Przygody Tintina

PRZYGODY TINTINA


Nie tak dawno mój znajomy określił Tintina jako „męską wersję Lois Lane bez Supermana”. Jeśli uznać ową charakterystykę za słuszną, to filmowy Tintin jest Lois skrzyżowaną z Scherlockiem Holmesem w intrydze, która jest mieszanką „Indiany Jonesa” i „Północ – północny zachód” ze szczyptą „Piratów z Karaibów”, zarazem tworzącą coś kompletnie unikatowego i świeżego. Film Spielberga nie jest bowiem po prostu dobrą adaptacją komiksu, ale jedną z najlepszych, jakie w swoim życiu widziałem!

Łatwo być sceptycznym, słysząc, że Amerykanie biorą się za europejski komiks. Franko-belgijski światek rządzi się kompletnie innym prawami i wrażliwością niż ten hollywoodzki, a skoro ci drudzy z taką łatwością psują własne twory (patrz: „Liga Niezwykłych Dżentelmenów”), to co dopiero będzie z czymś wywodzącym się z zupełnie innej kultury? To tak, jakby Niemcy zabrali się nagle za zrobienie filmu na podstawie japońskiej mangi. Nawet jeśli za projektem stałby prawdziwy fanatyk w pełni rozumiejący ducha pierwowzoru i tak jego dobre intencje zostaną podeptane przez odgórne wpływy producentów, którzy mając w nosie, czego oczekują fani na drugiej części półkuli, przerobią wszystko w ten sposób, by zadowoliło lokalną publiczność.

Na szczęście, gdy w grę wchodzi Steven Spielberg, wszystkie obawy rozpływają się w mgnieniu oka. Jego „Indiana Jones” przyrównany był do komiksów Hergégo praktycznie od samego początku, a – co jak co – Spielberg jest nazwiskiem, z którym nawet najbardziej uparte studio nie będzie dyskutować, tylko da w spokoju realizować autorskie wizje. Z drugiej strony, pokazał już, że nie tylko potrafi się potknąć, ale polecieć na łeb, na szyję. Ostatnia część „Indiany” (choć moim zdaniem – pomimo morza wad – nie była taka zła) ciągle przyprawia niektórych fanów o serię najsoczystszych wiązanek. Być może to właśnie zabranie się za coś nowego, zamiast odświeżania na siłę tych starych produkcji, było tym, czego pan Spielberg potrzebował, by powrócić do ducha „Poszukiwaczy zaginionej Arki”. Wystarczy spojrzeć na pierwsze kilka minut, stanowiących formę tradycyjnie animowanej czołówki, w czasie której sylwetki Tintina i Milusia rozwiązują typową dla siebie zagadkę. Towarzyszy temu idealnie oddająca klimat serii muzyka, cała masa oczek do fanów – w tym moment, gdzie postacie na sekundę przybierają pozę logo kultowego serialu z lat dziewięćdziesiątych. Aż chce się zawołać – „Tak! To będzie dobre!”

Fabuła „Przygód Tintina” stanowi głównie połączenie tomów „Krab o złotych szczypcach” i „Sekret Jednorożca”. Młody reporter Tintin wchodzi w posiadanie rzadkiego modelu legendarnego statku znanego jako Jednorożec. Jak to w życiu bywa, okazuje się, że z uwagi na zawartość wskazówki prowadzącej do jednego z największych skarbów w historii, model pożądany jest przez pewną organizację przestępczą… Reszta filmu to po prostu jedna, wielka jazda bez trzymanki z Tintinem co rusz pakującym się z jednych tarapatów do drugich, na przemian próbującym umknąć z życiem i rozwikłać intrygę, przy okazji budującym przyjaźń z nowo poznanym kompanem, jakim jest kapitan Baryłka. Sceny „skradanek” trzymają w napięciu, a epicką spektakularnością ociekają sceny akcji – jak retrospekcja ukazująca bitwę morską między parą siedemnastowiecznych okrętów czy też długi pościg przez arabskie miasto, w całości ukazany w jednym ujęciu (!!!). Aż dziw bierze, ile można wyciągnąć z tak prostych rysuneczków (z całym szacunkiem dla dorobku Hergégo, ma się rozumieć). Widać, że Spielberg chciał wykorzystać projekt jako możliwość zrobienia całej masy rzeczy, które operatorsko – poza animacją – są po prostu fizycznie niemożliwe do uzyskania.

Tytułowe „przygody” były jednak rzeczą, o którą najmniej się bałem. Perypetie z komiksów Hergégo są nie tylko czymś, co wydaje się łatwe do przeniesienia na ekran, ale tyle w nich intryg, zwrotów akcji i pomysłowości, że można spokojnie zapełnić nimi dziesięć różnych filmów. Zresztą – choć mało osób wie o tym – wcześniej były co najmniej dwie aktorskie adaptacje i jedna pełnometrażowa animacja. Przechodząc do problemu – jedną z największych obaw budziło we mnie, jak wypadnie tytułowy bohater. O ile kapitan Baryłka, duet Jawniak i Tajniak czy (nieobecny w filmie) profesor Lakmus to bardzo barwne postacie, tak sam Tintin nie miał nigdy specjalnie porywającej osobowości. Nie można mu odmówić wnikliwej natury, błyskotliwości czy odwagi, jednak poza tymi superlatywami ciężko tak naprawdę powiedzieć coś o jego charakterze. Rodzina, marzenia, poglądy czy w życie prywatne są przez Hergégo zwyczajnie przemilczane, a sam bohater wydaje się chwilami nijaki do stopnia mistyczności. Nie wiadomo, w jakim jest wieku, gdyż jego twarz jest pozbawiona jakichkolwiek rysów (raz wydaje się nastolatkiem, raz koło trzydziestki). Ba! Nawet ciężko powiedzieć, czy „Tintin” to imię, nazwisko czy pseudonim artystyczny! On jest wręcz postacią symboliczną, w miejscu której czytelnik może wyobrazić siebie.

Niestety, nie jest to coś, co sprawdza się dobrze na filmie, gdzie aż prosi się o to, by ubarwić osobowość Tintina, dodać mu historię czyniącą intrygę bardziej personalną i (ponieważ to Hollywood) wrzucić mu jakiś niezgorszy obiekt miłosny albo najlepiej jakąś pierwszoplanową postać kobiecą. Jak zresztą kiedyś czytałem w jednej z pierwszych wersji scenariusza, Tintin został obdarzony agresywnym redaktorem naczelnym i reporterem-rywalem. Spielberg na szczęście rezygnuje z tych wszystkich zabiegów, po prostu prezentując osobowość Tintina w sposób niezwykle ciekawy, a zarazem nieodbiegający od pierwowzoru. Bohater dosłownie wydaje się egzystować przygodami, w które się nieustannie pakuje. Ma gdzieś sławę, pieniądze czy nawet wymierzanie sprawiedliwości. Chodzi mu tylko i wyłącznie o rozwiązanie kolejnej zagadki, którą będzie żył do stopnia obsesyjności.

Pozytywnie zaskoczyło mnie też przedstawienie kapitana Baryłki. Jego chemia z Tintinem wypada idealnie, prowadząc do wielu przekomicznych momentów, jednak największym zaskoczeniem okazało się to, jak Spielberg potraktował baryłkowe zamiłowanie do butelki. Szczerze myślałem, że w ramach kina familijnego ów motyw zostanie ograniczony do kilku okazyjnych wzmianek. Przeciwnie! Filmowy Baryłka nie tylko jest wiecznie zalany, ale gra to jedne z głównych skrzypiec w historii. To, co w komiksie było po prostu źródłem humoru, tu w pewnym momencie zostaje potraktowane jako poważny problemem. Przecież to alkoholik! Niby bawi, jak narobi Tintinowi problemów, ale na dłuższą metę to po prostu smutne.

I to kolejny atut całości – film wbrew pozorom nie jest robiony pod najmłodszych. Intryga jest potraktowana dojrzale i z powagą, a jak zostaje bardzo wcześnie pokazane – to nie jest kreskówkowy świat. Tutaj ludzie giną za wtykanie nosa w nie swoje sprawy. Niestety, jest to też pewien problem, gdyż – choć humor jest przez większość czasu trafiony – pewne slapstickowe wstawki (zwłaszcza ze strony detektywów Jawniaka i Tajniaka) mogą wydać się dla jednych nieco wymuszone i w kontraście po prostu zbyt infantylne. Jeśli przechodzę już do minusów, to choć uważam, że animacja wygląda tu wyśmienicie, a stylizowane na rysunki Hergégo postacie prezentują się o niebo lepiej niż np. te z „Ekspresu polarnego”, nie ukrywam, że znalazła się też garstka momentów, gdy miałem wrażenie, że patrzę na podrygujące marionetki.

Wreszcie (SPOILER) końcówka jest za bardzo przegadana i w niezbyt subtelny sposób robiona pod sequel. Spodziewałem się co prawda zakończenia z cyklu – „Ach, ruszają ku nowej przygodzie” – ale tu wszystko wydało się jakby nagle urwane. Takie – „Podobało się wam? To jeszcze nie koniec, a dopiero początek! Ale musicie poczekać na kontynuacje, by zobaczyć, co się stanie. Do zobaczenia za dwa, trzy lata”. Niestety, film nie pozostawia wrażenia zamkniętej opowieści, a pomimo satysfakcjonującej „przejażdżki”, ów finał wprowadza nagle lekki niedosyt… Mógłbym się jeszcze przyczepić, że Bianca Castafiore (swoją drogą, choć postać pojawia się na krótko i nie odbywa interakcji z bohaterami, jest idealnie oddana) zamiast śpiewać swoją typową diamentową arię z „Fausta”, śpiewa fragment z opery „Romeo i Julia”… Ale to już takie hipergeekowskie dąsy.

Podsumowując – „Przygody Tintina” to doskonały przykład dobrego materiału w rękach reżysera w pełni rozumiejącego ducha pierwowzoru i wiedzącego, jakie będą oczekiwania fanów. Dreszczyk emocji, jaki nachodził młodego czytelnika, powraca na dużym ekranie. I choć można się do kilku rzeczy przyczepić, nie ma rozczarowania. Z niecierpliwością pozostaje mi czekać na kontynuację (a może i dwie w razie trylogii), a póki co nie odmówię sobie ponownego seansu… albo i kilku.

Maciej Kur

„Przygody Tintina”
Reżyseria: Steven Spielberg
Produkcja : Peter Jackson, Steven Spielberg, Kathleen Kennedy
Scenariusz: Joe Cornish, Edgar Wright, Steven Moffat
Obsada: Jamie Bell, Andy Serkis, Daniel Craig, Simon Pegg, Nick Frost, Daniel Mays, Toby Jones
Muzyka: John Williams
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Montaż: Michael Kahn
Czas trwania: 107 minut

,