Asteriks i Obeliks: W służbie Jej Królewskiej Mości – recenzja filmu


ASTERIKS I OBELIKS: W SŁUŻBIE JEJ KRÓLEWSKIEJ MOŚCI


„Łat is dis? Dziulius Sizar postanawia podbić nasz kołtri z gigantik armią? Łaj, dis is some wery bad nius, dont ju tink?” – zamartwiają się wszyscy Brytowie, a następnie rozchodzą się spokojnie, zapominając o problemie, gdyż właśnie wybiła piąta. Nie jest to najlepsza postawa podczas wojny, dlatego Brytania zostaje bardzo szybko opanowana i wkrótce pozostaje tylko jedna osada stawiająca opór. Zamieszkująca ją Królowa Brytanii wysyła swojego najbardziej zaufanego człowieka, Mentafiksa, by poprosił osadę niepokonanych Galów o ich napój magiczny. Asteriks i Obeliks naturalnie zostają wyznaczeni do eskortowania beczki z miksturą, a dodatkowo towarzyszy im Skandaliks (znany polskim fanom również jako Trendiks), siostrzeniec wodza, którego bohaterowie mają wytrenować na wojownika. Sprawia szybko się komplikuje! Beczka ginie, Juliusz Cezar zawiera sojusz z wojownikami z Normandii, a Mentafiks i Skandaliks wchodzą w spór o względy Ofelii, narzeczonej tego pierwszego…

Do nowego Asteriksa podchodziłem bez większych oczekiwań. Z jednej strony szalenie lubię „Misję Kleopatra”. Film nie tylko okazał się świetna komedią, ale stanowi również wzorcowy przykład jak robić adaptacje tego typu komiksu. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o fatalnym „Asteriksie na Igrzyskach”, po którym ciągle czuję niesmak w ustach. Co z tego, że film wygląda ślicznie od strony wizualnej, gdy żarty są kiepskie, a fabuła kompletnie olewa komiks, skupiając się na nowych postaciach, które albo są nijakie (para kochanków), albo straszliwie drażniące (Brutus grany przez Benoita Poelvoodre). W sumie o wiele więcej sympatii czuję do „Asteriks i Obeliks kontra Cezar”, który, choć słaby, miał na swoje usprawiedliwienie fakt bycia pierwszą próbą przeniesienia Asteriksa na duży ekran. „Na Igrzyskach” miał za sobą dwa filmy, by uczyć się na ich błędach.

Tym razem za kamerą stanął Laurent Tirard – reżyser i scenarzysta, który już raz miał okazję zmierzyć się z twórczością René Goscinnego przy swojej filmowej wersji „Mikołajka”. Nie będę się rozpisywał o owym filmie, jednak napomnę, że zaskoczył mnie bardzo pozytywnie jako sprytne połączenie serii króciutkich opowiadań z zachowaniem ich uroku, dowcipu i osobowości postaci. Jak na ironię film zawierał wyraźny ukłon w stronę przygód dzielnych Galów, gdy chłopcy zainspirowani komiksem postanawiają zarobić pieniądze nabierając kolegów, że wynaleźli napój magiczny druida Panoramiksa!

I faktycznie, na pierwszy rzut oka Tirard wydaje się oddanym fanem. Film nie ma co prawda epickiej atmosfery „Misji Kleopatra”, jednak wykonuje niezłą robotę z przedstawieniem komiksowego świata. Jedną z głównych perełek jest przedstawienie kultury Brytów. Jak w komiksie: wszyscy tryskają groteskową angielską flegmą, a prześmiewczy pseudo-angielski, którym mówią, wychodzi w polskim dubbingu wręcz rozkosznie. Autor nie tylko sprawnie kopiuje wiele motywów, ale umie się sprawnie nimi bawić. Oto brytyjski lekarz, słysząc, że wybiła właśnie five o’clock, przerywa odbieranie porodu i odchodzi na podwieczorek, a wijąca się z bólu kobieta także po chwili zapomina o wszystkim, prosząc o filiżankę herbaty z kropelką mleka. Mentafiks z kolei jak to na dżentelmena przystało, nie jest natarczywy wobec narzeczonej odbywając z nią skromną randkę raz do roku. Doprawdy, całość zahacza swoim absurdem o skecze Monty Pythona. Tirard pamięta też o pewnych motywach, o których zapomniano we wcześniejszych ekranizacjach – Asteriksowy Cezar to nie jakiś wszechpotężny monarcha, co chwila musi spowiadać się przed Senatem czy całe mrowie zabawnych anachronizmów mieszających realia współczesne ze starożytnymi.

Połączenie albumów „Asteriks w Brytani” i „Asteriks i Normanowie” okazało się nie najgorszym pomysłem. Zestawienie grubiańskich barbarzyńców z przesiąkniętymi manierami Brytyjczykami prowadzi do jednej z najzabawniejszych sekwencji filmu, w której arystokratka, panna Macintosh, próbuje spokojnie nauczyć manier pojmanego normandzkiego wojownika. Obsada jest zresztą wyśmienita, nawet jeśli aktorzy nie zawsze przypominają do końca postacie z komiksu (swoją drogą czy mi się wydawało, czy sepleniący pirat z bocianiego gniazda był… biały!?). Gerald Depardieu bawi się świetnie, powracając do roli Obeliksa, a Eduard Baer jako Asteriks wypadł nieźle, choć spotkałem się z osobami, które bardzo gryzł fakt, że ten sam aktor grał Otisa w „Misji Kleopatra”. Guillaume Gallienne wypada idealnie jako Mentafiks (nawet jestem gotów darować, że przemilczano fakt, że on i Asteriks są kuzynami), Fabrice Luchini to kolejny świetny Cezar (chyba najbardziej egocentryczny z dotychczasowych), a pozytywnie zaskoczyły mnie nowe postacie Ofelii (Charlotte Le Bon) i jej piastunki, panny Macintosh (Valerie Lemercier). W przypadku tej pierwszej najpierw myślałem, że będzie to kolejna kobieca postać w filmowym Asteriksie, której rola ogranicza się do uśmiechania się ślicznie, a tu proszę – i scenariusz daje tej postaci pole do popisu, i aktorka ma talent komiczny.

Niestety im dłużej trwał film, tym miałem coraz większe wrażenie, że pewne motywy i wątki Triard bardzo chciał pokazać, ale i też kilka takich, które olał kompletnie. Sceny z wiecznie pechowymi piratami są strasznie odbębnione (by było, że byli), a reżyserowi nawet nie chciało się pokazać postaci Panoramiksa, tylko ktoś machnął ręką: „O! Tu jest beczka od druida, w drogę!”. Z czasem w scenariuszu zaczynają doskwierać niespójności. Rzymianie dowiadują się znikąd, jaki jest cel misji Galów. Normanowie najpierw mają przybyć, by zawrzeć sojusz z Cezarem, po czym scenarzysta kompletnie zapomina o tym wątku i zamiast tego wojownicy nagle odczuwają potrzebę porwania Skandaliksa, bo w wyniku pomyłki są przekonani, że nauczy ich latać. Ostatecznie postać okazuje się zapychaczem, a ledwie Tirard zaczyna czuć się znudzony Normanami, spławia ich na resztę filmu w szybki i bezceremonialny sposób.

Cały środek filmu wydaje się zresztą skupiać na wszystkim, tylko nie na misji bohaterów. Asteriksem zaczynają targać rozterki wewnętrzne (o tym więcej za moment), Obeliks myśli tylko jak poderwać pannę Macintosh, a Skandaliks nagle odczuwa potrzebę, by odbić Mentafiksowi jego narzeczoną, Ofelię, wywołując u kompana chorobliwą zazdrość. Zwyczajnie: zbyt wiele dzieje się tu na raz. Brakuje poczucia „pilności” czy jakiegoś zagrożenia, a opowieść skacze od wątku do wątku, że trudno nie drapać się po głowie, zastanawiając się przy tym: „Chwila, a gdzie tamta postać?” W pewnym momencie ma się wrażenie, że to nowe postacie Ofelii i panny Macintosh stały się nagle głównymi bohaterkami, gdyż jako jedyne wydają się mówić do rzeczy i posuwać fabułę do przodu. Swoją drogą (to akurat fanowskie czepialstwo) zdziwiło mnie, czemu to właśnie panna Macintosh stała się obiektem uczuć Obeliksa. Z całym szacunkiem do aktorki w komiksie, choć gruby Gal zakochiwał się łatwo, były to zawsze młode, pokaźne dziewczęta (Zaza z „Podarunku Cezara” miała raptem szesnaście lat). Tutaj to nie tylko pani koło pięćdziesiątki, ale tuż koło niej kręci się jakże atrakcyjna Charlotte Lebon, w której z kolei zadurzeni są wszyscy inni bohaterowie filmu. Odnoszę wrażenie, że to wynik faktu, że Depardieu… No, cóż, ma swoje lata i byłoby to zbyt dziwne, gdyby zaczął podrywać dziewczynę dwa-trzy razy młodszą od siebie. Niby nie w stylu Obeliksa, ale ze względu na przyczyny odgórne ciężko nie być wyrozumiałym…

Największy problem mam jednak z kierunkiem, w którym zaczął skręcać humor. Choć lwia część dowcipu jest w duchu komiksu, nie odbyło się bez kilku żartów, które wypadły zbyt na siłę (jest jeden wyjątkowo boleśnie wykonany dowcip parodiujący „Gwiezdne wojny”), zbyt infantylnie bądź przeciwnie, zbyt dojrzale. Oto nagle pojawia się dowcip ,w którym wszyscy zaczynają brać Asteriksa i Obeliska za gejów ponieważ: „mieszkają we dwóch z pieskiem” (co ma się nijak do komiksu, bo poza „Synem Asteriksa”, gdzie Obeliks zostaje na noc u Asteriksa, mieszkają zawsze oddzielnie ale mniejsza o to). Nie, nie żartuję! Sam nie mogłem uwierzyć, o czym nagle zaczęły rozmawiać postacie! Najpierw myślałem, że będzie to tylko jeden uszczypliwy komentarz ale nie! Film ciągnie i ciągnie dowcip, który nagle przeistacza się w cały wątek, gdzie Asteriks na siłę próbuje udowodnić swoją heteroseksualność, zalecając się do każdej napotkanej kobiety, jednocześnie wyrzuca Obeliksowi, że nie podoba mu się ich relacja i chce „separacji”!

Pal licho, że całe zachowanie Asteriksa było dla tej postaci mocno niecharakterystyczne (że o duchu komiksu nie wspomnę). Nie było to śmieszne, lecz dziwne i wprowadzające niezręczną atmosferę. Trudno nawet powiedzieć czy miało to być ultra-liberalne czy ultra-homofobiczne. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że twórcy nie mieli na myśli żadnego komentarza, tylko wrzucili coś o gejach „bo to teraz modzie” i niestety nie tylko było to zbyt nachalne, ale w ostatecznym rezultacie bardziej szczeniackie niż „dorosłe”. Co najważniejsze, nie pomaga fakt, że na widowni siedzą głównie dzieci, które będą się tylko drapać po głowach o czym bohaterowie mówią! Może ktoś uzna, że zbyt konserwatywnie myślę, ale jednak uważam, umieszczanie takich tematów w filmach przeznaczonych dla najmłodszych za zwyczajnie nieodpowiedzialne.

„Asteriks i Obeliksie: W służbie Jej Królewskiej Mości” bez wątpienia pozostawia mieszane odczucia, choć nie ukrywam, że bez dwóch zdań przeważają te pozytywne. Brakowało mi naprawdę mocnych żartów w ostatnich piętnastu minutach, jednak gdy film jest już zabawny… jest naprawdę zabawny! Atmosfera jest sympatyczna, barwna i faktycznie widać, że ktokolwiek pisał scenariusz, był fanem komiksu. Być może dlatego tak bardzo razi te kilka momentów, gdy film mija się za bardzo z pierwowzorem? Nie idealna adaptacja Asteriksa ale w większości udana mimo wszystko!

Maciej Kur

„Asteriks i Obeliks” : „W służbie jej Królewskiej mości”
„Asteriks i Obeliks wsłużbie jej Królewskiej mości” (Asterix & Obelix: On Her Majesty’s Service)
Reżyseria: Laurent Tirard
Scenariusz: Laurent Tirard, Grégoire Vigneron (na podstawie komiksu Rene Goscinnego i Alberta Uderzo)
Obsada: Edouard Baer, Gerard Depardiue, Guillaume Gallienne, Vincent Lacoste, Fabrice Luchini, Charlotte Le Bon, Valerie Lemercier, Niccolo’ Senni, Cartherine Deneuve, Bauli Lanners, any Boon;
Muzyka: Klaus Badelt
Montaż: Valerie Deseine
Czas trwania: 109 minut

,