Tajfun. Nowe reguły gry

Co dalej, Wicherku? – recenzja komiksu „Tajfun. Nowe reguły gry” Łukasza Chmielewskiego i Tadeusza Raczkiewicza

222x300

Tajfun, specjalista do spraw niemożliwych na usługach Kosmicznej Agencji Wywiadowczej NINO powraca w historii, która „wstrząśnie klasycznym status quo”. To przynajmniej zapowiada opis na okładce oraz tytuł najnowszego albumu z przygodami wąsatego zawadiaki – „Nowe reguły gry”. Po sześciu samodzielnie napisanych opowieściach o nieustraszonym agencie specjalnym (dwie z nich wydano w jednym albumie), Tadeusz Raczkiewicz, zawsze zresztą zdecydowanie zręczniejszy w rysowaniu niż pisaniu, zdecydował się oddać scenariuszowe stery w ręce Łukasza Chmielewskiego, z którym współpracował już przy dwóch nowelkach z poprzedniego tomu. Nowy scenarzysta w swojej pierwszej pełnometrażowej historii o Tajfunie postanawia postawić świat blond herosa (i zarazem cały skolonizowany przez ludzi Wszechświat końca XXI wieku) na głowie, decydując się na zmiany tak wstrząsające, jak to tylko możliwe.

Już od pierwszej przygody nieustraszonego kosmicznego detektywa, czyli „Zagadki układu C-2”, działania Tajfuna, jego uroczych współpracowniczek i w ogóle całej agencji NINO doprowadzały, poza zapewnianiem ogólnie pojętego bezpieczeństwa Federacji Planet, do demaskowania spisków i machlojek na samych szczytach władzy. W zakończeniu „Afery Bradleya” tajemniczy szef agencji mówi wprost o „kołowrotku na fotelach prezydentów, ministrów”, jaki wywołają działania organizacji. Nie chcę posądzać Raczkiewicza (który wielokrotnie podkreślał, iż seria o Tajfunie ma się składać wyłącznie z pełnokrwistych komiksów akcji i to wątki sensacyjne zawsze są w nich najistotniejsze) o przemycanie treści politycznych, niemniej publikacja w roku 1984 historii, gdzie kolaborujący z obcą, planującą podbój Wszechświata rasą prezydent zostaje osądzony i skazany musiała dawać czytelnikom sporo do myślenia. Agencja NINO zawsze była wszechmocna, nieugięta i sprawiedliwa. Reprezentowana niemal wyłącznie przez ubranego w elegancki garnitur szefa wiecznie palącego grube cygara, wymierzała słuszne kary niezależnie od stopnia czy funkcji sprawowanej przez zbrodniarza. Tym razem jednak wszystko się zmienia. W „Nowych regułach gry” na pierwszy plan wysuwa się nie pretekstowy konflikt – zaledwie zarysowana przez Chmielewskiego rebelia na planecie Hava’na’cooba (skoro już mówimy o politycznych odniesieniach) – ale wewnętrzne rozgrywki w samej, dotychczas doskonale jednolitej organizacji, przymykającej oko na naruszenia regulaminowych procedur przez zapalczywego Tajfuna i jego przyjaciółki. Gwałtowne przesortowania w strukturach agencji, jej nagłe poddaństwo wobec niedookreślonej „góry” (w skład której, zgodnie z tradycją cyklu, wchodzą zarówno przedstawiciele elit rządzących, jak i szare eminencje przestępczego półświatka), a przede wszystkim niejasne (i nie do końca legalne) interesy Tajnej Służby wypełniają fabularnie największą część najnowszego albumu. To bez wątpienia powiew świeżości w niezmiennym świecie Tajfuna i zdecydowanie najlepszy pomysł Chmielewskiego na debiut we flagowej serii Raczkiewicza. Niestety, na całej linii zawiodło wykonanie.

Z niewiadomych powodów Chmielewski usiłuje w swoim scenariuszu – zwłaszcza w warstwie dialogowej – naśladować styl Raczkiewicza, decydując się na prowadzenie narracji w stylu sprzed kilku dekad. Być może nowy autor usiłuje zachować klimat serii i nie odcinać się od jego PRL-owskich korzeni, niemniej efekt jest dla lektury druzgocący. Zawodzi także układ stron – obok zdecydowanie przeładowanych tekstem, klaustrofobicznie ciasnych kadrów z gadającymi głowami pojawiają się ziejące pustką panele „akcji”. Doskonałą ilustracją tej tendencji jest zajmujący dwie trzecie strony rysunek Tajfuna walczącego wręcz z kilkoma przeciwnikami naraz… na całkowicie białym tle. Znany z poprzednich historii dynamizm graficzny absolutnie wyparował. Postaci są nieznośnie sztywne, pozy nienaturalne, a anatomia zawodzi na całej linii. Niemal autoironicznym komentarzem staje się kanciasta zbroja, jaką wdziewa Tajfun w najbardziej sensacyjnej sekwencji albumu. Mistrz sztuk walki dokonuje swoich śmiałych czynów w klockowatym, żelaznym kombinezonie.

Podstawowym grzechem i Raczkiewicza, i Chmielewskiego jest niedbalstwo. Trudno nie zauważyć, że pierwsze trzy strony albumu są wykonane inną techniką niż cała reszta. Zmiana następuje absolutnie niespodziewanie, w środku sceny. Dymki dialogowe są pełne błędów stylistycznych, znaki przestankowe to zjawiają się w nadmiarze, to znikają w ogóle. Wspomniane już błędy anatomiczne, widoczne zresztą nawet na wyjątkowo kiepskiej okładce (chyba najgorszej w całej serii) mogą odstraszyć nawet najbardziej zagorzałych fanów awanturnika z wąsem. Dobry pomysł scenarzysty grzęźnie w dialogowych mieliznach i blokach tekstu, wciskanych między długie i niepotrzebne sekwencje „sensacyjne”, które (poza jednym wyjątkiem) nie wnoszą nic do fabuły.

Gdy odsunięty od obowiązków służbowych i skazany na papierkową robotę Tajfun odbiera telefon od jednej ze swoich partnerek, słyszy w słuchawce ironiczne pytanie „I co Wicherku?” (pisownia oryginalna). Złośliwa uwaga Maar doskonale podsumowuje współczesną komiksową kondycję zarówno samego bohatera, jak i poświęconego mu cyklu – skapcaniałego i pozbawionego werwy, jedynie powierzchownie przypominającego siebie z dawnych lat. I stanowczo zbyt mocno tkwiącego w PRL-u.

Dziękujemy wydawnictwu Ongrys za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Rafał Kołsut

Tajfun. Nowe reguły gry
Wydawnictwo: Ongrys
Liczba stron: 48
Format: 215×290 mm
Oprawa: miękka
Papier: offsetowy
Druk: kolor
ISBN-13: 978-83-61596-37-0
Wydanie: I
Cena z okładki: 35 zł