Japończyk, Rzymianin, dwa bratanki – „Thermae Romae“, tom I

Japończyk, Rzymianin, dwa bratanki

„Thermae Romae“, tom I

222x300

Nie ma ani krzty przesady w stwierdzeniu, że w Japonii można kupić komiks na każdy temat. Są komiksy o nastoletnich ninja. O szkolnych romansach. O każdej, nawet najbardziej egzotycznej dyscyplinie sportu, łącznie z curlingiem i nielegalną wersją mahjonga, gdzie gra się nie na pieniądze, lecz o życie. O kucharzach, prawnikach, pracownikach korporacji, a nawet o piekarzach walczących w zawodach, w których sędzia oceniający jakość wypieków pod wpływem spożywanych smakołyków przechodzi transformację rodem z „Dragon Balla”. Istnieje też manga o dość istotnym składniku japońskiej kultury, jakim są łaźnie i kąpiel. To „Thermae Romae” Mari Yamazaki.

Tytuł mangi sugeruje, że nie skupia się ona wyłącznie na japońskiej kulturze dbania o higienę. To poniekąd prawda, gdyż akcja w przeważającej części ma miejsce w starożytnym Rzymie. Głównym bohaterem jest młody architekt Lucius Modestus, którego głównym polem ekspertyzy jest konstrukcja term. Niestety, jego pomysły są zbyt staroświeckie i nie nadążają za wizją miasta rozkwitającego pod rządami cesarza Hadriana. Podczas kolejnej wizyty w łaźni okazuje się, że ukojenie skołatanych myśli jest możliwe jedynie pod wodą, gdyż termy stały się pełnym handlarzy, gwarnym miejscem, dalekim od oazy spokoju, jaką powinny być według Luciusa. Gdy architekt rozmyśla nad tym zanurzony w wodzie, wciąga go dziwny prąd. Rzymianin wynurza się i z ogromnym zdziwieniem spostrzega, że znajduje się w zupełnie innym miejscu. Początkowo myśli, że to jakaś odrębna łaźnia dla „płaskonosych” niewolników. Wkrótce okazuje się, że w niewiarygodny sposób znalazł się w dwudziestowiecznej Japonii. Początkowo nieufnie podchodzi do tubylców i ich zwyczajów. Pomimo braku możliwości porozumienia podczas krótkiego pobytu w obcym miejscu zauważa, że Japończycy mają bardzo podobne poglądy na życie co Rzymianie. Zwłaszcza jeśli chodzi o sztukę kąpieli. Gdy Lucius zasypia, oszołomiony temperaturą i nadmiarem wrażeń, budzi się ponownie wśród swoich. To niesamowite zdarzenie odmienia go i służy mu za inspirację, jest on bowiem bacznym obserwatorem. W dalszych rozdziałach stara się wprowadzić wiele pomysłów z przyszłości do współczesnych mu przybytków.

Jako że „Thermae Romae” było publikowane w miesięczniku, nie dziwi podobieństwo kolejnych odcinków. Akcja przebiega według następującego schematu: Lucius napotyka problem i podczas wizyty w przyszłości w magiczny sposób znajduje jego rozwiązanie. Wyrwanie bohatera z jego naturalnego środowiska jest zazwyczaj bardzo zabawne. Ciężko się też nie uśmiechnąć, gdy biega on nago po parku wodnym, albo gdy w trakcie pojedynku na miotły uczy nieokrzesanych barbarzyńców manier obowiązujących w łaźni. Z kolejnych przygód wychodzi bogatszy o nowe doświadczenia, które pomagają mu w karierze zawodowej. W krótkim czasie jego pomysły zyskują uznanie konsula, a nawet samego cesarza Hadriana. Oprócz spraw zawodowych i osobistych Luciusa obserwujemy też mieszkańców Rzymu, ich kulturę oraz historię samego cesarstwa. Ocieramy się o postacie historyczne oraz wydarzenia, takie jak na przykład powstanie Szymona Bar Kohby, które zostało krwawo stłumione i zaowocowało ostatecznym zburzeniem świątyni Salomona w Jerozolimie. Często te zdarzenia są podkolorowane tak, aby uwzględnić w nich rolę łaźni i głównego bohatera, jednak ogólne tło historyczno-kulturowe zdaje się być dokładnie odwzorowane – bo nie tylko o łaźnie chodzi w tym komiksie. Owszem, jest to główny temat, a z treści komiksu i notek odautorskich pomiędzy rozdziałami wynika, że autorka jest miłośniczką tego typu przybytków i, jeśli tylko może, realizuje swoje hobby w różnych częściach świata.

Z początku Lucius odnosi się z dużym dystansem do Japończyków i ich kultury. Patrzy na nich z wyższością typową dla mieszkańca najpotężniejszego imperium starożytnego świata. Z każdą kolejną wycieczką w czasie i przestrzeni darzy ich coraz większym szacunkiem i zaczynają mu wręcz imponować swoją wynalazczością (z której skwapliwie korzysta). Z „Thermae Romae” przebija głęboki szacunek dla obcych kultur i nauka, że rośnie on wraz z kolejnymi kontaktami z ich przedstawicielami i pogłębianiem wiedzy o nich. Nie na darmo mówi się, że podróże kształcą (chociaż tylko tych, którzy tego chcą). Wydaje mi się to szczególnie ważne w dzisiejszym świecie, w którym co chwilę stykamy się z osobami i zjawiskami z drugiej strony kuli ziemskiej. Często dziwimy się, słysząc, co w tam w tej Japonii znowu wymyślili. Automaty z brudną bielizną (które według mediów oczywiście stoją na każdym rogu) czy święto penisa budzą zrozumiałe zdumienie. Oglądając medialne rewelacje, można zapomnieć, że media, by zdobyć widza, wyciągają właśnie takie dziwactwa i ciekawostki, z którymi statystyczny Kowalski nie ma na co dzień styczności. Niestety często przez ich pryzmat postrzega się dany kraj czy kulturę. Tymczasem Mari Yamazaki na przykładzie łaźni pokazuje, że nawet tak odmienne kultury jak rzymska i japońska (warto wspomnieć też Turków czy Arabów, którzy również korzystali z łaźni i którzy pojawiają się w komentarzach autorki) mają bardzo wiele wspólnego – i że na takich zdawałoby się drobiazgach można budować porozumienie. Pod tym względem moim ulubionym odcinkiem jest ten o uczeniu manier nowych obywateli Rzymu germańskiego pochodzenia. Okazuje się, że w odpowiedni sposób można się dogadać nawet z „barbarzyńcami”. Ponieważ wszyscy jesteśmy podobnie myślącymi ludźmi, kultury różnych obszarów wykazują podobieństwa, ale też bardzo widoczne różnice – na przykład jeśli chodzi o gusta filmowe.

Wyobraźcie sobie, że adaptacja „Thermae Romae” zarobiła w Japonii więcej niż „The Avengers”. To dość kuriozalna produkcja, w której z fabuły komiksu zrobiono komedię romantyczną, a Japończycy grają Rzymian (lub podkładają za nich głosy). Nie widziałem jej, ale zbiera pozytywne recenzje. Ze smutkiem przyjąłem informację, że na skutek działań wydawcy autorka nie zarobiła na niej zbyt wiele pieniędzy. To powinno się zmienić, gdyż powstała kontynuacja, przy okazji której Yamazaki wynegocjowała znacznie lepszą stawkę, co jej się zdecydowanie należało, bo pomimo niewielkiego dorobku to bardzo ciekawa autorka. Sądzę, że wspomniana wrażliwość i otwartość na inne kultury wykształciły się u Mari Yamazaki na skutek jej dość niecodziennego jak na autorkę mangi życiorysu. Urodziła się w Japonii, ale już w wieku siedemnastu lat wyjechała uczyć się rysunku do Florencji. Potem podróżowała po Europie, Bliskim Wschodzie i Japonii, by osiedlić się w Lizbonie w 2003 r. Obecnie mieszka z mężem (Włochem) w Chicago. Stąd też pewnie wynika wierne i szczegółowe odtworzenie w komiksie obcej kultury. U innych autorów często jest to czynione przez pryzmat stereotypów i znacznie zniekształcone.

Cieszy przepiękne amerykańskie wydanie mangi. Yen Press stanął na wysokości zadania i wydał komiks w powiększonym formacie (odrobinę większym od rodzimego „Ikara” od Hanami, który jest największym z wydań japońskiego komiksu, z jakim miałem dotychczas do czynienia). Wydanie Yen Press zbiera dwa tomy oryginalnego wydania w twardej oprawie. Na nią nałożona jest w większości przezroczysta obwoluta. Całość jest świetnie zaprojektowana wizualnie. Szczególnie podoba mi się wykorzystanie przezroczystości i zadrukowanych miejsc. Przykładowo, tytuł zasłania przyrodzenie posągu z okładki, ale cały rysunek możemy obejrzeć, ściągając obwolutę. Z jednej strony zadowala się amerykańskich księgarzy, którzy nieraz odmawiają dystrybucji komiksu ze zbyt odważną okładką, a z drugiej strony purystów, którzy źle znoszą wszelkie ingerencje w oryginał. Okładkę drugiego tomu oryginalnego wydania wykorzystano jako rewers. Tłumaczenie autorstwa Stephena Paula jest bardzo dobre, co nie dziwi, bo to weteran, który zaczynał jako tłumacz nielegalnych skanów mang. Na końcu tomiku znalazły się liczne przypisy, które pomagają lepiej zrozumieć niektóre sytuacje. Trochę boli wygórowana cena (34,99$) za tom, ale wedle zapowiedzi ostatni odcinek zostanie wydany w marcu 2013 r. w magazynie Comic Beam (wydawnictwa Enterbrain). Manga powinna się więc skończyć na sześciu tomach, czyli trzech w wersji amerykańskiej. Warto także wspomnieć, że istnieje trzyodcinkowa animowana miniseria, którą w tym roku ma zamiar wydać w Stanach Discothek Media. Liczne adaptacje są wynikiem sporej popularności mangi, która często przewija się przez listy bestsellerów, ale także tego, że to po prostu dobry komiks – co zdaje się potwierdzać przyznana mu Nagroda im. Osamu Tezuki oraz Manga Taisho. Pozostaje mi tylko życzyć miłej lektury, a sam łapię swój tomik i idę do wanny, bo nic tak nie odpręża po ciężkim dniu spędzonym na pisaniu recenzji jak porządna kąpiel.

Konrad Dębowski

„Thermae Romae”, tom I
Tytuł oryginału: テルマエ・ロマエ
Scenariusz: Mari Yamazaki
Rysunki: Mari Yamazaki
Tłumaczenie: Stephen Paul
Wydawca (USA) : Yen Press/Hachette
Data wydania: październik 2012
Wydawca oryginału: Enterbrain
Data wydania oryginału: październik 2009 (tom I), wrzesień 2010 (tom II)
Objętość: 352 strony
Format: 17,5 x 25 cm
Oprawa: twarda z obwolutą
Papier: kredowy
Druk: kolorowy/czarno-biały
Cena: 34,99$