Nawiedzony dom


ŚMIESZNA GROZA WIEKU DOJRZEWANIA

(NIE DO KOŃCA) JAPOŃSKI GOTYK W KRZYWYM ZWIERCIADLE


Do Polski niedawno trafił komiks Mitsukazy Mihary opatrzony tytułem „Nawiedzony dom”. Składa się na to wydawnictwo 8 krótkich historii połączonych tematyką, nastrojem oraz bohaterami. Jak możemy dowiedzieć się z lektury tylnej części okładki, komiks jest utrzymany w charakterystycznym dla Japonki gotyckim stylu, który stanowi tło dla rozgrywających się, przeciwnie do tego, co sugeruje horrorowy tytuł, komediowych perypetii.

Bohaterem komiksu jest nastolatek imieniem Sabat. Cierpi on na typowe problemy typowego nastolatka. Nie może znaleźć dziewczyny, kończy właśnie edukację szkolną, nie może znaleźć dziewczyny, szuka pracy, nie może także znaleźć dziewczyny. Ponadto nie potrafi nawiązać choćby najkruchszej nici porozumienia z własną rodziną. Ten ostatni problem to prawdziwa bolączka naszego skrajnie normalnego protagonisty, żyjącego ze skrajnie ekscentrycznymi rodzicami i siostrami. Jego rodzina posiada niezdrową fiksację na punkcie wszystkiego, co związane jest z horrorami. Gotyk, węże, czarny kot, szkielety, wiktoriańskie wnętrza, muzyka z „Egzorcysty”… Wszystko to otacza naszego lubiącego normalność bohatera. Odstającego Sabata najbliżsi krewni nie omieszkają przy tym dręczyć swymi ekscentrycznymi zwyczajami, zwykle z widoczną premedytacją. Jako że mamy tutaj do czynienia z komedią, to wszystko jest nadto przejaskrawione i nabiera groteskowych proporcji, pozbywając się zbytniego realizmu.

By nie pozostać gołosłownym wymienię kilka przykładów na potwierdzenie zachowania nietypowej familii. Pierwszy przykład znajdujemy na samym początku mangi, gdy Sabat pojawia się w domu z dziewczyną. Napotyka w pokoju gościnnym ubraną w gotyckie, czasem przypominające stroje zespołów visual kei, stroje rodzinę. Matka z pokaźnych rozmiarów nożem w ręku przygotowuje się do wybebeszenia kota, bo „przecież mówiłeś, że przyprowadzisz dziewczynę na obiad”. Sabat dostaje kosza. Który to już raz? Rodzina nie szczędzi sobie żartów z miłosnych ekscesów młodzieńca, tym bardziej, iż ten jest bardzo kochliwy i co kilka stron komiksu znajduje nowy obiekt westchnień. Troskliwy ojciec z uśmiechem na ustach mówi mu, że jak syn dostanie kosza po raz 666, to urządzą przyjęcie. Co z pracą? Sabatowi nawet czasem udaje się ją znaleźć. Zakładając, że akurat rodzina nie podmieniła mu zdjęcia w CV na facjatę Freddy’ego Kruegera. Zdarzy się także, że rodzice, przejęci losem syna, odwiedzą go by sprawdzić, jak sobie daje radę. Ojciec w nakryciu głowy niczym członek Ku Klux Klanu, a matka z ulubioną maską Jasona Voorheesa. Na własnej twarzy oczywiście.

I tak cały czas. Każda historyjka, prócz epilogu, cechuje się tym samym szablonem fabularnym. Sabat się zakochuje albo nawiązuje kontakt z osobniczką płci (nie zawsze) pięknej, a rodzina wszystko psuje. Na przykład robią mu makijaż zombie w trakcie snu, nie mówiąc już o opiece, jaką go otaczają, gdy trafi do szpitala. Ta ostatnia jest akurat dość śmieszna. Przypomina mi, że powinienem wrócić do najważniejszej kwestii komiksu, jego treści.

Manga ta jest skierowana raczej do młodszego czytelnika. Kuriozalne przeszkody, jakim stawia czoła Sabat, są w gruncie rzeczy odzwierciedleniem czasu dorastania. Przecież niejeden nastolatek cierpiący na burzę hormonów czuje się wyalienowany we własnej rodzinie i odczuwa (czasem bardzo silny) dyskomfort, gdy następuje czas przedstawienia dziewczyny rodzicom. A w Japonii ten czas następuje o wiele prędzej aniżeli w Polsce. Jednak przedstawienie wszystkiego w tak groteskowych proporcjach, silnie inspirowanych słynną rodziną Adamsów i amerykańskimi horrorami, osłabia ostateczny wydźwięk, zmuszając nas do czytania lekkich historyjek oprawionych w ramy nie-do-końca-czarnego humoru. Poza kilkoma bardziej śmiesznymi momentami, Japonka często chybia karykaturalnymi pomysłami w nas skierowanymi, nawet biorąc poprawkę na różnice między polskim humorem a tym z Kraju Kwitnącej Wiśni. Historie też są przewidywalne i przez to nieco nużące, choć ich krótka forma w pewien sposób rekompensuje obecne wady.

Publikację wydawnictwa Hanami pochłania się prędko, jest dość przyjemna lecz również bardzo powierzchowna i, jeśli ktoś jest już bardziej wyrobionym odbiorcą (pop)kultury nie tylko japońskiej, nie zaskakująca, ani zbytnio nie zapadająca w pamięć. Swoją formą i dawką infantylizmu idealnie nadaje się, jak wspominałem, dla młodszego czytelnika mangi. I wcale nie uważam, że lektura o mamie, która po przeczytaniu o feng shui wiesza różnokolorowe szkielety w domu, może być deprawująca dla młodego odbiorcy. Pamiętam, że za młodych lat mama też dawała mi do zabawy szkielety czy insektopodobne dziwadła. Nazbyt zdemoralizowany nie jestem. Chyba. I chyba też nie do końca mogę darzyć sympatią Sabata, który jest tak ekstremalnie normalny, że jego brak wyrazistości, który spostrzegła sama autorka w jednej z historii, momentami staje się odrobinę irytujący. Myślę, że byłbym w stanie za to dogadać się z jego nie tak negatywną, jak się początkowo wydaje, rodziną, choć moja fascynacja horrorami nie jest już taka, jaka była 6 czy 7 lat temu.

Wizualnie komiks pozbawiony jest większych fajerwerków. Jest to dość szybko rysowana manga z ilustracjami charakterystycznymi dla komiksu powstającego w ten sposób. Czasem pojawiają się anatomiczne dysproporcje, które nie powinny mieć miejsca, szczególnie rażące są dwa kadry. Niby niewiele, ale jest to coś, czego zdecydowanie należy unikać.

Ostatecznie „Nawiedzony dom” jest średnio udaną lekturą. Kilka humorystycznych scen i groteskowy pomysł wyjściowy nie sprawiają, że mogę polecić kupno każdemu miłośnikowi japońskiego komiksu ani, tym bardziej, komiksu w ogóle. Jeśli jednak czytacie wszystko, co japońskie i/lub po opisie fabuły czujecie, iż jest to pozycja właśnie przeznaczona dla Was, to nie będę uporczywie odradzał kupna. Ufam, że wiecie, co robicie.

Mateusz R. Orzech

„Nawiedzony dom”
Scenariusz: Mitsukazu Mihara
Rysunki: Mitsukazu Mihara
Wydawnictwo: Hanami
Data wydania: 3/2012
Liczba stron: 192
Format: 150×210 mm
Oprawa: miękka
Papier: offsetowy
Druk: cz.-b.
Cena z okładki: 29 zł