Baśnie, tom 11: Wojna o pokój

Wojenko, wojenko…

222x300

Seria „Baśnie”, podobnie jak każda ciągnąca się przez lata historia, ma swoje lepsze i gorsze momenty. Niestety, w przypadku opowieści o walce wypędzonych z rodzinnych stron Baśniowców ze złowrogim Adwersarzem ta zła passa trwa nieprzerwanie od kilku ostatnich tomów. Najnowszy z nich – „Wojna o pokój” – niestety nie zmienia tej sytuacji. Wręcz przeciwnie.

Nie mogę zdradzić fabuły przełomowego, jedenastego wydania zbiorczego serii bardziej dosadnie, niż zrobili to wydawcy: Baśniowcy, po długich przygotowaniach, wyruszają na wojnę, po której następuje pokój. Na tym właściwie można by zakończyć, ponieważ niewiele więcej dzieje się w składających się na ten tom pięciu zeszytach. Cała historia stanowi wyłącznie pretekst do zaprezentowania efektownych scen walki wręcz i spektakularnych pościgów samochodowych w wykonaniu superszpiega Kopciuszka, a następnie ogromnej ilości eksplozji, strzałów z broni palnej i morza ognia podczas scen bitewnych.

Jedyna relacja, jaka zachodzi w tym tomie między postaciami, zostaje już na pierwszych stronach zduszona w zarodku. Niebieski Chłopiec, niczym romantyczny rycerz przed ruszeniem na front, zamierza wyznać swoje coraz silniejsze uczucie względem Róży Czerwonej. Dziwna, lecz w pewien sposób rozkoszna w swej niewinności relacja między tą dwójką w poprzednich częściach cyklu została starta przez scenarzystę na proch. Oczywiste jest, że Willingham postanowił znowu zabawić się konwencją i zagrać na nosie czytelniczym oczekiwaniom na kolejny wielki romans, jednak absurdalność zaprezentowanej sytuacji wywołuje u odbiorcy zaskoczenie zupełnie innego typu. I raczej nie ma ono nic wspólnego z docenieniem „zabawy” kulturową kliszą.

Poza tą sceną między postaciami nie dochodzi do żadnych bliższych kontaktów. Utrudnia to szczególnie narracja, prowadzona w jednej historii z perspektywy Kopciuszka, a w drugiej Niebieskiego. Poszczególne kadry wypełniają wówczas czasem wyłącznie nieme ilustracje do ich słów. Gdy jednak pojawiają się dialogi, jest niewiele lepiej – mimo że Willingham próbuje wkładać w usta postaci chwytliwe one-linery, ani jeden nie zostaje w pamięci. Przewijający się przez drugą historię żarcik o tym, iż posłaniec wojenny jest ciągle zapraszany do stołu, zaczyna błyskawicznie irytować. Z dialogów uleciała lekkość, żarty są ciężkie i toporne, rozmowy między bohaterami to nużące pustosłowie – co szczególnie widać w dyskusjach między dwoma wodzami: Księciem Uroczym i Sindbadem, którym czas na froncie upływa na wzajemnym komplementowaniu się. Co gorsza, nie jest to rodzaj salonowej gry czy specyficzny żołnierski konkurs. Wszystkie te ociekające lukrem zgłoski mają być szczerym dowodem wzajemnej przyjaźni i wspólnoty. No cóż.

Postaci w tym tomie właściwie nie ma. Są za to ograniczone wyłącznie do jednej rozpoznawalnej cechy pionki, stawiane przez Willinghama na wojennej szachownicy. Nie dowiadujemy się o nich absolutnie niczego, czego nie znaleźlibyśmy w poprzednich częściach cyklu. Pojawiają się na chwilę, by wykonać swoje popisowe numery i znikają – niektórzy na zawsze, jednak nie ma czasu, by zatrzymać się nad ich zgonem na polu chwały. Kopciuszek jest więc, jako się rzekło, najlepszą tajną agentką świata, Piękna zołzą, Śnieżka mózgiem operacyjnym, a Bigby Wilk to ociekający testosteronem niepokonany wojownik, na którego nie ma mocnych. Nic więcej. Nawet Niebieski, z którym mogliśmy się lepiej zapoznać w „Stronach rodzinnych”, tutaj staje się wyłącznie nudnym narratorem, relacjonującym przebieg starć niemal bez emocji, który równocześnie usilnie podkreśla, jak bardzo jest przejęty.

Wyjątkiem od tej reguły jest Książę Uroczy. Postać ta przeszła najdłuższą drogę od rozpoczęcia serii, przyjmując rozmaite role: od niepoprawnego uwodziciela po zmęczonego ciężarem władzy despotę. Podczas gdy o charakterze większości bohaterów wiemy właściwie wszystko po zaledwie dwóch-trzech tomach, Książę wciąż wymyka się jednoznacznej ocenie, lawirując między dobrem a złem, bezustannie naginając granice moralności. Niestety w tym tomie Willingham przygotował dla niego nową funkcję – heroicznego patrioty. Kłamca, awanturnik i naciągacz, dbający głównie o własną skórę, nagle, zupełnie niespodziewanie, okazuje się piewcą ofiary jednostki dla dobra ogółu i bohaterem gotowym poświęcić wszystko dla zwycięstwa. Nie chciałbym kwestionować możliwości takiej przemiany w obliczu wyższej potrzeby, jednak tutaj… w ogóle nie jest ona choćby zasugerowana. Książę po prostu jest w tym tomie dzielnym amerykańskim wodzem, niosącym pokój i chwałę uciśnionym, prymitywnym mieszkańcom Imperium, bez słowa wyjaśnienia ze strony scenarzysty. Nie ma ani jednej linijki dialogu, żadnego choćby kadru, w którym doszłoby do tej diametralnej zmiany. Taki jest i basta. Pomińmy fakt, że w bitwie o Zamek na Krańcu Świata, wspomnianej w „Marszu drewnianych żołnierzyków”, salwował się haniebną ucieczką. Widocznie na tej akurat wojnie mu się odmieniło.

Skoro mowa o wojnie – i na tym polu scenariusz Willinghama zawodzi. Prezentuje on kilka potyczek, zupełnie pozbawione dramatyzmu bitwy i walki na dystans, w których – chociaż trup ściele się gęsto – naprawdę nie dzieje się nic interesującego. Wszystkie przygotowania do inwazji na strony rodzinne, rozpoczęte już w tomie drugim, i strzępki informacji o potędze Imperium, jakie docierały do czytelników do tej pory, musiały rozbudzić ciekawość i apetyt na obejrzenie tak długo wyczekiwanej wojny. Szkoda, że ostatecznie prawie jej nie ma. Gry szpiegów czy desantowe akcje Niebieskiego i Wilka niosły za sobą więcej akcji i emocji niż ukazany w tym tomie ogół działań na froncie, które kończą się, nim na dobre się zaczęły.

Podpisanie aktu pokojowego zamyka pierwszy rozdział serii, i, niestety, skutecznie zniechęca mnie do zapoznania się z kolejnymi. Bolączki, na które cierpiały poprzednie tomy, tutaj znajdują swoje ukoronowanie. Pretekstowa, mizerna fabuła w połączeniu z solidnymi, wciąż tymi samymi rzemieślniczymi rysunkami (których największą zaletą jest to, że nie przeszkadzają w poznawaniu historii, ale same w sobie nie przedstawiają szczególnej wartości) daje zdecydowanie najsłabszy wydany w Polsce tom „Baśni”. Po „Synach Imperium” przestałem wierzyć, że seria się podniesie do poziomu pierwszych części. „Dobry książę” utwierdził mnie w tym przekonaniu. „Wojna o pokój” to gwóźdź to trumny. W tym miejscu, na rozstajach fabuły, kończę swoją przygodę z Baśniowcami. Nie potrafię już przejąć się ich losem. Nie obchodzi mnie, kto oddał życie w czasie tych bitew. Nie interesuje mnie ta fabularna wydmuszka o ich bohaterskich czynach, podlana nieznośnym patosem. Przecież już widziałem prawdziwą, przejmującą wojnę z ich udziałem. Dawno, dawno temu. W „Marszu drewnianych żołnierzyków”.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji.

Rafał Kołsut

Baśnie, tom 11: Wojna o pokój
Wydawnictwo: Egmont
Tytuł oryginalny: Fables: War and Pieces
Wydawca oryginalny: DC Comics – Vertigo
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 192
Format: 170×260 mm
Oprawa: miękka
Papier: offsetowy
Druk: kolor
ISBN-13: 978-83-237-6155-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 69,99 zł