The Dark Knight Rises / Mroczny Rycerz Powstaje


MROCZNY RYCERZ POWSTAJE

LEGENDA UPADA


Emocje opadły, projektory ostygły, ostatnie dźwięki epickiej ścieżki dźwiękowej Hansa Zimmera odbiły się cichym echem po salach kinowych. Niezmordowany obrońca Gotham, przemawiający growlem rodem z pogańskich lasów Skandynawii Człowiek Nietoperz upadł, by powstać. Niestety, podczas upadku zaplątał się w kable, pociągając za sobą Christophera Nolana. I chociaż Batman otrzepał się z kurzu i wstał, imć Nolan nie podniesie się tak łatwo.

Z perspektywy czasu można powiedzieć to nareszcie śmiało i otwarcie: „The Dark Knight Rises” dziełem wybitnym nie jest, nie było i nie będzie. Ostatnia część „batmanowej” trylogii Christophera Nolana zamiast epickim podsumowaniem sagi, okazała się wydmuszką, która pomimo pięknego wyglądu, pęka momentalnie, gdy ją mocniej ścisnąć. A reżyser takich dzieł, jak „Memento” czy „Prestiż” ścisnął legendę Batmana bardzo, bardzo mocno, miażdżąc jej urok w oparach przesadzonego realizmu i filozoficzno-politycznego bełkotu. Nietoperz nie został złamany przez Bane’a, nie został pokonany przez spuściznę R’as Al.-Ghula ani przez rewolucję, jaką przeszło Gotham, ba! – nie został zniszczony nawet przez bombę atomową, ale właśnie przez samego Nolana.

Już w trakcie seansu zastanawiałem się, co właściwie poszło nie tak, że po dobrym „Batman Begins” i bardzo dobrym „The Dark Knight”, Christopher stworzył takiego potworka, dziecko poczęte jakby na siłę i wychowane bez miłości, jaką reżyser obdarzał swoje poprzednie obrazy. Nie ma się co rozwodzić nad fabułą, bo nie wierzę, żeby ktoś nie widział jeszcze „The Dark Knight Rises”, warto jednakowoż zauważyć kilka elementów, które aż proszą się o porządne batożenie w stylu kary na rzymskiej uczcie.

Po pierwsze, główna postać dramatu, zapowiadany z wielką pompą i budzący emocje na długo przed pierwszymi nawet zwiastunami filmu, legendarny Bane. Oczyma wyobraźni już go widzieliśmy – monumentalny, błyskotliwy, przebiegły, niczym kobra polująca na indyjskiego farmera, z kablami, kabelkami i kablusiami wystającymi z karku, dzięki którym słynny venom dostaje się do jego organizmu, zmieniając przeciętnego gangstera w czołg, chodzącą fortecę zdolną przesuwać góry małym palcem lewej stopy. I oto jest! Serio? To jest Bane? Ten mięśniak z siłowni popylający po kanałach Gotham w kożuchu rodem z warszawskich domów handlowych lat 70.? Ten pseudokomunistyczny orator, który zdecydowanie za dużo mówi, a za mało robi? Człowiek, którego głos przypomina skrzyżowanie Predatora z Lordem Vaderem? Patrzyłem i płakałem. W dodatku nie ma venomu! Ani grama venomu! Nic, nul, zero, żadnego pompowania mięśni – tym samym głównego bohatera epopei odarto z najważniejszego, najbardziej charakterystycznego atrybutu! To jakby Hobgoblinowi zabrać jego latające skrzydło, jakby Tony’emu Starkowi ukraść Mark VII….

Po drugie, kwestie, że tak powiem, filozoficzne. Pseudopolityczny bełkot Bane’a, który poglądowo jest wypadkową Che Guevary, Mao i Czerwonych Khmerów, to najbardziej męczący element filmu. Co chwilę akcja przerywana jest wywodami zamaskowanego osiłka, kreślącego fantazyjne, pozbawione jakiejkolwiek logiki wizje Gotham pozbawionego prawa, rządzonego przez lud; Gotham będącego jakimś dziwnym, komunistyczno-rewolucyjnym potworem, które istnienie jest zupełnie nieuzasadnione w sposób żaden inny, niż chaos. Sorry Chris, ale specjalistą od chaosu był już Joker, a tutaj robi się nieco wtórnie i monotonnie. W dodatku zupełnie nie pojmuję, czemu Bane kieruje się względami politycznymi, jest to kompletna głupota – nie walczy przecież o fotel prezydenta, nie jest także wiodącym politykiem żadnej partii politycznej. Po prawdzie, w wizji Nolana nie jest nikim wyjątkowym – ot, facet, który uciekł z więzienia o bardzo zaostrzonym rygorze, wdychający środek uśmierzający ból uszkodzonego kręgosłupa. Szczerze mówiąc, Aquaman jest bardziej porywający, niż nolanowski Bane.

Po trzecie, Batman, a raczej niektóre z jego zachowań. Boże Drogi, czemu Nietoperz zmienia głos na ten wkurzający charkot nawet wtedy, kiedy jest wśród osób znających jego prawdziwe oblicze?! Przecież to jest nie dość, że denerwujące, to zupełnie pozbawione jakiegokolwiek sensu! Do tego dochodzi jego nieporadność i elementarna pierdołowatość, którą co prawda można by uwarunkować ośmioletnim pobytem Wayne’a na samotnych wakacjach w pokoju swojego domu, no ale zaraz, przecież to Batman! Czy nie powinien być zawsze zwarty i gotowy? Bane rozgniata go jak robaka, bez najmniejszego nawet problemu. Serio?

Po czwarte, denerwujący ogół – epickość i patetyzm osiągnęły u Nolana szczyt wszystkiego, wyżyny absurdu i nieboskłon amerykańskości. Kurczę, Optimus Prime był mniej epicki od Nietoperza, a ciężko o człowieka lubującego się w patosie bardziej, niż Michael Bay. Monologi Jokera, chociaż równie bezsensowne, jak Bane’a, miały w sobie chociaż pazur, ten niesamowity klimat szaleństwa i wyrachowania. Tutaj jest miałko, nudno i powolnie. Denerwują także szczegóły, błędy, na które reżyser klasy Nolana nie ma prawa sobie pozwolić – czemu zamknięci w podziemiach Gotham policjanci wychodzą z nich w stanie idealnym: ogoleni, czyści, z nakrochmalonymi kołnierzykami? Jakim cudem Bruce Wayne dostaje się z więzienia w studni na środku pustyni do Gotham w ciągu kilku godzin (odnosząc się do tykającego zegara na krążącej po mieście bomby atomowej – kolejnej głupoty na miarę przynajmniej Michaela Baya)? Czemu Batman dopiero na końcu odkrywa, że – eureka! – skoro Bane nosi maskę, musi ona być jego słabym punktem! Niesamowite, jak on na to wpadł? To pewnie legendarna błyskotliwość i detektywistyczne umiejętności Nietoperza. Jest mnóstwo tego typo irytujących bezsensowności, z zakończeniem włącznie.

Plusy? Są, jednak nie przesłaniają minusów. Ścieżka dźwiękowa – majstersztyk, ale w wypadku Hansa Zimmera to nie dziwi, on napisałby świetną muzykę nawet do filmu o rosnącej rzodkiewce. Montaż także robi wrażenie, chociaż miejscami mocno kuleje dynamizm, co sprawia automatycznie, że filmowa epopeja dłuży się niemiłosiernie. Anne Hathaway jako Kobieta Kot to niemalże ósmy cud świata, głównie ze względów wizualnych, chociaż aktorsko także wypada zacnie. Gary Oldman także pokazuje, że jest zawsze w formie, gotowy do zagrania komisarza Gordona w sposób dający widzowi przyjemność z oglądania kreacji. I to właściwie na tyle, jeśli chodzi o znaczące pozytywy dzieła Christophera Nolana.

„The Dark Knight Rises” miał być zwieńczeniem wielkiego dzieła wielkiego reżysera. Niestety nie podołał; co więcej, obawiam się, że przez ten film Nolan stracił wiele w oczach filmowego świata. Pomijam już mocne słowa Davida Cronenberga, ale sami fani nie przyjęli le grande finale z wielkim entuzjazmem. Po dwóch poprzednich częściach, ta wygląda, jak gdyby zrobiona była bardziej z przymusu, niż z wizji artystycznej. Tak to niestety wygląda. I chociaż tytuł zapowiada powstanie, legenda Batmana mocno ucierpiała przez Nolana. Boli.

Michał Jadczak

„The Dark Knight Rises / Mroczny Rycerz Powstaje”
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan, Jonathan Nolan
Muzyka: Hans Zimmer
Zdjęcia: Wally Pfister
Montaż: Lee Smith
Obsada: Christian Bale, Gary Oldman, Tom Hardy, Anne Hathaway, Joseph Gordon-Levitt, Marion Cotillard, Morgan Freeman, Michael Caine, Liam Neeson, Cillian Murphy
Premiera (świat): 18 lipca 2012
Premiera (Polska): 27 lipca 2012
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Gatunek: akcja, thriller, science-fiction
Czas trwania: 2 godziny 45 minut