The Force Unleashed TP


MARKA WYZWOLONA…


Czasy, kiedy saga „Star Wars” ograniczała się do kilku filmów, dawno minęły… A w zasadzie to nigdy nie istniały, bo pierwszy komiks z charakterystycznym tytułem na okładce ukazał się dwa miesiące przed premierą „Nowej nadziei”. Po trzydziestu latach zmieniło się wiele, ale graficzne opowieści z „Gwiezdnych wojen” nadal mają się dobrze, żyjąc własnym życiem, a kiedy indziej uzupełniając inne media. Tak było w przypadku „The Force Unleashed”, ogromnego projektu multimedialnego, przypominającego trochę „Cienie imperium” sprzed dekady. Osią serii jest oczywiście głośna gra wideo. Jej fabułę uzupełniają między innymi powieść i album komiksowy.

Historia napisana na potrzeby gry naprawdę chwyta za serce i mówię to z czystym sumieniem. W śledzeniu z przejęciem losów Starkillera nie przeszkodziło mi to, że całą opowieść poznałem na PlayStation Portable. W tej wersji nie było mowy o spektakularnych walkach, czy niesamowitej grafice rodem z PlayStation 3. Mimo prymitywnej rozgrywki, z niegasnącym ani przez chwilę rumieńcem wpatrywałem się w niewielki ekranik, nie mogąc doczekać się kolejnych zwrotów akcji.

Historia poprzedza wydarzenia czwartego epizodu sagi. Po zakończeniu wojen klonów Darth Vader przemierza galaktykę, likwidując niedobitki Jedi. Na jednej z planet po stoczeniu zwycięskiego pojedynku odkrywa dziecko pokonanego rycerza. Silny Mocą chłopiec zwraca uwagę Vadera do tego stopnia, że ten postanawia go zabrać i szkolić po kryjomu, by na koniec uczeń pomógł mu w obaleniu Imperatora i przejęciu władzy. Historia obfituje w zaskakujące zwroty akcji, w których jeden z najczarniejszych bohaterów sagi staje się najtragiczniejszym. Towarzyszą jej świetnie pomyślane postacie, nierzadko pełne ambiwalencji. Nie przesadzę, mówiąc, że to materiał na świetny film i wielka szkoda, że serialowe „The Clone Wars” nie jest bliższe historii Starkillera.

Sięgając po komiks, nie spodziewałem się równie ambitnego dzieła. Na mojej półce znalazł się tylko dlatego, że chciałem mieć wszystkie pozycje z projektu. Większość komiksowych adaptacji to koszmarki, które rażą niemal każdym elementem – począwszy od lichego scenariusza, a kończąc na grafikach przypominających bazgroły wykonywane na końcu szkolnego zeszytu i to przez tych mniej kreatywnych uczniów. Akurat jeżeli chodzi o ten drugi element, to „TFU” nie ma się czego wstydzić. Za ołówek po części odpowiada Brian Ching, którego fani „Gwiezdnych wojen” znają z „Rycerzy Starej Republiki”. Artysta dobrze już poznał uniwersum „Star Wars” i doskonale się w nim zadomowił. Każdy z kadrów jest klimatyczny w najmniejszych szczegółach. Co prawda, na kartach recenzowanego komiksu nie widać takiego zaangażowania, jak w przypadku „KOTOR”, ale nadal są to schludne i profesjonalne prace, które sprawiają, że podczas lektury niejednokrotnie oko zawiśnie nam nad którymś z paneli. Szczególnie imponująco wychodzą Chingowi sceny kosmiczne. Niestety, rzeczony najwyraźniej nie potrafi pracować dostatecznie szybko, bo kilka rozdziałów zostało przygotowanych przez innych rysowników, którzy nie dorównują mu talentem.

Scenariusz nie jest tak miłym zaskoczeniem. Rozpisana na nieco ponad sto stron fabuła to najzwyklejsze streszczenie wydarzeń z gry. Tylko w kilku miejscach możemy liczyć na nieznane fragmenty. Wielka szkoda, bo w ten sposób zmarnowano potencjał komiksu jako medium uzupełniającego. Tak było przecież w przypadku „Cieni Imperium”, w których gra, komiks i książka opowiadały o tych samych wydarzenia, z diametralnie różnych punktów widzenia, ale zarazem komplementarnych względem siebie. Autorzy „TFU” po kilka razy opowiadają o tym samym, a to zakrawa o kpinę z odbiorcy. Chętnie poznałbym wydarzenia między odnalezieniem Starkillera a końcem jego szkolenia lub dowiedział się czegoś więcej na temat pobocznych wątków gry.

Być może na mojej ocenie zaważyła znajomość podstawowego produktu, którym była gra. Scenarzysta Hayden Blackman pisząc „Jango Fett: Open Seasons” czy „Obsesję”, udowodnił, że potrafi opowiadać ciekawe historie. On także stał za scenariuszem do gry. Komiksowa wersja „The Force Unleashed” jest opowiedziana w mało frapujący sposób i zapewne spojrzałbym na nią łaskawszym okiem, gdyby nie konieczność porównania z grą. Być może dla osób, które nie miały okazji zagrać, będzie to jeden z ciekawszych komiksów z sagi. Mimo wszystko historia jest ta sama, co w pierwowzorze, razem z jej największymi zaletami, chociaż tylko na konsoli pozostaje naprawdę wyzwolona…

Mateusz Albin

„The Force Unleashed” TP
Scenariusz: Haden Blackman
Rysunek: Brian Ching, Bong Dazo, Wayne Nichols
Liternictwo: Michael Heisler
Kolory: Michael Atiyeh
Stron: 104
Wydawca: Dark Horse Comics
Data: 18 sierpnia 2008

,