Asteriks u Piktów

Kopia mistrzów


Popkulturowy rynek rządzi się żelaznymi prawami. Jeśli dana seria czy bohater ma oddanych wielbicieli, którzy niezmiennie gotowi są zakupić kolejny odcinek przygód swych wybrańców, to nic nie zdoła wstrzymać napływu nowych epizodów. Przykładem takiej właśnie kontynuacji, która wypływa zarówno z fanowskich roszczeń, jak i prostego rachunku ekonomicznego, jest najnowszy tom chyba najsłynniejszego europejskiego komiksu, czyli „Asteriks u Piktów”. Jest to jednocześnie pierwsza część sagi, nad którą bezpośredniej opieki nie sprawują już ojcowie małego Galla – Albert Uderzo i René Goscinny. Pałeczkę po mistrzach francuskiego komiksu przejmują tu Jean-Yves Ferri oraz Didier Conrad, którzy stają przed niełatwym zadaniem pójścia w ślady wyjątkowego autorskiego stylu swych poprzedników (szczególnie trudnemu wyzwaniu musiał tu podołać zwłaszcza Ferri, chcąc dorównać zmarłemu w 1977 roku Goscinnemu – autorowi niezapomnianych scenariuszy klasycznych „Asteriksów”).

Od razu należy przyznać, że nowi autorzy spisali się nadzwyczaj dobrze, chociażby próbując odwzorować dialogi i rysunki, które zawsze stanowiły element charakterystyczny duetu Goscinny–Uderzo. Przygotowana przez Ferriego historia oddaje ducha starszych odcinków, a przy okazji dopisuje kolejny fragment Asteriksowej epopei. Oto bowiem w pewnej malutkiej galijskiej wiosce, którą wszyscy znamy, pojawia się niecodzienny przybysz. W trakcie swej wędrówki po plaży w wyjątkowo mroźny dzień, mały wojownik Asteriks i jego przyjaciel Obeliks znajdują zahibernowanego w lodzie nieznanego osobnika ozdobionego tajemniczymi symbolami na ciele oraz dziwacznie ubranego. Przeniesiony do wioski hibernatus szybko wraca do siebie, nie mogąc niestety odzyskać głosu bez pomocy wywaru przygotowanego przez druida Panoramiksa. Przybysz, noszący swojsko brzmiące imię Mac Aronh, wyjaśnia Gallom, iż pochodzi z dalekiej Kaledonii (dzisiejszej Szkocji), a w swym położeniu znalazł się z winy przebiegłego Mac Rofagha – wodza konkurencyjnego klanu, który dąży do zjednoczenia wszystkich plemion Piktów pod swym dowództwem i przy asyście rzymskich legionów. Mac Aronh wyrusza w podróż powrotną do domu w asyście nieustraszonych Asteriksa i Obeliksa, chcących jak zwykle dać łupnia legionistom Juliusza Cezara, przepędzić jak zawsze pechowych piratów oraz skosztować lokalnych specjałów.

Ferri celnie odtworzył zatem najważniejsze, „kanoniczne” momenty, które muszą pojawić się w każdym zeszycie o przygodach Galów. Są kłótnie między Asteriksem i Obeliksem, są piraci, są „ci głupi Rzymianie” oraz celnie umieszczone nawiązania do współczesności i stereotypy powiązane z dzisiejszą Szkocją (łącznie z morskim potworem zwanym Estragonem – przodkiem potwora z Loch Ness). Autorzy doskonale posługują się także elementami obyczajowymi, również charakterystycznymi dla epoki Goscinnego i Uderzo, kiedy wprowadzają do historii wątek fascynacji, jaką wśród kobiet mieszkających w galijskiej wiosce budzą uroda i moda prezentowane przez Mac Aronha. Nie trzeba oczywiście długo czekać, aby Dobromina, Jelołsabmarina i ich koleżanki zaadaptowały piktyjską odzież na potrzeby swych mężów. Te oraz liczne pozostałe komediowe akcenty sprawiają, że „Asteriksa u Piktów” czyta się jak zawsze szybko i przyjemnie. Czytelnik nie ma właściwie wrażenia, że obcuje z komiksem przygotowanym przez duet inny niż ten, który wcześniej odpowiadał za sagę o Galach. Rysunki Conrada naśladują kreskę Uderzo w najdrobniejszych szczegółach, podobnie jak humor Ferriego wiernie podąża tropem Goscinnego.

I choć nie uznaję tego rodzaju naśladownictwa za coś niewłaściwego, zwłaszcza w przypadku serii tak rozpoznawalnej z powodu swojej konwencji jak Asteriks, to jednak w trakcie lektury wielokrotnie nachodziła mnie ochota na wyjście poza dobrze już znane schematy. Bo i owszem, „Asteriks u Piktów” to znakomicie odrobiona lekcja ze spuścizny Goscinnego i Uderzo, która jednak i tak ustępuje, bo ustąpić musi, dokonaniom wcześniejszego tandemu. Słowem – wszystko jest tu odpowiednio zabawne i pomysłowe, ale jednocześnie wszystko to już było i może czas na przekroczenie ściśle określonych granic? Dla fanów Asteriksa brzmieć to musi jak herezja, ale myślę, że z czasem miłośnicy serii przyzwyczają się do myśli, że wraz z nowymi autorami powinna ona podążyć w kierunku nowych pomysłów i rozwiązań, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. Nie proponuję zatem, aby w kolejnym zeszycie wysłać Galów w kosmos (zwłaszcza że kosmici nawiedzili już wioskę Asteriksa w tomie 33), ale być może warto pozostawić twórcom trochę więcej swobody i pozwolić im na drobne eksperymenty? To jednak rozważania na inną okazję, nie wpływające zasadniczo na ocenę albumu 35 autorstwa Ferriego i Conrada. To po mistrzowsku przygotowana kopia najlepszych pomysłów z całej serii – nic więcej i nic mniej.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Tomasz Żaglewski

“Asteriks u Piktów”
Tytuł oryginału: Astérix chez les Pictes
Scenariusz: Jean-Yves Ferri
Rysunki: Didier Conrad
Kolory: Thierry Mébarki, Maurielle Leroi, Raphael Delerue
Tłumaczenie: Marek Puszczewicz
Objętość: 48 stron
Format: 215 × 290 mm
Wydanie: I
Data wydania: 2013
Wydawca: Egmont
Cena: 19,99 zł