JLA: New World Order TPB


JAK BATMAN MARSJAN ZAPAŁKAMI PRZEGONIŁ


W latach dziewięćdziesiątych ukazywało się mnóstwo komiksów opowiadających o rozmaitych wersjach „Ligi Sprawiedliwości”. Poszczególne serie różniły
się od siebie tytułami, składem i przygodami. Łączył je natomiast wspólny szyld i to, że nikomu nie chciało się ich czytać. Malejąca z każdym miesiącem sprzedaż zmusiła redaktorów DC do diametralnej zmiany formuły. Zamiast kilku lig powstała jedna z najbardziej klasycznym składem. Zespół uformował się w miniserii „A Midsummer’s Nightmare” Marka Waida („Kingdom Come”), a dalsze przygody opowiedział Grant Morrison. Zasada była prosta – najpotężniejsi bohaterowie Ziemi stawiają czoła zagrożeniom o największej skali.

Już pierwsza historia („New World Order”) w pełni wykorzystała tę konwencję, zrzucając na barki bohaterów perspektywę globalnej katastrofy. A początek sugeruje coś zupełnie innego, bo oto z kosmosu przybywa Hyperclan, grupa obcych superistot z innej planety, które oferują Ziemianom pomoc i poprowadzenie ku lepszej rzeczywistości. Słysząc takie słowa, ludzkości nie pozostaje nic innego, niż ruszyć za nowymi herosami. Nie przeszkadzają im nawet brutalne egzekucje na przestępcach, do których z czasem dochodzi. Pełni zaufania mieszkańcy Ziemi nawet nie snują podejrzeń wobec tajemniczego kompleksu, który obcy stawiają na pustyni Gobi. No bo jak można nie ufać komuś, kto przylatuje z kosmosu, mówiąc, że będzie nam pomagać. W końcu sam Superman pojawił się w ten sposób. Tylko superbohaterowie zachowują dystans i podejrzliwość – tym bardziej, że wśród dotychczasowych podopiecznych znacznie tracą na popularności. Wkrótce okazuje się, że duża w tym zasługa nie tylko nowej konkurencji, ale również urządzeń do prania mózgu, z których ta korzysta…

Ciężko ocenić ten album. Z jednej strony historia jest niezwykle płytka, a konstrukcja fabuły prosta jak budowa cepa. Nawet zwrot akcji wieńczący fabułę nie jest szczególnie błyskotliwy. Z drugiej strony, całość ratują ciekawe przemyślenia bohaterów i kilka zapadających w pamięć one-linerów. Nie przesadzę chyba, jeżeli stwierdzę, że to właśnie ciekawe charaktery są siłą komiksów o superbohaterach. Morrison zresztą wie o tym lepiej niż wielu jego kolegów po fachu. „Manga-nut with a power ring” to przecież esencja Kyle’a. Swoje pięć minut dostał również Batman, który z właściwą sobie klasą rozgromił drużynę Marsjan za pomocą pudełka zapałek. Scenarzysta świetnie wyczuł postacie, ale chyba nie miał za dużo możliwości, aby pokazać je w pełnej krasie. Podobnych scen w całej książce znajdziemy zaledwie kilka. Nie ma tu miejsca na interesujących bohaterów, nie mówiąc już o skomplikowanych portretach psychologicznych. Bohaterowie barwni są głównie dzięki swoim kostiumom. Gdyby ubrano ich w jednakowe uniformy, staliby się nie do odróżnienia. Tyle o bohaterach. Jeżeli chodzi o ich przeciwników… szczerze mówiąc jedyne co zapamiętałem to, że byli i zostali pokonani.

Aż ciężko uwierzyć, że za tą historią stoi sam Grant Morrison. Człowiek, który tchnął nowe życie w Animal Mana, zdefiniował na nowo mutantów Marvela na łamach „New X-men”, ze srebrnowiekowego kiczu Człowieka ze Stali stworzył nową jakość w „All-Star Superman”, a nawet w niezbyt udanym podejściu do Fantastycznej Czwórki wykreował nieszablonową opowieść. Podobne sukcesy i przewrotne projekty można wyliczać w nieskończoność. Pierwszy album „JLA” wygląda na tym tle jak chałtura, którą pośpiesznie spisał na kolanie i sprzedał bez przeczytania.

Należy jednak pamiętać o znaczeniu tej historii dla kanonu. Z dzisiejszej perspektywy to kolejna, sztampowa potyczka Ligi z Białymi Marsjanami. A to przecież pierwsze pojawienie się tych istot w uniwersum DC. Podobnie jest z… samą JLA. To pierwsza seria przedstawiająca losy takiego składu od czasów „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”.

Ołówek obsługiwał Howard Porter, który „Ligę” miał okazję poznać, pracując z Markiem Waidem nad „Underworld Unleashed”. Porter raczej nie stworzył dotąd żadnego wiekopomnego dzieła, ale graficznie „JLA” prezentuje się bardzo dobrze. Na uwagę zasługują zwłaszcza sceny akcji. Wydarzenia przedstawione są dynamiczne i kiedy scenariusz opisuje epickie starcie, rysownik robi, co może, żeby przedstawić rozmach walki. Jeżeli lubicie heroiczne pozy i monumentalne kadry, to powinno się wam spodobać, chociaż nie ma mowy o nacieszeniu oczu w takim stopniu, jak na przykład w „Kingdom Come”. Oczywiście przed lekturą należy zapomnieć o czymś tak zbędnym w świecie superbohaterów jak anatomia. Trochę gorzej Porterowi wychodzi praca nad postaciami. Bohaterowie nie mają charakterystycznego wyglądu, a mimika ogranicza się do ust rozwartych w bojowym okrzyku, przerażeniu, bólu i – sporadycznie – radości. Plastikowe wrażenie potęgują komputerowe kolory. W 1996 roku czasy, w których graficy nauczyli się wykorzystywać możliwości Photoshopa, należały do przyszłości…

Mateusz Albin

„JLA: New World Order” TPB
Scenariusz: Grant Morrison
Rysunki: Howard Porter
Tusz: John Dell
Kolory: Pat Garrahy
Liternictwo: Ken Lopez
Data wydania: kwiecień 1997
Format: 17 x 26 cm
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
Stron: 96
Cena: $7,99

,