Nie śpię, bo naprawiam Internet

Nie śpię, bo naprawiam Internet

 

Spójrzmy prawdzie w oczy – poziom buractwa w Internecie jest niebezpiecznie wysoki. Anonimowość daje słodkie poczucie bezpieczeństwa, a wiadomo, kiedy rozum nie musi analizować, budzą się demony.

Internetowe demony są specyficzne, bo przypominają małe, poskręcane psie kupki, które ożywił nieostrożny czarodziej. Człowiek inteligentny będzie nimi zniesmaczony, ale nauczy się je omijać, zamiast co krok narzekać, że znowu w coś wdepnął. Po prostu – na trolle internetowe nie ma rady innej, niż je ignorować, grzecznie pogłaskać po głowie i robić swoje.

Jest jeszcze drugi gatunek trolli, chyba najgorszy z możliwych. To Strażnicy Internetu — użytkownicy tak zachłyśnięci swoją prawością, że nie potrafią zasnąć, gdy ktoś nie ma racji. Każdą kłótnię przeżywają jak wesele ulubionej cioci, która wyszła za mąż za brutala. Poruszają się stadami i jeśli tylko jeden zauważy nieprawość, skrzykuje resztę, by odstawiać literacki gangbang.

Piszę o tym, gdyż niedawno doświadczyłam tego na własnej skórze i ciągle nie mogę wyjść z podziwu, ile czasu i energii można poświęcić na agresywnym udowadnianiu komuś, że nie ma racji, bo w „blogosferze tak się nie mówi”.

Otóż niżej podpisana, po całotygodniowej walce z kiepskimi tekstami redaktorów, poprawianiu błędów merytorycznych i tworzeniu własnych artykułów, odpoczywa sobie, drąc na swoim blogu łacha z kiepskich opowiadanek znalezionych w sieci. Wiem, wiem, rzecz naganna, ale skoro ktoś umieszcza swoje wypocinki tam, gdzie każdy może je zobaczyć, powinien mieć choć odrobinę samokrytycyzmu. Bierzemy tylko stare teksty, licząc, że autor zdążył już nabrać dystansu do siebie i świata, a już do swojej twórczości na pewno.

No, ale dość usprawiedliwiania się – robię, bo robię. Niemniej ostatnio pojawił się nam na blogu komentarz wielce oburzonej pani, że ona nam już dwa razy wklejała linka do analizy tekstu, która jest o wiele lepsza niż nasza i generalnie jesteśmy żałosne, że nie chcemy się uczyć. Cóż, mamy dobrego antyspama, gdzie komentarze typu „a mój blogasek jest lepsiejszy, paczcie” wlatują od razu.

Niestety, panna nie była usatysfakcjonowana. Skrzyknęła koleżanki, które przez cały dzień komentowały nasz kompletny brak odporności na wiedzę, którą one chcą nas oświecić. We cztery nabiły ponad 600 wejść. Miotały się jak wesz na patelni, bo nie odpowiadałyśmy na ich komentarze w ciągu pięciu minut. I w dodatku nie miałyśmy zamiaru traktować ich serio.

A następnego dnia, przez bite 14 godzin, ponad 40 razy próbowały wkleić w komentarzu link do złośliwej „analizy” naszych niegodnych wypowiedzi. Robiły to tak często, że je system antyspamowy blokował już na starcie.

Ja w międzyczasie posprzątałam kuchnię, obejrzałam dwa filmy, zagrałam w „Final Fantasy X”, zrobiłam ciasto, nakarmiłam męża, umyłam okna i przeczytałam 200 stron książki. Zupełnie nie byłam świadoma, że moja skromna osoba wywołała tak koszmarną burzę. Czy tak czują się celebryci? Czy im też tak to totalnie zwisa?

Panie siedzą w temacie już parę lat. Mają własne forum. Prowadzą blogi oparte na analizie złych tekstów. Gdzieś tam im zaświtało, że są internetową elitą, która może dyktować innym, jak się powinny odbywać rzeczy w Internecie.

Problem w tym, że kiedy ktoś grzecznie powie „nie, dziękuję, zrobię to po swojemu”, tracą kompletnie grunt pod nogami, wyczekują przy monitorze ruchu drugiej strony, a zwyczajną obojętność rzekomego adwersarza odbierają jako potwarz.

Jakie przerażające jest to uwiązanie do wirtualnego życia, poczucia własnej wartości wyrażonego ilością „komci” i „lajków”. Siła, która znika wraz z utratą połączenia z siecią. Całe zagłębia forumowe, gdzie ludzie klepią się po pleckach za pomocą klawiatury i przesyłają buziaczki złożone z dwukropków i gwiazdek.

Założę się, że na żywo są to przesympatyczne dziewczyny, z tym złośliwym poczuciem humoru, które lubię. Inteligentne, szybkie i zabawne. Niestety, są absolutnymi kalekami emocjonalnymi – widać to po ich reakcjach na nasze milczenie, ich kompletny brak zrozumienia dla ironii, złość i frustrację, kiedy ktoś nie da się zagonić do kąta. Gdyby mogły, pomachałyby dyplomem z Internetu. Niestety, takich nie dają. I drugie niestety – to nie powstrzyma Strażników Internetu.

A nam nie pozostaje nic innego, tylko wzruszyć ramionami i dalej robić swoje. Być kontrowersyjnym, gdy trzeba, pokornym kiedy indziej. I przede wszystkim – traktować Internet jako narzędzie do UZUPEŁNIANIA siebie, a nie DEFINIOWANIA.

Joanna „Szyszka” P.-R.

,