Moebius: The Long Tomorrow & Other Science Fiction Stories


MOEBIUS: THE LONG TOMORROW & OTHER SCIENCE FICTION STORIES

MOEBIUS I NAUKOWA FANTASTYKA W KRÓTKICH FORMACH

W 1982 roku wydawnictwo Marvel stworzyło imprint, którego przeznaczeniem było zaprezentowanie ambitnych, klasycznych, mniej mainstreamowych pozycji. W wydawanych w jego ramach seriach graficznych powieści znalazło się dużo miejsca dla komiksów autorstwa Moebiusa. Nie licząc „Incala” i dziewięciu pozycji z „Blueberry” w tytule, Epic, bo tak nazywał się ów imprint, wydał dziewięć pozycji z serii zatytułowanej po prostu „Moebius”. Większość z nich była antologiami zebranymi tematycznie. Ta omawiana przeze mnie jest antologią science fiction, co pewnie poniektórzy wydedukowali po spojrzeniu na tytuł tejże.

Niemal wszystkie zawarte tu krótkie i krótsze historie powstały w latach siedemdziesiątych i pod wieloma względami pozostają w kontakcie z innymi, nie tylko komiksowymi, produkcjami science fiction z ówczesnych i przyszłych czasów. Moebius przyznaje się do inspiracji takimi twórcami jak Robert Sheckley czy Virgil Finlay. Francuz zaś stał się inspiracją dla wielu innych twórców. Swoje piętno odznaczył między innymi na medium filmowym. Nie licząc produkcji, przy których pracował, jak np. „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, to elementy, które zawarto w czwartym tomie jego opowieści wydanych przez Epic, można później odnaleźć w takich produkcjach jak „Blade Runner” czy „Imperium kontratakuje”.

Nieprzypadkowo zaczynam omawianie „The Long Tomorrow & Other Science Fiction Stories” od wkładu Girauda w kinematografię. Tytułowe opowiadanie „The Long Tomorrow” jest pod pewnym względem wynikiem, jak określają niektórzy, najlepszego filmu, jaki nigdy nie powstał. Mowa oczywiście o „Diunie” w reżyserii Alejandro Jodorowsky’ego, reżysera wówczas u szczytu swej twórczej kariery filmowej, który właśnie miał za sobą „Świętą górę” oraz „El Topo”. Wśród osób biorących udział w tym kolosalnie ambitnym projekcie znalazł się także Moebius. Innymi wielkimi postaciami zaangażowanymi w film, ostatecznie wyreżyserowany przez Davida Lyncha bez ich udziału, byli Orson Welles, Salvador Dali, Karlheinz Stockhausen, H. R. Giger, Dan O’Bannon i wielu innych, w tym córka Charliego Chaplina i syn samego Jodorowsky’ego. Oczywiście najsłynniejszym komiksowym wynikiem tego legendarnego już projektu jest słynny „Incal”. Wypływa jednak z niego również „The Long Tomorrow”.

Wspomniany Dan O’Bannon miał nadzorować efekty specjalne w „Diunie”. Przyjechał w tym celu do Paryża, lecz film znajdował się wciąż jeszcze na etapie konceptualnym. By zapełnić sobie czas, O’Bannon zajał się rysowaniem historii. Pewnego dnia jedną z nich, zatytułowaną „The Long Tomorrow”, pokazał Moebiusowi.

„The Long Tomorrow”
scenariusz: Dan O’Bannon

Elementy, które najbardziej kojarzyć się mogą z niepowstałym filmem, zawarte są z pewnością w architekturze i designie świata oraz strojów. Wielopoziomowe metropolie, z wielkimi obszarami skrytymi pod ziemią, nasuwające skojarzenia z „Metropolis”, czy dziwaczne, kolorowe ubrania, które mogą przypominać „Ubika”, stanowią tło dla jak najbardziej klasycznej historii detektywistycznej, która byłaby czystym noir, gdyby nie zmiennokształtne stwory, mechaniczni policjanci czy mózg prezydenta.

Moebius mógł sobie pozwolić na wykreowanie dość różnorodnej i wielobarwnej warstwy wizualnej, gdyż sama historia jest dość mocna. Dzięki temu nawet najdziwniejsze ubrania nie sprawiają śmiesznego wrażenia, gdy nasz bohater zabija z premedytacją niedoszłego zamachowca, czy ogląda zmasakrowane zwłoki kobiety. Nie mówiąc już o zmiennokształtnej istocie.

W ten sposób otrzymujemy komiks interesujący, dość silnie zapadający w pamięć, choć niezanurzający się bez opamiętania ani w science fiction, ani w kryminale. Pozostaje czymś pośrodku, dając możliwość miłośnikom obu gatunków na odnalezienie tutaj czegoś dla siebie.

Wizja przyszłości, jaką kreują twórcy, nie jest jednolita. Nie jesteśmy w stanie określić, na ile jest to antyutopia, a na ile technologicznie rozwinięta przyszłość, która niewiele się różni pod kątem przestępczości czy polityki od obecnych czasów. Oczywiście, widać pewną depersonalizację ludzi, niemal nie istnieją tutaj kontakty międzyludzkie, a seks i zabójstwa są sprowadzone do poziomu zimnej kalkulacji lub niechęci. Wykonuje się je bez zaangażowania emocjonalnego. Jesteśmy też świadkami podziału społecznego, który, podobnie jak we wspomnianym „Metropolis”, objawia się poprzez segregację ludzi na poziomach futurystycznej aglomeracji. Poziom sto dziewięćdziesiąty dziewiąty jest pełnym przestępców, podczas gdy dwunasty cechuje luksus. Mimo więc wizji dość negatywnej nie sposób pominąć faktu, iż segregacja społeczna, podział na miejsca zapełnione biednymi i na miejsca zamieszkałe przez bogaczy oraz inne aspekty współczesnej nam egzystencji nie są zbyt odmienne od wizji przedstawionej w komiksie. Jeśli więc uznamy „The Long Tomorrow” za antyutopię, to wtedy być może powinniśmy uznać, iż sami żyjemy już w antyutopii.

Poza społecznym „uklasowieniem”, zadziwiającymi pomysłami i scenami oraz ciekawej intrydze komiks zawiera zimnego, lecz wzbudzającego szacunek detektywa, bohatera historii. Jeśli szukamy jej wad, to odnaleźć je możemy w archaizmie narracyjnym i komentarzach w ramkach. Szczególnie że czasami opisują one to, co widać na pierwszy rzut oka w kadrze bądź dialogach, sprawiając, że wyglądają jakby były skierowane do osób niegrzeszących zbyt dużą inteligencją. Poza tym, dialogi i uwagi w ramkach nie cechują się zbyt wielką elokwencją i są zbyt suche oraz mechaniczne. Wypadają nienaturalnie na tle dość emocjonujących wydarzeń. Ponadto, moment, w którym robot-policjant informuje nas o kradzieży mózgu prezydenta, sprawia, że nie wiemy przez chwilę, czy to nadal poważny kryminał, czy już przesunęliśmy się w stronę satyry. Jest to podobne uczucie, jakie towarzyszy nam, gdy w odcinku „Spock’s Brain” w serialu „Star Trek” poczciwy Dr McCoy, po spojrzeniu na nieprzytomnego pół-Vulkanina, krzyczy z szokiem wymalowanym na twarzy: „His brain’s gone!”.

Trzeba uczciwie przyznać, że wiele pomysłów w komiksie znajduje się na granicy powagi i śmieszności. Dzieje się tak, gdyż Dan O’Bannon wyszedł z zamiarem stworzenia pastiszu, więc niektóre kryminalne motywy przejaskrawił. Umieszczenie ich w konwencji science fiction tylko pogłębia ich jaskrawość, jaka czasami zbyt wyróżnia się na fabularnym tle całości. Potwierdza to sam Moebius w posłowiu. Jednak historia, którą dwaj twórcy stworzyli, zawiera w sobie wystarczającą ilość brutalności i powagi sprawiających, że absurdy wyłaniają się w kilku ledwie momentach. Przy czym tylko w jednym z nich zbliżają się do zbyt gwałtownego zaburzenia poważnego nastroju.

Historia opisana w tym komiksie po wydaniu spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Pojawił się więc pomysł kontynuacji, którą O’Bannon napisał, lecz której Moebius nie narysował. Jak twierdził, nie była to kontynuacja udana, brakowało jej mocy. Po wszystkim, Dan i Jean razem spotkali się jeszcze przy okazji prac nad „Obcym” Ridley’a Scotta. Następnie O’Bannon ruszył na plan „Blade Runnera”, a Moebius, mimo zaproszenia w to samo miejsce, w wyniku wcześniejszego zobowiązania podążył na plan innej produkcji, której tytuł to „Władcy czasu”.

„It’s a Small Universe”

Krótkie historie rządzą się swoimi prawami, niezależnie od czasu powstania czy gatunku. Niemal zawsze obserwujemy budowanie fabuły, która zmierza do pewnego finału tylko po to, by do niego nie dotrzeć i zaskoczyć czytelnika nieoczekiwanym zakończeniem. Nie inaczej jest w przypadku krótkich form zawartych w omawianej antologii.

„It’s a Small Universe” w sposób niepozbawiony humoru pokazuje parę eksplorującą kosmos. Docierają do pewnej planety, którą mają zamiar zbadać. Jak wychodzi na jaw, znajduje się na niej ziemski rozbitek czekający na wyzwolenie. Wszechświat okazuje się, w rzeczy samej, mały. A w trakcie trwania historii stanie się jeszcze mniejszy.

Futurystyczny pojazd kosmiczny jest tutaj zestawiony z niekończącym się oceanem i małą, pozbawioną wszelkiej roślinności wysepką. Sprawia to wrażenie zawieszenia w przestrzeni, pozbawienia realizmu na rzecz prostej przypowieści o ludzkiej naturze. Ona bowiem okazuje się tutaj najważniejsza. W obliczu wielkich problemów ludzkie niesnaski potrafią zdominować człowieka, zaburzając wszelkie proporcje i hierarchię wartości. Ten temat zresztą jeszcze powróci w antologii.

Przez to historia, mimo że z humorem, staje się dość mroczna i brutalna. W pewien sposób klasyczna dla wcześniejszego okresu twórczości Moebiusa, który zanim otwierał swych bohaterów duchowo, otwierał ich fizycznie.

„There is a Prince Charming on Phenixon”

Zabawny i lekki ton zdominował kolejną historię. Sprzedaż międzyplanetarna wiąże się, przynajmniej dla naszego bohatera, z podróżowaniem ze swą małżonką. Oczywiście ich konwersacje pozostają na stopie docinek, irytacji i „dlaczego-mówisz-do-mnie-tym-tonem” retorycznych pytań. Obca planeta, niczym z kolorowych baśni czy „Podróży na Księżyc” Meliesa, schodzi tutaj na drugi plan. Na pierwszym planie zaś pojawia się relacja żony z jej nowym partnerem. Łamiąc wszelkie bariery gatunkowe, kobieta zakochuje się ze wzajemnością w Pavachusie – sporej wielkości morskiej istocie, której bulwiaste ciało pokryte jest mackami. Tak jak każdy nowy związek kusi obietnicą spełnienia pragnień, każdy kolejny związek wcale ich nie spełnia i okazuje się powtórzeniem poprzedniego. Niezależnie od tego, czy zwiążemy się z człowiekiem, czy też z Pavachusem.

„Variation No 4070 on „The” Theme”

Przyznam, iż ze wszystkich krótkich form zawartych w „The Long Tomorrow & Other Science Fiction Stories”, „Variation…” podoba mi się najbardziej.

Opowieść pozbawiona wszelkich słów, poza informacjami dotyczącymi daty i godziny oraz finalnym wyjaśnieniem, przedstawia w sposób obrazowy zagładę atomową. Spokojne miasteczko, wybuch, postapokaliptyczne pustkowie; ludzie, którzy przeżyli – są to nieme obecności, jakie przychodzi nam podziwiać.

W tej historii pojawia się także, wspomniany przeze mnie wcześniej, motyw powrotu do zaburzenia proporcji wartości w człowieku. Po tak dewastującym i totalnym wydarzeniu, jakim jest wybuch bomby atomowej i nuklearna zagłada, człowiek postanawia kontynuować wymierzanie przedatomowej sprawiedliwości i zabić jeszcze jedną osobę. Niesamowitość tego zderzenia dwóch śmierci, masowej zagłady z jednostkową egzekucją, polega nie tylko na chęci dodania jeszcze jednej do milionów, lecz również na sposobie obrazowania, jaki zastosował Moebius.

Pusta przestrzeń, pokryta kurzem, rumowiskiem i ludzkimi kośćmi, zostaje gruntownie przebadana, zanim osoby w kostiumach chroniących przed radioaktywnością wyłaniają się tylko po to, by wykonać karę śmierci. Pojawia się całkowita dysproporcja związana z niekompatybilnością prawa narodowego – dumy narodowej, która trzyma człowieka w szponach – i zastanej rzeczywistości. Mimo wielkich wydarzeń i większych katastrof, jedyne, o czym człowiek myśli, to kontynuowanie rywalizacji i chronienie honoru narodu, nawet jego kosztem.

„Approaching Centauri”
scenariusz: Philippe Druillet

Philippe Druilet jest znany z sugestywnych, koszmarnych wizji, jakie potrafi wykreować w swych komiksach. Kolejna historia w antologii jest wynikiem ciekawości Moebiusa, który chciał sprawdzić, czy sam byłby w stanie wyrazić potworne wizje zamieszkujące świat Druilleta. Równocześnie zamierzał zachować swój unikalny styl, wykorzystując inspiracje Gustavem Dorem.

Rezultatem tego eksperymentu jest bardzo krótka opowieść, która, poza dwiema stronami, rozgrywa się na wielkich kadrach, zwykle zajmujących całą stronę. W niej, docierając do tytułowego Centauri, jeden z podróżników wypada z kontinuum, napotykając koszmar i traumę, którą postanawia później usunąć, a przynajmniej zablokować w umyśle. Sama fabuła nie jest jednak istotna, istotne jest wizualne jej przedstawienie, które widocznie zdominowało komiks.

Początek jest typowym science fiction z bardzo szczegółowymi, robiącymi naprawdę pozytywne wrażenie ilustracjami. Następnie przenosimy się w świat grozy, który jest brutalny. Niestety, poza przemocą otrzymamy jedynie mało odkrywczą wizję. Moebius, do czego sam się przyznał, nie stworzył niczego, co zaskoczyłoby czytelnika. Przypominające diabły stwory, które pojawiają się w piekielnym otoczeniu, są narysowane kunsztownie, lecz nie są koszmarem niepokojącym, który wyłamywałby się z klisz historii grozy. Tym bardziej w zestawieniu ze szczątkową fabułą.

„Approaching Centauri” jest więc eksperymentem nie do końca udanym, niemniej jednak – bardzo estetycznym.

„Blackbeard and the Pirate Brain”

Po raz kolejny komiksem rządzi czarny humor. Szalony komputer pokładowy myśli, że znajduje się na statku pirackim pod dowództwem słynnego kapitana Blackbearda (w oryginale Redbearda, z serii pirackiej tworzonej przez Jeana-Michela Charliera). Oprócz nawiązania do znanego pirata, Moebius odnosi się też do „Tintina” poprzez sprawienie, że jego robot używa tych samych przekleństw co Kapitan Haddock.

Sama historia jest równie śmieszna, jak gorzka i tragiczna. Choć, zapewne należałoby, jak robi to w „Kill Your Boyfriend” Grant Morrison, powiedzieć, że jest ona śmieszna właśnie dlatego, że jest tragiczna.

„Christmas on Lipponia”

Historia została napisana specjalnie na święta Bożego Narodzenia w 1977 roku. Upatrywać w niej należy trzech punktów wyjścia. Pierwszym są anioły, które przypominają nam dziwaczne, skrzydlate istoty z Lipponii. Drugim jest inna skrzydlata istota, jaką jest indyk. Indyki we Francji są tradycyjną, świąteczną potrawą. Trzecin punktem wyjścia jest polowanie.

Człowiek wyrusza, aby pochwycić tradycyjną potrawę świąteczną – Lippona. Lippon staje się więc podwójną metaforą: indyka – stworzenia zabijanego w celach konsumpcyjnych, a równocześnie, mając część źródła swojej genezy w postaci anioła, Lippon staje się niebiańską zwierzyną, mającą być brutalnie zamordowaną i zjedzoną. Moebius tym samym zrównuje dwie istoty, a śmierć jednej nie jest odmienna od śmierci drugiej. Zabijanie zwierząt staje się czynem, który jest naganny i przeciwstawny z ideą świąt. Dość powiedzieć, że Moebius jest przeciwnikiem polowań. Oczywiście nie obędzie się bez – dość przewidywalnej, niestety – zmiany pod koniec, która może nasunąć na myśl inne historie przeciwne łowom na zwierzęta. Choćby te z wydawnictwa EC.

„The Artifact”

Morze symbolizuje nieświadome, które na ląd, czyli świadome, wyrzuca pewne artefakty. Znajdują się one na granicy nieświadomego i świadomego, czyli na plaży. Na plażę trafiają dwaj gwiezdni podróżnicy, którzy znajdują na niej artefakt dość sporej objętości – zamek. Gdy go zwiedzają, okazuje się, że na obcej planecie obowiązują inne proporcje.

Historia ta okazała się najbardziej przewidywalna w antologii, gdyż bardzo podobne założenie fabularne wykorzystano w 1959 roku w serii Marvel Comics „Strange Worlds”. W historii „I Am the Scourge of Atlantis” podwodni mieszkańcy Atlantydy wyłaniają się z morza z zamiarem podbicia lądu – po to tylko, by przekonać się, że są ledwie miniaturkami wobec atakowanych.

Używając klucza, jaki Moebius dostarcza do swej krótkiej historii, można retroaktywnie zinterpretować komiks amerykański jako atak nieświadomego, które jest nieświadomie pokonane przez świadome. U Francuza jednak granica się zaciera, artefakt pochodzi z obu sfer, a człowiek może go tylko zwiedzać, aż w końcu w nim przepadnie.

„Split, the Little Space Pioneer”

Króciutka historyjka jest stuprocentowo humorystyczna. Nawet Moebius zmienił styl rysowania, by odwzorować komediowy charakter całości. Obserwujemy pioniera lotów kosmicznych, który składa do kupy kobietę-androida, by ulżyć swym seksualnym potrzebom. Czy jego zamierzenie się powiedzie? Czy też w galaktyce nadal niepodzielnie królować będzie masturbacja?

„Is Man Good?”

Czy człowiek jest dobry? Cóż, trzeba się w niego mocno wgryźć, żeby posmakować. Szczegółowe postacie na minimalistycznym tle obrazują historię komandosa uciekającego przed dziwacznymi obcymi kreaturami. W końcu udaje im się go złapać, rozebrać i… spróbować. Ucho jest symbolem całego człowieka, więc, jak pisze Moebius: „Kiedy obcy próbuje ucha, cały nasz gatunek jest testowany”. Tytuł doskonale zachowuje swoją dwuznaczność w trakcie całej historii. Ostatecznie człowiek nie jest jednak dobry, niezależnie, jak tytuł zrozumiemy.

Mateusz R. Orzech

,