DCnU: Stan po korekcie


DC NEW UNIVERSE

PO KOREKCIE


W 2010 roku decydenci DC Comics (Harras, DiDio, Lee i Johns) z przyzwoleniem swoich panów z Warner Bros podjęli decyzję o kolejnym już w dziejach firmy „odświeżeniu” produktów i dostosowaniu ich do potrzeb oraz gustów młodych czytelników. Decyzja zaowocowała restartem wszystkich serii wydawnictwa we wrześniu 2011 roku i powołaniem do życia DCnU.

IDZIE NOWE

Próba poszukiwania nowych sposobów opowiadania starych historii nie jestem niczym złym. Od lat w literaturze, filmie czy komiksie wykorzystuje się stare patenty i raczej nie można spodziewać się jakichś nowych, zaskakujących fabuł, przełamujących fale a nawet schematy. Nie wydaje się, żeby szeroko rozumiany odbiorca w bliższej czy dalszej przyszłości stwierdził: „czegoś takiego jeszcze nie widziałem/nie czytałem”. I nie ma w tym nic nagannego – jeśli opowiedziano nam już wszystkie warianty opowieści, można opowiadać je na nowo. Byle z sensem, wyczuciem i może w trochę inny sposób.

W 2010 roku głównym macherem w DC Comics został – ni stąd, ni zowąd – Bob Harras. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stał się on przypadkowo jednoosobowym symbolem upadku wydawnictwa Marvel Comics. Oczywiście ówczesne bankructwo Marvela zostało spowodowane zupełnie innymi czynnikami, wśród których jakość komiksów nie była bynajmniej decydującym – sęk w tym, że decyzje Harrasa co do tego jakie i w jaki sposób komiksy robić okazały się zgubne. Tak fatalne, że trzeba było dopiero Joe Quesady i Billa Jemasa, aby wyciągnąć wydawnictwo z otchłani. Początkowo Harras odnosił sukcesy (promowane przez niego tasiemce o mutantach przynosiły krociowe zyski), potem jednak zaczął prowadzić firmę po równi pochyłej, czego przez kilka lat nikt zdawał się nie zauważać.

Awans Harrasa na stanowisko redaktora naczelnego w DC Comics pokazał wyraźnie, że nie tylko w Polsce liczy się to, kogo się zna i jak dobrze. Nie oznacza to, że Harras nie ma pojęcia o byciu redaktorem naczelnym – po prostu nie powinien nim zostać po raz drugi. Nie po spektakularnej porażce. A jednak stało się inaczej.

Być może nigdy nie dowiemy się, kto naprawdę wpadł na pomysł selektywnej rewitalizacji bohaterów uniwersum DC Comics. Wydaje się jednak wysoce prawdopodobne, że za tym pomysłem stoi właśnie Harras, który próbował podobnego rozwiązania w latach dziewięćdziesiątych z marvelowskim „Heroes Reborn”.

ROK PÓŹNIEJ

Obecnie pomimo kasowania tytułów słabiej się sprzedających i wymianą ich na inne oraz odejścia mniej lub bardziej zdolnych twórców (Robertson, Liefeld, Wood, Winnick i – ostatecznie – Rucka), DCnU finansowo radzi sobie dobrze, w kilku przypadkach nawet lepiej niż przed przełomem z zeszłego roku.

To przede wszystkim zasługa tytułów, w których znaczną rolę odgrywa Mroczny Rycerz, czyli „Justice League”, „Batman”, „Detective Comics”, ”Batgirl”, ale także: „Action Comics”, „Teen Titans””, „Wonder Woman”, „Superman” i „Supergirl”.

Czy jest to sytuacja długofalowa? Jak zwykle czas pokaże – niemniej w rozumieniu przedstawicieli zarządu wydawnictwa zmiany przyniosły jedyne interesujące ich efekty, które przelicza się w dolarach. Cóż z tego, że „Justice League” jest wręcz miażdżona przez fanów skoro wzrost sprzedaży tego tytułu po restarcie sięgnął pułapu 187 punktów procentowych? Warto wspomnieć, że w przypadku najlepiej sprzedających się tytułów wydawnictwo zarzuciło kampanię utrzymania ceny zeszytu na kwocie 2,99 dolarów – bestsellery są droższe, bo i tak będą kupowane. Czemu więc nie zarobić na nich dodatkowo?

Co do fanów, ci jak zwykle są podzieleni. Zmiany mają gorących zwolenników i równie zagorzałych wrogów. O ile ci drudzy potrafią być naprawdę zdeklarowani (rezygnacja z kupowania ulubionych serii; zapełnianie nieskończonych połaci Internetu wyrazami niezadowolenia, frustracji i wściekłości), wśród tych pierwszych trudno znaleźć jednoznacznie przekonanych do zmian. Owszem, są zadowoleni, wciąż kupują, ale co do większości zabiegów wypowiadają się ostrożnie, zdając sobie sprawę, że ktoś wykorzystuje ich przywiązanie.

Nie trzeba być zelotą, maniakiem opowieści o Supermanie czy Lidze Sprawiedliwych, żeby zdawać sobie sprawę z tego, iż fanów robi się w butelkę. Dekady kolekcjonowania i entuzjazmowania się przygodami ulubionych bohaterów zostały przekreślone i wyrzucone w niebyt. Ktoś zadecydował, że kilkadziesiąt lat historii przestało się liczyć. Na argument, że to wszystko przecież tylko komiksy, zwykła fikcja łatwo odparować: oczywiście, że fikcja, ale jak każda dziedzina sztuki wywołująca uczucia, emocje.

Chyba najbardziej jednak boli fanów fakt, że rewitalizacja uniwersum ma selektywny charakter – skasowano osiemdziesiąt procent wątków, ale pozostawiono dwadzieścia, których nijak nie da się skompilować w jedną spójną, sensowną całość. Zarzuty, że opowieści są opowieściami i nie ich kontinuum jest najistotniejsze, można skomentować tym, że w przypadku fikcyjnych światów stworzonych zarówno przez DC Comics jak i Marvel to właśnie ich pogmatwana historia jest najważniejsza, spaja bowiem setki wizji różnych twórców w nowe unikatowe mitologie.

Z upływem czasu pojawiają się zarzuty, że DCnU ma z nowym spojrzeniem naprawdę niewiele wspólnego. Usunięcie ze stroju Supermana spodenek założonych na dolną część kostiumu to trochę za mało. Zwłaszcza w sytuacji, gdy styl opowieści nie zmienił się w ogóle. Wydaje się, że DC Comics dokonało przewrotu mającego zdystansować sukces artystyczny i komercyjny marvelowskiego imprintu Ultimate. Niestety bez powodzenia – jeśli o dojrzałości historii ma bowiem świadczyć słabo napisana scena seksu Batmana i Catwoman, ewentualnie przerobienie jednej z postaci na nimfomankę, to są to słabe zagrania pod nastoletnią publiczkę, która i tak w internecie widziała dużo więcej. Do głosów rozżalonych fanów dawnego DC dołączają się coraz częściej krytycy, ostrzegając, że marketingowe sztuczki nie wystarczą, aby utrzymać czytelników przy ofercie wydawniczej na dłużej. Niezbędna jest poprawa jakości, o której spółka Harras/DiDio/Lee/Johns wyraźnie zapomina. Nie najlepsza jest również atmosfera w samej firmie, która jak wynika z plotek niewiele ma wspólnego z tą, którą zwłaszcza DiDio stara się epatować czytelników. Dochodzi do ostrych tarć pomiędzy redaktorami a twórcami i coraz częściej pojawiają się pogłoski o despotycznym, a jednocześnie nieprzemyślanym kierunku, w którym podąża wydawnictwo. Całkiem nieźle widać to na przykładzie Mrocznego Rycerza, numeru jeden wśród własności DC Comics. I tak po restarcie dowiedzieliśmy się, że:

- od pojawienia się Batmana minęło pięć lat;
- w ciągu pięciu lat Batmanowi towarzyszyło kilku Robinów;
- Tim Drake był jedynie Red Robinem;
- Barbara Gordon znów chodzi (ale wydarzenia z „Zabójczego żartu” nie zostały anulowane);
- Bane złamał Wayne’owi kręgosłup;
- niektóre z postaci (Stephanie Brown, Cassandra Cain) zniknęły z firmamentu, inne zmieniły swój status (Poison Ivy);
- potrzebujemy „zapgrejdowanych” wersji klasycznych przeciwników;
- Bruce zdążył spotkać na swej drodze Ra’s al Ghula, stoczyć z nim kilka potyczek, poznać Ra’sową córuś Talię towarzysko i w bardziej biblijny sposób, spłodzić Damiana, który jako dziesięcio- dwunastoletni chłopiec towarzyszy mu jako Robin;

Batman i Green Lantern to dwie postaci, które poddano tylko częściowej transformacji w odróżnieniu od reszty bohaterów uniwersum. Efekt jest nawet gorszy niż gdyby zaczęto opowiadać historie obu herosów od nowa. Po zastosowaniu zabiegu czytelnicy są skołowani, które z historii mają znaczenie, a które przestały się liczyć. Zabawnie robi się zwłaszcza wtedy, kiedy zaakceptowane przez redaktorów zmiany stoją w sprzeczności z historią postaci. Przykłady? W utrzymanym w kontinuum „Knightfall” Tim Drake odgrywał znaczną rolę jako Robin – teraz wiemy, że nigdy nie był Robinem. Sparaliżowany Bruce Wayne nie mógł poszukiwać porwanego ojca Tima, ponieważ ten z żyjącą (czytaj: nie zabitą przez Obeaha) żoną żyje z dala od Gotham City objęty programem ochrony świadków. Do największych absurdów posunięto się jednak dla Granta Morrisona, aby pozwolić mu zakończyć jego surrealistyczną opowieść rozpoczętą w 2006 roku. I tak: Damian Wayne osiągnął wiek 10–12 lat w ciągu około czterdziestu ośmiu miesięcy (należy pamiętać przecież, że Batman spotkał R’as Al Ghula grubo po „Roku Pierwszym” swojej działalności). Wszystkie te żenujące fabularne sztuczki nasuwają skojarzenia z marvelowskimi mutantami, a nie mroczną opowieścią w klimatach noir, którą legenda Batmana jest w założeniu.

Należy jednak przyznać, że poza niekonsekwencją w kreacji postaci, którą trudno redaktorom wybaczyć (w końcu jest to podstawowa rzecz, za którą biorą pieniądze), przynajmniej fani Batmana mogą spodziewać się znacznej poprawy jakości komiksów. Wreszcie DC Comics nie tylko dba o to, aby przygody Mroczego Rycerza rysowali najlepsi, ale i szykuje obiecujące zmiany:

- Powrócił klasyczny tytuł „Legends of the Dark Knight”, w którym uznani, a czasem wręcz kultowi artyści przedstawiają swoje wizje Mrocznego Rycerza, nie skrępowane obostrzeniami kontinuum;
- Grant Morrison kończy swoją misję maltretowania mitu Nietoperza campowymi abberacjami i jest nadzieja, że nie powróci szybko;
- David Finch i Tony S. Daniel przestają pisać scenariusze;
- prowadzenie „Detective Comics” i „The Dark Knight” trafiło w ręce niezłych Johna Laymana i Gregga Hurwitza;
- Scott Snyder powraca do jakości Rucki i Brubakera, stawiając na realizm z domieszką grozy czyli mieszankę, w której bohater sprawdza się najlepiej.

Mroczny Rycerz to oczywiście okręt flagowy, ale przecież nie jedyna postać w uniwersum DC. Szefowie wydawnictwa zdają się jednak o tym zapominać – póki co nikt nie wpadł na pomysł, jak uczynić tych bohaterów ciekawszymi od Spider-Mana, Iron Mana, Daredevila, Wolverine’a, Punishera, Hulka czy Fantastic Four. Jedna Wonder Woman wiosny nie czyni, a Azzarello kiedyś przestanie pisać jej przygody.

Komercyjny sukces inicjatywy i pozytywny odbiór niewielkiej części z pięćdziesięciu dwóch tytułów zdają się wzajemnie wykluczać. Za dwa, trzy lata może okazać się jednak, że tytuły przestały się sprzedawać, bo czytelnicy ujrzeli wreszcie pod otoczką nowego jedynie podrasowane starocie. Harras przerabiał to już w Marvelu. Wraz z najbliższymi współpracownikami zdaje sobie sprawę, że deską ratunku są kino i telewizja, które po oszałamiającym sukcesach marvelowskich ekranizacji i trylogii Nolana mogą przyciągnąć do komiksów nowych czytelników. DC liczy zapewne, że kinowy „Man of Steel”, telewizyjny „Arrow” oraz planowane filmowe przygody Wonder Woman, Flasha i Lobo ożywią sytuację i przyciągną do stoisk z komiksami tych, którym za mało będzie popisów superbohaterów na ekranie. W takim przypadku powinni jednak i w blasku dnia i w cieniu nocy strzec się zielonej pierścienia mocy.

Łukasz Chmielewski

,