Baby’s in black


BABY’S IN BLACK


Ku uciesze czytelników, lubujących się w poważniejszych komiksach, ukazała się kolejna powieść graficzna ze stajni Kultury Gniewu. Już sam temat robi wrażenie, bowiem niemiecki twórca Arne Bellstorf, postanowił narysować komiks o mniej znanym epizodzie z życia zespołu The Beatles. A także o miłości. Takie combo, nie mogło się nie udać. Powinien powstać bardzo dobry komiks. Niestety jakimś dziwnym trafem, efekt okazał się raczej przeciętny.

Bellstorf jest autorem jednego ze słabszych komiksów, wydanych przez warszawskiego edytora, ze słowem „gniew” w nazwie. Mowa o „Piekło, niebo”, wydanym w roku 2008. Postacie o dość odpychającej fizjonomii plus nie wciągająca historia, sprawiły, że ten album prezentował się słabo na tle innych komiksów, wydanych przez KG w 2008 roku, takich jak znakomite „Kroniki birmańskie”, czy „Berlin: Miasto kamieni”. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że od początku ostrożnie podchodziłem do „Baby`s in black”, mając w pamięci poprzednie dzieło autora. Ale i tak naiwnie liczyłem, że jego kolejny komiks będzie nawet nie dobry, a wręcz znakomity. Bo miłość, bo Beatlesi, bo fizjonomia postaci tym razem „normalna”. Okazuje się, że zrobiłem sobie zbyt wielką nadzieję.

Same okoliczności powstania albumu, budują wokół niego ciekawą otoczkę (coś jak historia o ubogiej J.K. Rowling, która pisała Harrego Pottera, pijąc herbatkę w kawiarni). Okazuje się, że „Baby`s in black” nigdy by nie powstał, gdyby nie przypadek. Autor komiksu spotkał Astrid Kirchherr (przyjaciółkę liverpoolskiego zespołu) przypadkiem, na ulicach Hamburga. Po opowiedzeniu przez nią co ciekawszych historii z życia, Bellstorf postanowił całą historię narysować.

Omawianą powieść graficzną można podzielić na dwa główne wątki: Beatlesi w Hamburgu, oraz miłość Kirchherr i Sutcliffe`a. Ten pierwszy jest mocniejszą stroną albumu, drugi słabszą. Fajność pierwszego jest może nie tyle zasługą autora, co zwyczajnego „chcę wiedzieć wszystko o Beatlesach”. Wchodząc w świat komiksu, zdecydowanie chcemy poznać historię początków zespołu, poszlajać się po obskurnych knajpach Hamburga, napić się dobrego niemieckiego piwa, siedząc w ciemnym rogu niebezpiecznej knajpy i co najważniejsze, zobaczyć Beatlesów na scenie. Kto z Was chciałby przeżyć coś takiego, jak młoda Astrid i jej przyjaciel Klaus, którzy to wszystko wymienione wyżej przeżyli na własnej skórze? Las rąk w górze. Oczywiście, że tak. Każdy.

W tym momencie zaczyna się wątek drugi (który chwała Bogu, będzie się jeszcze potem przeplatał z co ciekawszymi przygodami Beatlesów w niemieckim mieście). Fascynacja Astrid liverpoolskim zespołem, którzy przyjechał grać po knajpach w Hamburgu, a głównie jego basistą Stuartem Sutcliffem, przeradza się w miłość między tą dwójką i przyjaźń z całym zespołem. Wątek romansowy został przedstawiony dość…bezpłciowo. Wydaje się, że nie jest to dobre określenie na relację damsko-męską, ale w tym albumie naprawdę nie ma chemii między parą zakochanych. Przewracając kolejne strony nie czujemy miłości tej dwójki i w sumie, to czekamy, kiedy to znowu pojawi się reszta Beatlesów.

Widać, że komiks „Baby`s in black” nie jest robotą amatora. Autor dokonał jednak kilku złych wyborów, które ciągną w dół ogólne wrażenie z czytania. Mówi się, że każdy zna język angielski w stopniu przynajmniej podstawowym. Jednak umieszczenie połowy dymków w języku Szekspira, to już trochę przesada. To nie film, w którym naprawdę dobrze jest, kiedy Francuzi czy Anglicy mówią w ojczystym języku ze swoim akcentem, a na ekranie pojawiają się w tym czasie napisy w języku polskim. W komisie taki zabieg niczemu nie służy. Chciałoby się podsunąć „Baby`s in black” naszym ojcom, fanom liverpoolczyków, ale ta bariera językowa będzie dla nich nie do przeskoczenia (wiecie, oni to raczej znają rosyjski, niż niemiecki). A szukanie tłumaczenia poszczególnych kwestii, w ich ogromie z tyłu albumu, raczej zniechęci do poznania tej historii. Nie każdy zna angielski Panie Bellstorf.

Kolejną sprawą jest wygląd postaci. Są on do siebie bardzo podobne i czasem zdarza się pomylić, że to nie Klaus, a inny kolega Astrid. Muszę jednak przyznać, że tak w połowie albumu wiemy już jak ich odróżnić (trochę inny nos, inne policzki) i problem znika.

Słowem klucz, określającym powieść graficzną Bellstorfa, jest „męczyć”. Komiksu nie czyta się z przyjemnością. Czytanie męczy, kiedy zna się podstawy angielskiego, ponieważ historia miłości nie wciąga a kiedy mamy braki w tym pięknym języku, to aż boję się pomyśleć.

Warto jednak przebrnąć przez „Baby`s in black”, ponieważ na samym końcu czeka nagroda. Swego rodzaju gratyfikacja dla wytrwałego czytelnika, który mimo bezpłciowości wątku miłosnego, postanowił doczytać do końca. Ostatni rozdział jest znakomity! Na ostatnich ośmiu stronach jest dziesięć razy więcej emocji, niż w całym komiksowym związku Astrid i Stuarta. Ostatni rozdział to mistrzostwo. Nie dlatego, że samo zakończenie historii tej pary, było dramatyczne. Po prostu Bellstorf pokazał nagle klasę.

„Baby`s in black” ukazało się na naszym rynku równolegle z „Kiki z Montparnasse`u”. Fani Beatlesów wybiorą ten pierwszy. Wszystkim pozostałym polecam drugi. Jest zwyczajnie lepszym komiksem. Lepiej jest przechadzać się ulicami Paryża z Kiki, niż snuć się ulicami Hamburga z Astrid i Stuartem.

Krzysztof Cuber

„Baby`s in black”
Scenariusz: Arne Bellstorf
Rysunki: Arne Bellstorf
Łamanie i liternictwo: Alina Machała
Liternictwo okładki: Lena Szczesna
Tłumaczenie z niemieckiego: Grzegorz Janusz
Tłumaczenie z angielskiego: Katarzyna Legendź – Janusz
Wydawca: Kultura gniewu
Data wydania: lipiec 2012
Wydawca oryginału: Reprodukt
Data wydania oryginału: 2009
Objętość: 216 stron
Format: 165 × 225 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy Arctic Volume
Druk: czarno-biały
Dystrybucja: księgarnie
Cena: 59,90 zł