Before Watchmen – Czy powinno powstać ?!


BEFORE WATCHMEN

CZY POWINNO POWSTAĆ ?


222x300

W 1985 roku DC Comics wydało dwunastoczęściową serię Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa pt. „Watchmen” („Strażnicy”). Początkowo miała być o połowę krótsza i opowiadać o uwspółcześnionych wersjach superbohaterów z katalogu Charlton Comics, kupionego przez DC za sporą ilość pieniędzy, ale po przeczytaniu scenariusza, z którego jasno wynikało, że nowiutkie, drogie postacie nie będą mogły być już potem wykorzystane, poproszono Moore’a o zmiany. Tak powstali „Strażnicy”. Całkowicie nowa grupa bohaterów, która wprowadziła niedoskonały, ludzki element do historii o idealnych nadludziach. Można oczywiście polemizować, czy była to pierwsza taka opowieść, bo nawet sam Alan Moore miał już na koncie „Miraclemana”, ale nie zmienia to faktu, że jest do dzisiaj uznawana za jedną z najwybitniejszych w swej klasie. Prawie od razu planowano wydać kontynuację, jeżeli seria okazałaby się sukcesem. Miała ona być zatytułowana „Minutemen” i opowiadać o przygodach członków tytułowej grupy w latach czterdziestych, a którzy w czasie akcji „Watchmen” byli już dawno na emeryturze lub na tamtym świecie. Miał to być też swoisty rodzaj hołdu dla prostoty komiksów tzw. Złotego Wieku (Golden Age), której Moore nie był przeciwny. Jednakże DC Comics zmieniło koncepcję i zechciało wydać opowieści o wcześniejszych przygodach bohaterów „Watchmen”; o pobycie Komedianta w Wietnamie, samotnej walce Rorschacha z przestępcami w ciemnych zaułkach czy podobnym, choć na pewno mniej brutalnym, zmaganiom Nocnego Puchacza (NiteOwl). Takiemu rozwiązaniu sprzeciwili się zarówno scenarzysta, jak i rysownik, twierdząc, że akurat o tych postaciach nie da się powiedzieć więcej [1]. Alan Moore wyraził też zdecydowany sprzeciw, by inni autorzy pracowali nad takimi seriami. Uszanowano jego zdanie.

Na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat drogi Alana Moore’a i DC Comics znacząco się rozeszły. Autor wielokrotnie był w swoim (słusznym) mniemaniu źle traktowany przez wydawcę zarówno przy dużo późniejszych zdarzeniach – przy okazji przejęcia Wildstorm Jima Lee – jak i wcześniej – przy okazji wydania innego hitu „V for Vendetta” („V jak Vendetta”) w 1989 r. W umowie dotyczącej „V” figurował zapis, że jeżeli komiks przestanie być dodrukowywany, prawa autorskie w całości zostaną scedowane na rzecz twórców. Podobny obowiązywał zresztą w przypadku „Watchmen”, co wówczas nie budziło sprzeciwu twórców [2] . Niestety, nikt nie przewidział, jak wielką popularnością będą się cieszyć obie serie i że w takim wypadku DC wcale nie ma zamiaru ich wycofywać z druku. Sprawiło to, że wspomniane klauzule stały się bezużyteczne. W takim wypadku Alan Moore postanowił więcej dla DC nie pracować [3]. Przy okazji dystansował się od wszelkich kolejnych pomysłów wydawcy na zarobienie pieniędzy dzięki wspomnianym tytułom (choćby adaptacji filmowych). Pomimo wrogiego nastawienia pisarza do dawnego pracodawcy nie przeszkodziło to firmie w 2010 roku zaproponować przekazania mu praw do serii w zamian za zgodę na wydanie prequeli i kontynuacji [4]. Autor pozostał niewzruszony. Zarząd DC najwidoczniej jeszcze przez dwa lata zmagał się z tą myślą i w końcu uznano, że w sumie nie jest im ta zgoda do niczego potrzebna.

Pierwszego lutego 2012 r. gruchnęła wiadomość o planowanych siedmiu prequelowych miniseriach w ramach projektu „Before Watchmen”, które zostaną zawarte w trzydziestu pięciu zeszytach. Większość tytułów będzie opowiadać wcześniejsze dzieje poszczególnych bohaterów (serie „Comedian”, „NiteOwl”, „Ozymandias”, „Silk Spectre”, „Dr Manhattan” i „Rorschach). Pozostałe to planowane wcześniej „Minutemen” i pojedynczy zeszyt o tytule „Before Watchmen: Epilogue”. Dodatkowo w każdym zeszycie dwie strony zostaną poświęcone na „Curse of the Crimson Corsair” („Klątwa Karmazynowego Korsarza”), zapewne wzorowanym na pirackim komiksie w komiksie z oryginalnej serii pt. „Tales of the Black Freighter”. O ile DC Comics, jako posiadacz praw autorskich, jak najbardziej mogło tak postąpić, to czy – zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze potraktowanie autorów – powinno?

W świecie komiksu zawrzało. Podzielił się na dwa obozy. Najpierw przyjrzyjmy się temu znacznie mniejszemu, który w jakimś stopniu popiera projekt. Dziwnym nie jest, że w sporej części składa się z zarządu DC Comics i twórców odpowiedzialnych za nadchodzące komiksy. J. Michael Straczynski (scenariusz „Dr Manhattan” i „Nite Owl”) chwali kolejny – po restarcie całego uniwersum DC – odważny ruch szefa wydawnictwa, Dana Didio, i dodaje, że dziwi go sprzeciw Moore’a, który przecież nie miał nic przeciwko, by pracować np. nad „Supermanem” czy „Swamp Thing”, które przecież nie były jego pomysłami. Brian Azzarello (scenariusz „Rorschach” i „Comedian”) powiedział, że jakość komiksów będzie odpowiedzią, dlaczego w ogóle się za to zabrali. Darwyn Cooke (scenariusz i rysunek „Minutemen” oraz współpraca przy „Silk Spectre”) jest ostrożniejszy i wspomina o swoich pierwotnych obawach, które ustąpiły, gdy planowana historia powoli zaczęła się krystalizować w jego umyśle, oraz że – chociaż komiks idealnie trafił w swój czas i rozumie czar płynącego z niego przesłania – on jednak szuka czegoś bardziej optymistycznego. Redaktor oryginalnej serii, Len Wein, mówi, że w tym przemyśle jest to normalna praktyka i nikogo nie powinno to dziwić, oraz że ciągle należy wykorzystywać nowe pomysły i nowe podejścia [5]. W oficjalnym ogłoszeniu cytowane są również słowa rysownika i współtwórcy pierwowzoru, Dave’a Gibbonsa. O ile Moore odciął się od DC, o tyle Gibbons żył z nimi we względnej zgodzie. Służył nawet jako konsultant przy kręceniu filmu na podstawie komiksu. Wygłosił bardzo neutralne oświadczenie mówiące, że chociaż on i Alan opowiedzieli całą historię, jaką chcieli opowiedzieć, to szanuje powody, dla których DC się zainteresowało kontynuowaniem jej i życzy powodzenia twórcom [6]. W serwisach komiksowych pojawiło się także kilka felietonów popierających akcję. Podejmowały one głównie kwestię tego, że „Watchmen” to komiks (superbohaterski) jak wszystkie inne, gdzie takie postępowanie jest na porządku dziennym[7] , lub chwaliły zaradność i smykałkę do prowadzenia interesów [8]. Po raz kolejny pojawił się też zarzut, że przecież Alan Moore korzystał z postaci innych twórców zarówno przy „Strażnikach”, których bohaterowie są wzorowani na postaciach z Charlton Comics, w innych swoich opowieściach o superbohaterach, jak i w komiksach typu „Lost Girls”, gdzie występuje kilka postaci rodem z klasyki literatury [9]. Pojawiły się też głosy, że dzieło się postarzało i chociaż było adekwatne w zimnowojennej rzeczywistości, obecnie nie ma takiej mocy [10]. W podobnych tonach wypowiadali się fani komiksów popierający pomysł wydania prequela. Można jeszcze dodać hasło „nie róbcie z „Watchmen” świetej krowy”, która to myśl zresztą również przewijała się przez teksty felietonistów, i absolutnie kuriozalny pogląd, że Alan Moore na starość zwariował podobnie jak Frank Miller.

Mogłoby się wydawać, że część z tych głosów jest w jakimś stopniu uzasadniona. Najważniejszy jest ten o wykorzystywaniu cudzych postaci. Tyle że nie brałbym pod uwagę tych z komiksów, ale z literatury. Bo główną różnicą pomiędzy pracą nad „Supermanem” lub „Swamp Thing” a nad „Watchmen” była różnica w umowie pomiędzy stronami. W przypadku „Watchmen” autorzy mieli prawo sądzić, że przejmą kontrolę nad swoim dziełem, podczas gdy np. „Superman” od początku do końca był zleceniem na scenariusz opowiadający o losach cudzej postaci. Należy rozróżniać te dwie kwestie. W przypadku postaci literackich część autorów mogłaby mieć za złe, co Moore z nimi zrobił, ale nie mogą wyrazić sprzeciwu, bo dawno nie żyją. Może to świadczy o moim cynizmie, ale ciężko mi uznać ludzi zaangażowanych w projekt za wiarygodnych. Nawet jeśli naprawdę mówią to, co myślą, dalej gdzieś w tle czuć pewien niesmak. Każdy lubi zarabiać pieniądze, ale wydaje mi się, że mając tak ugruntowane na rynku nazwiska, jak Cooke, Azarello, Straczynski, Conner, Kubert, Hughes, mogliby je zarobić bez niepotrzebnych kontrowersji. Zresztą podejmowanie kwestii ekonomicznych jest według mnie jednym z kluczowych problemów tego projektu. Od lat następuje stopniowe zawłaszczanie świata kultury przez biznes. Można się kłócić, że zawsze twórca był zależny od mecenasów, ale wydaje mi się, że ostatnimi czasy jest to szczególnie powszechne, a i dzisiejsi mecenasi nie zatrudniają artystów (i rzemieślników), by zdobili im gabinety, tylko by sprzedać potem ich wytwór maksymalnie dużej liczbie ludzi i zarobić jak najwięcej. Wartość artystyczna takiego dzieła nie jest na najważniejszym miejscu. Piszę o tym dlatego, że takie działanie jak w przypadku „Watchmen” spycha komiks z roli niezależnego medium, odrębnego działu sztuki do roli produktu, franczyzy. Pewnie zaraz pojawią się głosy, że wszystkie dziedziny sztuki już są mocno skomercjalizowane, ale w przypadku komiksu wydaje mi się to szczególnie destruktywne i krótkowzroczne działanie. Komiks, nie tylko w Polsce, bywa uznawany za coś mało poważnego, infantylną rozrywkę dla dzieci (w tym tych trzydziesto- i czterdziestoletnich). Od lat twórcy starają się przekonać swoimi utworami opinię publiczną, że komiks jest poważnym medium takim jak literatura czy film, a tu nagle DC Comics traktuje jedno z największych jego osiągnięć jak kolejną operę mydlaną wałkowaną od lat. Zresztą dopisywanie czegokolwiek do „Strażników” mija się z celem. Jest to dzieło kompletne. Napisane od A do Z. Każda strona, każdy panel przekazuje masę informacji. Zawarto też sporo stron z artykułami czy fragmentami książki Hollisa Masona, które jeszcze bardziej rozbudowują świat przedstawiony. To miedzy innymi dlatego tak ciężko było przenieść komiks na ekran. Nawet prawie czterogodzinny Ultimate Cut ma pewne braki w porównaniu do komiksu. Zresztą niektóre rzeczy powinny być niedopowiedziane. Zostawmy odrobinę miejsca dla wyobraźni. Tymczasem dostajemy nie jedną, a aż siedem serii. Najgorsze jest, że chociaż mogą być to niezłe komiksy, to każdy z nich coś wniesie do świata „Watchmen” (na zawsze zmieni odbiór tej opowieści lub jej fragmentów), który w zamierzeniu autora miał być taki, jakim go napisał, a nie taki, jak wymarzy sobie Darwyn Cooke czy Brian Azzarello. Ich scenariusze powstają przecież na bazie własnych interpretacji pierwowzoru, bez żadnej konsultacji z autorem i jego wizją. Jedyną różnicą pomiędzy tym projektem a opowieściami typu „fan fiction” (pisanymi przez fanów na podstawie filmów, książek, komiksów itp.) jest wsparcie korporacji [11] . Jak już pisałem, wspomnieni autorzy są twórcami o na tyle mocnej pozycji, że mogą zarobić inaczej. Zastanawiające jest, że DC Comics, mając takie asy w rękawie, nie wykorzystało ich potencjału przy restarcie swojego uniwersum. Wydaje mi się, że lepsze dla medium, dla czytelników i w dalszej perspektywie dla wydawnictwa byłoby, gdyby ich zaangażować do wsparcia jakiejś mniej znanej serii, gdzie można dać im wolną rękę czy pozwolić na stworzenie czegoś nowego. To byłby wspomniany przez Lena Weina zastrzyk świeżej krwi w odrobinę zastaną tkankę tej branży , a nie eksploatowanie tych samych pomysłów setki, jak nie tysiące razy, czemu zresztą część zaangażowanych twórców się otwarcie sprzeciwiała [13]. Ostatnim i, wydaje mi się, jeszcze ważniejszym argumentem oprócz deprecjacji komiksu jako medium jest sprawa poszanowania praw autorskich. Jeśli ktoś interesuje się rynkiem amerykańskim, to wie, że prawa autorów (odkąd zaczęto wydawać komiksy) nie były czymś, na co zwracano uwagę. Przez to bardzo wielu uznanych twórców umarło w biedzie, a wielu obecnie żyje na skraju ubóstwa, pomimo tego, że stworzyli postacie, na których Marvel czy DC zarobiły krocie. Wielu do dzisiaj procesuje się z tymi korporacjami, by odzyskać to, co im należne. Dalej trwają procesy wytoczone przez spadkobierców Jacka Kirby’ego (współtwórca Fantastycznej Czwórki, Hulka, X-men i Kapitan Ameryki) oraz Jerry’ego Siegela i Joego Schustera (twórcy Supermana). W latach osiemdziesiątych doszło do głosu nowe pokolenie twórców, świadome swoich praw, które widząc, jak skrzywdzono ich wielkich poprzedników, sprzeciwiało się takiemu traktowaniu [14]. Wydawało się, że sytuacja ulegnie poprawie, ale – jak pokazuje powyższa sytuacja – nic się nie zmieniło w tej kwestii.

Po raz kolejny porzucono możliwość dokonania zmian na lepsze w imię krótkowzrocznych korzyści i wzburzenia medialnego szumu. Dlatego, pomimo że lubię twórców zaangażowanych w projekt, wydam moje pieniądze nie na komiksy spod szyldu „Before Watchmen”, a prędzej na „Fatale” Brubakera i Philipsa, „Sacrifice” Sama Humphriesa, „Sagę” Briana K. Vaughana czy inny komiks, w którego przypadku mogę mieć pewność, że powstaje bardziej dla pasji niż dla pieniędzy, i w przypadku którego nikt autorowi nie zabierze, co mu należne.

Konrad Dębowski

Przypisy:
1. „Watchmen Round Table: Moore & Gibbons”. David Anhtony Kraft’s Comics Interview. Issue 65, 1988
2.„A Portal to Another Dimension”. The Comics Journal. July 1987.
3. Itzkoff, Dave. „The Vendetta Behind «V for Vendetta»”. The New York Times. March 12, 2006. Retrieved on October 7, 2008.
4. Thill, Scott. „Alan Moore: «I Don’t Want Watchmen Back»”. Wired.com. July 21, 2010. Retrieved on February 1, 2012
5. http://robot6.comicbookresources.com/2012/02/before-watchmen-creators-on-bold-moves-gut-reactions-alan-moore/ [tłumaczenie własne]
6. http://www.comicsbeat.com/2012/02/01/its-official-dc-announces-before-watchmen/
7. http://www.comicbookresources.com/?page=article&id=36751
8. http://www.newsarama.com/comics/before-watchmen-op-ed-good-thing-120201.html
9. http://hoodedutilitarian.com/2012/02/probably-the-most-fatuous-thing-you-will-read-about-before-watchmen-at-least-for-today/
10. http://www.craveonline.com/comics/articles/182339-the-case-for-and-the-case-against-before-watchmen
11. http://www.craveonline.com/comics/articles/182339-the-case-for-and-the-case-against-before-watchmen
12. http://www.wired.com/underwire/2012/02/exclusive-before-watchmen/
13. http://watchmen2creatordarwyncooke.tumblr.com/
14.http://robot6.comicbookresources.com/2012/02/weve-come-so-far-on-before-watchmen-and-creators-rights/

,