X-23 vol.3

X-23 VOL.3


222x300

Żeńskie bohaterki w tradycyjnych komiksach superhero pozornie mają się coraz lepiej – nie są już tylko i wyłącznie seksownym tłem dla męskich bohaterów, niejednokrotnie mają bardzo rozbudowane osobowości i są zwyczajnie ciekawsze od swoich obdarzonych nadnaturalnymi mocami kolegów. Pozornie – bo mimo wszystko wciąż są na drugim planie. W chwili, gdy piszę te słowa, wydawnictwo Marvel nie ma w swojej ofercie ani jednej regularnej serii, w której w roli głównej występuje kobieta. Można się oburzać i dyskutować, ale z drugiej strony trudno się dziwić – docelowy target większości komiksów superbohaterskich to wciąż osoba nastoletnia rodzaju testosteronowego.

Ostatnią tego typu serią, jaka uchowała się w ofercie Domu Pomysłów, była regularna seria opowiadająca o losach Laury Kinney, znanej też jako X-23. Jest to bohaterka bardzo ciekawa – koncepcja „nastoletni, żeński klon Wolverine’a” może wyglądać niczym kwintesencja złego smaku, ale nie wtedy, gdy za kreację postaci odpowiada znamienity duet scenarzystów – Craig Kyle i Chris Yost, którzy najpierw przedstawili Laurę na przestrzeni dwóch miniserii („X-23: Innocence Lost” oraz „X-23: Target X”), następnie wcielili do kadry uczniowskiej w swojej znakomitej serii „New X-men vol.2”, by w końcu umieścić ją w mutanckiej grupie od brudnej roboty, o czym mogliśmy poczytać w „X-Force vol. 3”. Stała obsada na scenopisarskim stołku gwarantowała, że postać będzie rozwijana konsekwentnie i tak było w istocie. Kyle i Yost napisali przejmującą opowieść o sklonowanej dziewczynce poddanej katorżniczemu treningowi w celu stworzenia z niej zabójcy doskonałego, o kompletnym braku skrupułów i osobowości całkowicie zdominowanej przez jej właścicieli. Taka oto osoba trafiła później do nękanej zamachami i atakami Szkoły Xaviera dla Uzdolnionej Młodzieży, a następnie do chyba najbrutalniejszego zespołu superherosów, jaki odważył się wykreować Marvel w całej historii wydawnictwa.

Wszystko się jednak kończy. Wicher zmian zwiał utalentowany duet ze stanowiska „opiekunów” Laury tuż po „Second Coming”, historii będącej zwieńczeniem tak zwanej Trylogii Mesjasza. X-Force zostało rozwiązane (nie na długo, co prawda, ale to już zupełnie inna historia), zaś Laura dostała własną serię i trafiła pod skrzydła scenarzystki Marjorie M. Liu, odpowiedzialnej m.in. za miniserię o bezdomnych nowojorskich mutantach „NYX: No Way Home” oraz współtworzenie (z Danielem Wayem) serii o przygodach syna krnąbrnego Wolverine’a zatytułowanej „Dark Wolverine”. Fani szponiastej nastolatki podeszli do tych wieści bez zbytniego entuzjazmu, właściwie nie wiedząc, czego się spodziewać po scenarzystce. Jedni chwalili ją za poetycką, zaskakująco odmienną od większości komiksów superhero historię o X-23 zawartą w one-shocie stworzonym na potrzeby akcji Women of Marvel, inni wskazywali, że Liu para się pisaniem powieści z gatunku paranormal romance, co nie wróżyło dobrze.

Na szczęści wszelkie obawy okazały się bezpodstawne – Marjorie Liu bardzo odpowiedzialnie podeszła do swojego zadania i stworzyła komiks nietuzinkowy, nietypowy i bardzo wciągający. Oto Laura, po zakończeniu walki o przyszłość rasy homo superior w „Second Coming”, nie potrafi się odnaleźć w zastanej sytuacji. Zabójczyni o stłumionych emocjach czuje się wyobcowana wśród świętujących zwycięstwo pobratymców. Jakby tego było mało – po raz pierwszy w życiu nie ma nad sobą żadnego naukowca, alfonsa ani Cyclopsa, którego wolę musiałaby wypełniać. Dziewczyna musi w końcu nauczyć się żyć – być sobą, podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje, odpowiadać za siebie. W tym celu opuszcza Utopię, gdzie obecnie przebywa większość mutantów, i wyrusza w podróż po Ameryce, by odciąć się od przeszłości i znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania.

W podróży nie jest jednak sama. Towarzyszy jej Gambit, popularny onegdaj X-Men, który ostatnimi czasy z braku pomysłu na tę postać sprowadzony został do roli dekoracyjnej. W serii o X-23 Remy po raz pierwszy od bardzo długiego czasu ma okazję rozwinąć skrzydła. W komiksie nie jest tylko uroczym łapserdakiem, jakiego znamy choćby z klasycznej kreskówki „X-Men: TAS”. Relacje pomiędzy nim a Laurą to coś naprawdę wyjątkowego, sprowadzenie ich do prostego schematu „uczennica-mistrz” byłoby nawet nie uproszczeniem, a przekłamaniem. Zresztą, typowy dla Gambita indywidualizm i niezależność i tak wykluczałyby ten schemat. Remy traktuje Laurę trochę jak młodszą siostrę, ona jego trochę jak opiekuna, na którym zawsze może polegać, trochę jak towarzysza podróży i może odrobinę jak wzór do naśladowania. Właściwa konsystencja panującej pomiędzy nimi chemii wymyka się próbom opisu, dlatego też gorąco zachęcam do zapoznania się z tym komiksem, żeby móc samemu przekonać się, jak złożone i głębokie mogą być relacje pomiędzy bohaterami komiksu superhero. To właśnie ta chemia jest chyba największym atutem opisywanej tu serii.

Największym, ale nie jedynym. Choć uparcie nazywam „X-23” serią superhero, to należy wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to typowy komiks superbohaterski. Choć mamy tu zwyczajowe intrygi spajające wszystkie opowiadane w ramach serii historie (tajemnicze znamię na dłoni Laury, śledztwo w pewnej sprawie powracającej echem z przeszłości głównej bohaterki), to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że są one tylko pretekstem do pokazania wewnętrznej przemiany X-23, tego, w jaki sposób podejmuje decyzje o włączeniu się do walki albo zrezygnowaniu z niej, jak ponosi odpowiedzialność za rzeczy, jakich dopuściła się, będąc pod wpływem manipulujących nią osób, jak powoli odkrywa, jaka jest naprawdę. Nie zrozumcie mnie źle – fabuła jest naprawdę dobrze skrojona, czasem brak w niej może zwyczajowego dynamizmu, ale nadrabia to doskonałym klimatem i kompozycją opowieści. Po prostu widać, że dla Liu najważniejsi są jej bohaterowie, a nie podkręcanie licznika widowiskowości i epickości obserwowanych na komiksowych stronach zdarzeń. Nie ukrywam, że takie świeże podejście do na maksa mainstreamowego komiksu superbohaterskiego bardzo mi się podoba.

Seria nie miała stałego rysownika – podczas jej trwania przewinęło się przez nią kilkoro artystów, z których każdy reprezentował dość zbliżony poziom. Nic specjalnego, ale też nie mógłbym się specjalnie czepiać. Za sześć pierwszych numerów odpowiedzialny był Will Conrad, którego szczegółowa, realistyczna kreska wyznaczyła kierunek, jakim podążali jego następcy. Na ich tle wybija się Sana Takeda, ze swoim mangowym stylem i cudownymi kolorami, które nadały rysowanym przez nią numerom unikalnego klimatu. Choć zazwyczaj bardzo nie lubię mangowych klimatów – zwłaszcza w komiksach superbohaterskich – to styl Takedy zdołał mnie do siebie przekonać, mimo początkowego kręcenia nosem. Z kolei najsłabszą robotę wykonał Phil Noto, którego nazbyt uproszczona kreska średnio pasowała do tej historii. Mimo to dysproporcje nie są rażące i dają się bez bólu strawić nawet komiksowym malkontentom.

„X-23” to nietypowy, jak na amerykański mainstream, komiks. Bardzo spokojny, niekiedy wręcz metafizyczny (choć, ma się rozumieć, jest to uproszczona pop-metafizyka), ale wciąż wierny standardom klasycznego amerykańskiego komiksu z nurtu superhero. Z całą pewnością nie jest to też pozycja dla każdego – Marjorie Liu pogrywa z konwencją na własnych warunkach, które nie wszystkim muszą odpowiadać. Tym niemniej, seria ta jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie Marvelowi udało się wyprodukować w ostatnim czasie. Z całego serca polecam.

Michał Ochnik

„X-23” vol.3
Scenariusz: Marjorie M. Liu
Rysunki: Will Conrad, David Lopez, Sana Takeda, Ryan Stegman, Phil Noto
Wydawnictwo: Marvel Comics
Data wydania: wrzesień 2010 r. – marzec 2012 r.

,