Pet Shop of Horrors, tom 1

PET SHOP OF HORRORS, TOM 1

Wielki horror w chińskiej dzielnicy

222x300

Manga utrzymana w konwencji horroru. Sklep, który sprzedaje marzenia, miłość i nadzieję. Do tego to sklep zoologiczny.

Nakładem nowego wydawnictwa Taiga ukazał się pierwszy tom mangi „Pet Shop of Horrors”. To horror opowiadający o sklepie zoologicznym w Chinatown. Autorką mangi jest Akino Matsuri. Taiga to wydawnictwo świeże, pełne pomysłów. Działa niecały rok. Wydany przez nich tytuł jest serią zakończoną, znaną, doczekał się adaptacji anime. Z kolei autorka mangi ma na swoim koncie kilka innych tytułów. Jednym z nich jest „Reikan Shouhou Kabushikigaisha”. Autorka nadal tworzy i tworzyć będzie; specjalizuje się w fantasy i horrorze. „Pet Shop…” jest jednak jej kasowym hitem. Wyszedł spod jej ręki w połowie lat 90 ubiegłego wieku. Był jej drugim tytułem.

Polskie wydanie „Pet Shop…” to tomik w standardowym dla mang formacie. Grafika na obwolucie jest zachwycająca. Przywodzi na myśl styl art déco i obrazy Gustawa Klimta. Gdy zajrzymy do środka, dowiemy się, że to główny bohater tuli jedno ze swych dziwacznych zwierząt. Niestety, wnętrze tomiku nie jest już tak dopracowane.

Pomysł pani Akino Matsuri był prosty. Podobną fabułę stworzył mistrz gatunku opowieści grozy, Stephen King; jego „Sklepik z marzeniami” (w oryginale „Needful Things”) to nowela z 1991 roku, opowiadająca o tajemniczym sprzedawcy w tajemniczym sklepiku, który ma zawsze to, czego potrzebuje jego klient. Jednak wszystko ma swoją cenę. „Pet Shop…” został wydany w Japonii w 1995 roku. W mandze Hrabia D. zawsze ma jakieś niezwykłe zwierzę, okaz na wymarciu, który właśnie przyjechał dostawą od jego dziadka. Oczywiście dziadek jest fałszywy, zwierzę w jakiś sposób przeklęte, a sam Hrabia przywodzi na myśl Draculę. Zestawienie tych dwóch tytułów wypada na korzyść Amerykanina. Pierwszy tom mangi można właściwie streścić w trzech zdaniach. Klient przychodzi do sklepu. Kupuje zwierzę. Łamie kontrakt.

W zamyśle atutem mangi ma być umiejscowienie sklepu w Chinatown. Niestety, motyw ten całkowicie zmarnowano. Zamiast czerpania z bogatej kultury Chin i podkreślania niezwykłości samego sklepu otrzymujemy dość szybko spłyconą historię. Jedyną cechą sklepu, która sugeruje niezwykłość jest to, że posiada on ogromne zaplecze i ciągnące się w nieskończoność korytarze. To za mało, żeby zbudować nastrój. Wszystko wygląda jak pospiesznie ustawione dekoracje do filmu; za tekturowymi planszami nie ma nic prawdziwego. Manga nie posiada głębi. Samo miasto, jak i dzielnica Chinatown są sztuczne. Nie ma w nich ludzi, nie żyją własnym życiem. Nie widać, żeby działo się tam coś więcej, niż tylko główna historia. Po głębszej analizie możemy dowiedzieć się, że akcja ma miejsce gdzieś w Ameryce. Tytuł wskazuje, że głównym bohaterem opowieści jest sklep, ale tak naprawdę, przez brak skupienia się na nim, nie można poczuć jego atmosfery. Jest miejscem przypominającym supermarket, gdyż będąc tam klient bierze towar z półki i wraca do domu. Tak właśnie zachowują się bohaterowie. Przybytek Hrabiego D. jest tylko miejscem, gdzie dokonuje się transakcji. Sklep na planszach nie zachwyca wyglądem. Widać tylko kilka zwierząt i jakąś ladę. Nie jest nawet zaciemniony, wszystko jest jasne i schematyczne, przejrzyste. Brak szczegółów nie buduje tajemnicy, pozostawia Chinatown anonimowym, nijakim, sam sklep też się taki staje. Akino Matsuri potrafi przykuwać uwagę szczegółami, małymi klejnotami, jak chociażby tradycyjny strój malezyjski czy kostium postaci bazyliszka. Są po prostu cudowne; szczegółowe, to właśnie one nadają wrażenie grozy. Jednak autorka nie umieszcza tych jakże ważnych szczegółów w najistotniejszych miejscach. Niestety, efektem jest zwykła manga jōsei. Manga jōsei to w dosłownym tłumaczeniu „manga dla kobiet” albo „manga kobieca”. Zazwyczaj, jeśli posługiwać się stereotypami, tworzona przez kobiety dla kobiet. Głównym bohaterem nie jest więc sklep, a jego właściciel. To on wysuwa się na pierwszy plan. Jest narratorem zawartych w tomiku historii i przeprowadza nas przez każdą z nich. Nawet jeśli nie występuje w scenie, czytelnik wie, że Hrabia o zajściach wiedział lub się ich domyśla. Sam Hrabia jest kiczowato tajemniczy, a jego historia jest budowana co najmniej nieporadnie. Autorka ustami swoich bohaterów podsuwa nam wskazówki co do jego nadnaturalnego pochodzenia. Wszystkie banalne, oczywiste i niezbyt ciekawe. Przykłady tych to „Dracula”, „diabeł”. Jednak już kilka stron wcześniej autorka ośmiesza i odziera z powagi tę postać, gdyż okazuje się, że Hrabiego można kupić ciasteczkami, w obecności których zaczyna zachowywać się jak mała dziewczynka. Zamiast inteligentnego dowcipu i żonglowania konwencjami mamy tu raczej prostacki humor typowy dla kiepskiej mangi komediowej, gdzie jeden dorosły facet chichocze z drugiego dorosłego faceta jak mała dziewczynka. Humor jest raczej infantylny. I nie chodzi o samą sytuację, lecz o to, w jaki sposób ta sytuacja została przedstawiona. Jest to jedyny przejaw humoru w „Pet Shop of Horrors”. Dostajemy denerwujące wtręty, jak sytuacja, w której postacie piją przesłodzoną herbatę, a Hrabia D. komentuje z gwiazdkami w oczach, że przecież taka herbata musi być przecudowna. Takie to na siłę kawaii. Ogromnym problemem tej mangi jest to, że próbuje być wszystkim po trochu: horrorem, komedią, dramatem, kryminałem, powieścią fantasy, jōsei.

W pierwszym tomiku mangi autorka dopiero przedstawia nam swój świat, jesteśmy zaintrygowani i ciekawi. Możemy pominąć mankamenty, na przykład fakt, że przedstawiany obraz nie zawsze odpowiada tematowi. Jednak nie tylko brak szczegółów czy nastroju jest problemem; sama kreska nie podąża za historią, jest bardziej odpowiednia do jōsei niż do horroru, pasowałaby raczej do opowieści o pięknych chłopcach i dziewczętach. W oczach postaci nie czai się niepokój, są raczej przedstawione schematycznie. Wielkie, pełne zdziwienia orzechowe oczy, zbyt spiczaste nosy. Taka kreska nie nadaje się do opowieści grozy. Szczególnie, że nie jest ona spójna z kreską poza momentami komediowymi. Ma podkreślać humor, niszczy nastrój horroru. W 2004 roku wydano w Polsce „Wampirzą księżniczkę Miyu”(„Vampire Princess Miyu”). Tam grafiki i rysunki są dopasowane do historii. Czytając „Pet Shop…” czuję się, jakbym czytał „Brzoskwinię”. Wszystko przez tę kreskę właśnie. Denerwujące jest to, że autorka czasem prezentuje nam naprawdę ciekawe smaczki na poziomie wizualnym, jak chociażby różnobarwność tęczówek, wada genetyczna, którą posiada Hrabia D. W kulturze Chin było to uważane za zły omen. Człowiek, który posiadał „złe oko” miał być przeklęty przez bogów, zły. W „Vampire Princess Miyu” taki motyw współtworzyłby historię, tu bohaterowie nawet go nie zauważają. Nieprzypadkowo porównuję „Księżniczkę” i „Pet Shop…”. Obie mangi skierowane są do żeńskiej publiczności, obie miały premierę w Polsce, obie wydawano mniej więcej w tym samym czasie. „Miyu” wydano na przestrzeni lat 1988-2002. „Pet Shop of Horrors” w latach 1995-1998. Oba te tytuły mają dziesięć tomów. Oczywiście można się kłócić, że reprezentują różne podgatunki, ale moim zdaniem są na tyle zbliżone, że porównanie samo się narzuca. Jōsei jest gatunkiem skierowanym do grona starszych czytelników niż shōjo, jakim jest „Księżniczka”. Typologia jest jednak czysto umowna, bo niektóre źródła klasyfikują „Pet Shop…” jako shōjo właśnie. Na tle „Miyu” manga Akino Matsuri wypada po prostu infantylnie.

Może to być powodowane zabiegiem, jaki zastosowała autorka. Straszne historie przez nią opisane nie kończą się tragicznie dla bohaterów. Taki sam zabieg stosował Robert Louis Stevenson, autor „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, w swoich opowiadaniach. Tam także bohater nie zostaje w sposób ostateczny ukarany za sprzymierzenie się z mocami nie z tego świata.

Tomik składa się z czterech rozdziałów. Każdy rozdział to jedna opowieść. Dodatkowo mamy „katalog zwierząt” plus spis treści. Od pierwszej strony wiadomo, że mamy do czynienia z horrorem. Nawiązuje do tego sam tytuł mangi. Pierwsza historia zaczyna się od bezpośredniego nawiązania do „Gremlinów”, filmu z 1984 roku. Jest to zabieg, który autorka stosuje często. Jednak nie jest to najmocniejszą stroną jej historii. Nastrój nadchodzącej klęski jest tym, co tworzy nastrój opowieści, co udało jej się stworzyć w dwóch pierwszych rozdziałach, zawierających najlepsze historie tomu: „Sen/Dream” i „Rozpacz/Despair”. Są najciekawsze i dość oryginalne. Od pierwszych kadrów wiemy, że zdarzyło się coś niezwykłego. Pierwsza historia nawiązuje klimatem do legend Balii i Malezji. Ma też najsilniejszą scenę kulminacyjną, która posiada znamiona makabry.. Bohaterka, wiedziona dobrymi chęciami, w świadomie łamie kontrakt. Zanim to się stanie, jesteśmy świadkiem budowania napięcia przez jej rozważania przed podjęciem tej decyzji. Czytelnik otrzymuje piękne, lecz straszne i niepokojące kadry. Na nich to właśnie widzimy, że pani Matsuri czasem potrafi uchwycić właściwe uczucia na twarzach swoich postaci lub też ich brak, który ma potęgować uczucie grozy.

Druga historia nawiązuje do mitu o Meduzie. Jest kolejnym mocnym punktem, ale o tym później. Trzecia i czwarta nie są już tak ciekawe. „Córka/Daughter” jest interesującym, choć niezbyt umiejętnym nawiązaniem do „Alicji w krainie czarów”. Motyw jest czytelny, lecz przerósł autorkę. Żarłoczne króliki są zbyt żenujące, a sposób pozbycia się ich przywodzi na myśl deus ex machina, co może świadczyć o braku pomysłu na zakończenie historii.

W rozdziale czwartym mangi, zatytułowanym „Trzynastka/Dreizehn”, mamy do czynienia ze szczęśliwym zakończeniem. Autorka nie przedstawiła nawet warunków kontraktu z Hrabią. Historia trzecia i czwarta są rodzajem moralitetu, który w tej konwencji brzmi śmiesznie. Dzięki niemu Hrabia nie jawi nam się jako potwór, lecz jako człowiek, sympatyczny, nieco oschły, jednak pragnący pewnego rodzaju dobra. Człowiek, który może zakpić w sposób okrutny z ludzkiego zła. Szkoda, bo jest w ten sposób niespójny i staje się raczej typowym bohaterem, z którym czytelnicy mają się identyfikować i darzyć sympatią.

Z punktu widzenia dramatów, jakie przeżywają bohaterowie pierwszego tomu mangi, mamy tu korowód typowych problemów społeczeństwa japońskiego, takie jak brak uwagi i miłości w pierwszej opowieści. Rozpieszczona dziewczyna za pieniądze swojego ojca kupuje substytut jego miłości w postaci rajskiego ptaka. Samotność i brak przystosowania do życia w społeczeństwie widoczne są w drugiej opowieści. Jest to chyba najbardziej wzruszająca historia w całym tomie, w której, aktor, który odniósł w życiu tylko jeden sukces, odnajduje wreszcie szczęście. Mimo że historia zaczyna się tragicznie, kończy się szczęśliwie, choć jest to słodko-gorzki finał. Z punktu widzenia dramatu jest to zdecydowanie najlepsza historia tomu. Jednak epilog, który jest przemową Hrabiego D., stara się narzucić nam interpretację wydarzeń, która nie jest najwyższych lotów. Problem rodziców powtarzających te same błędy, który pojawia się w trzeciej historii, jest raczej nużący. Zmiana wieku bohaterki Alice w środku historii szkodzi, gdyż dużo bardziej przekonywująca byłaby rozpacz matki, gdyby chodziło o młodsze dziecko o nieco innej osobowości. Znów głównym bohaterem staje się Hrabia D., a jego klienci przedstawieni są jako idioci i tło, na którym Hrabia ma dobrze wypaść. Złamanie kontraktu jest niczym nie usprawiedliwione, gdy Hrabia ukazuje nam resztę historii. Jego wizerunkowi też to szkodzi, bo zamiast wznieść go ponad ludzkie ułomności, autorka postanowiła równać do dołu, upadlając jego klientów.

Czwarta historia jest najsłabsza z całego tomu. To do bólu przewidywalna opowieść detektywistyczna. Problem w tym, że autorka oprócz ofiary przedstawia nam tylko jednego statystę – który musi więc być sprawcą. Nie ma tam krzty zagadki. Facet wygląda na winnego, od momentu, w którym się pojawia, brak mu tylko czarnego kapelusza.

„Pet Shop…” jest słaby. Ma swoje momenty, ale nic więcej. Jest przeznaczony dla czytelników od 15 roku życia. Pod względem poziomu fabuły to o trzy lata za dużo. Niestety gwałtowność i brutalność niektórych scen nie pozwala obniżyć restrykcji wiekowych. Dla dojrzałego czytelnika będzie po prostu nudny. Plusem jest niewątpliwie cena – 20 złotych to niedużo. Tytuł zapewne zdobędzie grono oddanych fanów i fanek. Ja nie polecam.

Rafał Pośnik

„Pet Shop of Horrors, tom 1”
Tytuł oryginału: „Pet Shop of Horrors, Volume 1”
Scenariusz: Akino Matsuri
Rysunki: Akino Matsuri
Tłumaczenie: Agnieszka Budzich
Wydawca: Taiga
Data wydania: lipiec 2013
Wydawca oryginału: Ohzora Publishing Co.
Data wydania oryginału: 1995
Objętość: 196 stron
Format: A5
Oprawa: miękka w obwolucie
Papier: offsetowy
Druk: czarno-biały
Dystrybucja: księgarnie, Internet, sklepy branżowe
Cena: 19,99 zł