Fabryka

FABRYKA

W piekielnym molochu

222x300

Uwaga – w tekście dość szczegółowo opisana została treść komiksu, włącznie z zakończeniem (przyp. redakcji).

„Fabryka” to pierwszy komiks Nicolasa Presla – byłego kamieniarza – po polsku. Nie pojawia się w nim ani jedno słowo, pomijając teksty na rekwizytach – tytuły książek i strony z Owidiusza zapisane łaciną. Przemawia on do nas samymi obrazami. Opowiadana historia jest przy tym w pełni czytelna. I z pozoru nie jest skomplikowana. Można ją streścić, a jej ujawnienie nie będzie niczym nagannym.

W nieznanym państwie, w którym policja i szpicle są wszechobecni, poluje się na sześciopalczastych obywateli. Są wyłapywani w obławach i najściach na lokale. Główny bohater – pracownik fabryki zbrojeniowej – przypadkiem trafia na uciekającego przed żandarmami sześciopalczastego chłopca, który przed chwilą był świadkiem pojmania swego, jak można się domyślać, ojca. Pomaga mu zbiec, a potem ukrywa go w fabryce, we wnętrzu maszyny, którą obsługuje. Chłopiec wiedzie tam trudny żywot. Robotnik, chcąc go rozweselić, przynosi mu szczura w klatce. Potem znosi mu książki, które w tym rozkosznym kraju są publicznie palone. W nocy w zimnych czeluściach fabryki chłopiec przeżywa wyobrażone przygody. W końcu młody uciekinier dostaje flet. Tak się zatraca w grze, że nie zauważa, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Ginie zmiażdżony przez gigantyczny tłok produkujący pociski. Przerażony bohater stara się go odnaleźć, ale pozostaje mu tylko pogrążyć się w rozpaczy.

Historia wydaje się banalna. W kulturze popularnej mamy bowiem plagę opowieści o ukrywających się dzieciach, na które polują służby totalitarnych państw. Filmy oferują pełne zwrotów akcji fabuły okraszone efektami specjalnymi. Wystarczy przywołać głośny film Agnieszki Holland „W ciemności”. Znaczenie tego komiksu nie sprowadza się jednak do opowiadanej historii, nie o konkurencję z innymi opowieściami kultury popularnej tu idzie.

Skojarzenie z prześladowaniem Żydów przez nazistowskie Niemcy nasuwa się od razu. Mundury żandarmów przypominają niemieckie pierwowzory. Na publicznych placach pali się książki. Wielkoprzemysłowy proletariat jest poddany nieustającemu nadzorowi. Tajna policja, korzystając z donosów, nachodzi mieszkańców. Państwo uwikłane jest w wojnę. Ale uznanie tej opowieści jedynie za holokaustową parabolę byłoby uproszczeniem.

Dobrym tropem jest styl rysunków autora. Zwykle wspomina się o nawiązaniu do malarstwa Picassa, ale ważniejsze – moim zdaniem – jest nawiązanie do rysunków Grosza. George Grosz (a właściwie Georg Groß), absolwent Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie, służył w armii cesarskiej w czasie I wojny światowej. Już w maju 1915 r. zwolniono go ze służby wojskowej. Sprzeciwiał się okropieństwom wojny i dusznej, szowinistycznej atmosferze Niemiec. Dlatego – w akcie protestu – zmienił imię i nazwisko, pozbawiając je niemieckiego brzmienia. Stworzył wiele obrazów i rysunków o wydźwięku antywojennym – pełnych kalek, scen z lazaretów czy szkieletów na komisjach wojskowych. Nieraz skazywano go za obrazę moralności publicznej. Powołany ponownie do wojska w 1917 r., zdezerterował. Moralne i społeczne wynaturzenie rzeczywistości odbija się na rysowanych przez niego postaciach. Tak jest i w tym komiksie. Ohydne fizjonomie żandarmów odzwierciedlają ich moralne skażenie. Fabryka-moloch, plująca dymem i ściekami, przytłacza industrialnym antyhumanizmem. Robotnicy, poddani upokarzającemu nadzorowi, wiodą nędzny żywot, pozbawiony kultury wyższej.

Sześciopalczaści to nie tylko Żydzi. To wszelkie ofiary autorytarnych i totalitarnych reżimów, niewolących społeczeństwo, zamieniających ich w zmilitaryzowaną masę posłusznych pracowników, których chroni się przed niebezpiecznymi dla władzy ideami. Ta historia może na równi dotyczyć dziecka „imperialistycznych agentów” w Związku Radzieckim z okresu wielkiego terroru czy „komunistów” w Chile z doby junty wojskowej generała Augusta Pinocheta. Nie jest ważne, czy ustrój jest „czerwony” czy „brunatny” – istotne jest to, że nawiązując do Zygmunta Baumana, bawi się w ogrodnika, który uznaje pewne kategorie ludzi za szkodliwe, nie pasujące do idealnej wizji ładu społecznego, i skazuje je na eksterminację. Dla zewnętrznego obserwatora ten wybór może być zupełnie niezrozumiały, podobnie jak dla dziecka. Przecież chwasty pięknie kwitną – czemu zatem wyrywa się je, atakuje całą gamą środków chemicznych i pali?

Ale czemu akurat sześciopalczaści? Czy dlatego, że są utalentowanymi muzykami (jak to jest w przedstawionym w komiksie świecie, w którym zresztą niszczy się też instrumenty muzyczne)? Powód nie ma znaczenia. Jak pokazują studia nad zbiorową przemocą, w tym nad ludobójstwami, kategorię ofiary zawsze konstruują sprawcy. Często jest ona arbitralna, utkana ze stereotypów i uprzedzeń. Podlega jednak naturalizacji – społeczne podziały są postrzegane jako naturalne, niezmienne, biologiczne cechy. Tak było z Żydami w III Rzeszy – to dopiero tzw. ustawy norymberskie ostatecznie „stworzyły Żyda” jako ofiarę. Wcześniej nawet naziści nie zgadzali się między sobą, kogo uznać za „podczłowieka”, a przypomnijmy, że środowisko niemieckich Żydów było silnie zasymilowane. To, że kategoria ofiar jest mniej lub bardziej przypadkowa, nie przeszkadza sprawcom obawiać się jej i z całą bezwzględnością ją eksterminować. Tak było z Tutsi w Rwandzie w 1994 r., Hutu w Burundi w 1972 r. czy Ormianami w Imperium Osmańskim w latach 1915-1916.

Sześć palców komiksowych ofiar to znaturalizowany stygmat narzucony przez sprawców. Podkreślmy, że nie chodzi tylko o rzeczywiste cielesne „skazy” w oczach oprawców, jak to było w przypadku rytualnego obrzezania u Żydów w Niemczech czy koloru skóry i kształtu czaszki (wedle rasistowskiej pseudonauki) rdzennej ludności w koloniach. Moim zdaniem Presl naturalizuje wszelką społeczną odmienność, nawet niewidoczną na pierwszy rzut oka. Tak było z Tutsi w Rwandzie – choć podział był w znacznej mierze arbitralny i był dziedzictwem kolonialnej biurokracji (wpisywania do dowodów przynależności „plemiennej”, przy czym chłopcy dziedziczyli pochodzenie po ojcu, a dziewczynki po matce), to sprawcy nieustannie podkreślali w mowie nienawiści biologiczną odmienność ofiar. Ukrywający się chłopiec nie jest w stanie zrozumieć, czemu jest ofiarą nagonki. Gdy dostrzega, że ma więcej palców niż swój opiekun i widzi, jaką normę przedstawiają podręczniki anatomii, postanawia uciąć nadmiarowy palec, który czyni go obcym. W tym makabrycznym, ale i naiwnym czynie ujawnia się bezradność nieskażonego propagandą dziecka, które nie zdaje sobie sprawy z tego, że w niczym mu to nie pomoże. Przypomina się bohater „Europy, Europy” Agnieszki Holland, który próbę naciągnięcia skóry, mającej zastąpić mu stygmatyzujący brak napletka, przypłaca zakażeniem.

Skazani na zagładę byli nieraz ratowani z narażeniem życia. Co skłaniało ludzi do takich poświęceń? Nie ma na to prostej odpowiedzi. Bohaterami stawały się osoby, których nikt o to wcześniej nie podejrzewał. Tropieniem źródeł takiego heroizmu zajmuje się obecnie – w ramach Heroic Imagination Project – profesor Philip Zimbardo, znany ze swojego eksperymentu więziennego, który pokazał podatność ludzi normalnych w świetle testów osobowości na zło. W komiksie nie uzyskujemy odpowiedzi na pytanie, dlaczego wyalienowany, szeregowy robotnik postanawia pomóc ściganemu chłopcu. Można się domyślać, że to po trosze impuls moralny, po trosze zbieg okoliczności. Ta nieokreśloność źródeł postaw i działań komiksowych postaci jest celowa. Zwiększa niepokojący wydźwięk komiksu i uniwersalność jego przesłania.

Wyjątkowo ciekawie komiks przedstawia świat wewnętrzny chłopca, który dnie spędza ukryty we wnętrzu maszyny, ogłuszany pracującymi urządzeniami, a w nocy zwiedza fabrykę i pogrąża się w marzeniach. Dzięki dostarczonym książkom przeżywa przygody na jawie. Postacie ożywają. Don Kichot z Sancho Pansą przemierzają alejki fabryki. Błędny rycerz postanawia pomóc chłopcu i atakuje maszynę, w której musi spędzać dnie uciekinier. Pogrążony we śnie na jawie chłopiec tak zapamiętuje się w grze, że uszkadza urządzenie, co przysparza jego opiekunowi poważnych problemów. Lektura Owidiusza sprawia, że ożywa nagi kobiecy posąg, który przywołuje z niepamięci matkę. Ciało z podręcznika anatomii powstaje i odkrywa przed chłopcem kolejne organy wewnętrzne. Dopada go także średniowieczny lekarz, z dezaprobatą liczy jego palce i wręcza mu nóż. Ostatecznie, pogrążony w świecie dźwięków, które wydobywa z fletu, chłopiec ginie. To prawdziwa pochwała książek jako drogi do alternatywnych światów, które przynoszą chwile ukojenia nawet w opresyjnej rzeczywistości. Jednak w te marzenia wkrada się także okrutna realność.

Warto zestawić te rozdziały z komiksem Krzysztofa Gawronkiewicza i Krystiana Rosenberga „Achtung Zelig! Druga wojna”. Tam cały świat jest fantasmagorią, mieszanką baśni i rzeczywistości, powstałą – jak można się domyślać – w umyśle młodego bohatera, który nie jest w stanie ogarnąć rozumem okrutnych zabaw dorosłych. O ile jednak w tym przypadku jesteśmy po drugiej stronie lustra, w „Fabryce” widzimy, jak urojone światy pączkują w zdegradowanej moralnie rzeczywistości.

Zakończenie jest wieloznaczne, można się jednak pokusić o jego interpretację. Jak już wiemy, pogrążony w grze chłopiec ginie. Ostatnie karty komiksu pokazują nalot bombowy. Chłopiec zatraca się w grze na flecie, zaś jego towarzyszem był szczur. Czy nie nasuwa to skojarzeń z „Flecistą z Hameln”? Przypomnijmy, że w tym podaniu ludowym utrwalonym przez braci Grimm, dolnosaksońskie miasto Hameln nawiedza plaga szczurów. Tytułowy flecista za opłatą godzi się uwolnić miasto od szkodników. Dzięki grze na cudownym flecie wywabia szczury z miasta i topi je w Wezerze. Włodarze nie chcą jednak wywiązać się z umowy i zapłacić. Mszcząc się, flecista dzięki muzyce wyprowadza dzieci z miasta, pozostawiając pogrążonych w żalu rodziców. Młody bohater „Fabryki” też zostaje skrzywdzony. Jego cudowny flet wypełnia muzyką fabrykę broni, a chłopiec ginie, siedząc na pocisku. Czy spadające obficie z nieba bomby pod koniec opowieści nie przywodzą na myśl okrucieństw wojny totalnej? Czyż na frontach nie ginął kwiat młodzieży? Czy nie była to swoista kara za bezwzględne tropienie ofiar? Pamiętajmy, że taka interpretacja nie odsyła tylko do Shoah i wielkiej daniny krwi niemieckich mężczyzn i – pod koniec wojny – chłopców na froncie. W walce zbrojnej ginęli i Hutu mordujący wcześniej Tutsi, i Turcy mordujący wcześniej Ormian. Ludobójstwo często powiązane było z wojną, a sprawcy ginęli w stalowych burzach. Uruchomiona maszyneria zbrodni pochłania z czasem swych twórców, wyzwolona z symbolicznych ram przemoc dopada swych inicjatorów.

Historia nie ma happy endu. Ale też często jest tak w rzeczywistości. Cudowne historie ocalenia to wyjątek. W nieustannie powracającej zbiorowej przemocy składa się na ołtarzu ideologii kolejne kategorie ofiar. Na całym świecie dzieci wciągnięte w niezrozumiałe rozgrywki dorosłych gubią się w interpretacjach, cierpią katusze i tracą życie. Nie jest to tylko zamierzchła przeszłość, ale nasza współczesność, często lekceważona przez media zajęte sprawami sytych zachodnich społeczeństw. Parabola Nicolasa Presla jest uniwersalna i boleśnie aktualna, a jej wymowę wzmacnia czysto wizualna narracja komiksu.

Dziękujemy wydawnictwu Lokator za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Lech M. Nijakowski – doktor socjologii, wykłada w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Collegium Civitas. Jest autorem m.in. książki „Pornografia. Historia, znaczenie, gatunki” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010 r.).

Fabryka
Tytuł oryginału: Fabrica
Scenariusz: Nicolas Presl
Rysunki: Nicolas Presl
Wydawca polski: Lokator
Data wydania polskiego: kwiecień 2013
Liczba stron: 192
Format: 170×240 mm
Oprawa: miękka
Papier: offsetowy
Druk: czarno-biały
ISBN: 978-83-63056-02-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 50 zł

,