magika jak postać z powieści hrabiego Lautremonta, mogą wydawać się nieco przesadzone. Ale wszystko to jest w ramach konwencji – nawet biseksualizm Constantine’a był już kiedyś poruszony w zeszycie pięćdziesiątym pierwszym przez Johna Smitha, przez co niektórzy twierdzą, że zeszyt ten nigdy nie trafi do żadnego zbioru.

Graficznie twórcy uczestniczący w tym przedsięwzięciu nie zawiedli. Marcelo Frusin nawiązuje do kreski ze „100 naboi” i wychodzi mu to bardzo dobrze. Giuseppe Camuncoli i Cameron Stewart w swoich dwóch zeszytach proponują swoją nieco bardziej cartoonową wersję postaci, ale chyba się przyjęła, bo Camuncoli został potem głównym rysownikiem serii (i jest nim do dziś).

Podsumowując – run Azzarello w „Hellblazerze” zaliczyć można do najlepszych w całym cyklu, a „Highwater” jest tego doskonałym przykładem. Niestety, jak wiele innych tomów cyklu jest on obecnie wyczerpany.

Arek Królak

„John Constantine, Hellblazer: Highwater”
Scenariusz: Brian Azzarello
Rysunek: Marcelo Frusin, Giuseppe Camuncoli, Cameron Stewart
Okładka:Tim Bradstreet
Kolor: James Sinclair, Zylonol, Lee Loughridge
Liczba stron: 264
Wydawca: Vertigo (lipiec 2004)
Wymiary: 10.2 x 6.6 x 0.5 cali
Waga: 14.1 uncji
Cena: $19.99

, ,