Gaiman w 2000 A.D.

Gaiman AD

Dość powszechnie uważa się album „Violent Cases” („Drastyczne przypadki”) za komiksowy debiut Neila Gaimana. Nie jest to do końca prawda; owszem, zrealizowana we współpracy z Dave’em McKeanem powieść graficzna jest pierwszą oddzielną publikacją tego scenarzysty, jednak rok wcześniej jego komiksy przeczytać można było w magazynie „2000 AD”. Warto dziś, z perspektywy dwudziestopięcioletniej kariery Brytyjczyka, wrócić do tych pierwszych, młodzieńczych prób, aby poszukać w nich zapowiedzi przyszłych arcydzieł.

Brytyjski tygodnik „2000 AD” to żywa legenda europejskiego komiksu, która w trakcie trzydziestu pięciu lat swojej historii wykreowała takich bohaterów jak Sędzia Dredd, Slaine, Strontium Dog czy Rogue Trooper. Przez ponad dwa tysiące numerów na łamach magazynu pojawiło się kilkadziesiąt przyszłych gwiazd światowego komiksu, w tym niemal wszyscy uczestnicy słynnej brytyjskiej inwazji z lat 80. (m.in. scenarzyści: Alan Moore, Alan Grant, Garth Ennis, Grant Morrison, Mark Millar, Peter Milligan, Pat Mills, Dan Abnett; rysownicy: Simon Bisley, Dave Gibbons, Brian Bolland, Steve Dillon, Jock, Cam Kennedy, Kevin O’Neill, Bryan Talbot).

W 1986 r. magazyn był w samym środku swojego najlepszego okresu. Numer 488 z 20 września witał czytelników okładką autorstwa Brendana McCarthy’ego, prezentującą w efektownej pozie Sędziego Dredda wraz z towarzyszem broni. Największym wydarzeniem numeru było zakończenie historii „Judge Dredd in Atlantis” oraz kolorowa rozkładówka z epizodem komiksu „Metalzoic” Pata Millsa i Kevina O’Neilla (magazyn był wówczas czarno-biały, z wyjątkiem przedniej i tylnej okładki i, okazjonalnie, wspomnianej rozkładówki). Pośród tych atrakcji łatwo było przeoczyć (jak się później okazało) największe wydarzenie – pierwszy komiks Gaimana, zatytułowany „You’re Never Alone with a Phone!”.

Czteroipółstronicowa nowelka (pół ostatniej strony zajmuje reklama kolejnego numeru) należy do cyklu „Tharg’s Future-Shocks”, czyli największej obok Sędziego Dredda ikony magazynu (obie serie jako jedyne obecne są od pierwszego numeru). Cykl składa się z krótkich opowieści niesamowitych, zwykle zakończonych nieoczekiwanym zwrotem. Wśród stałych scenarzystów serii znalazły się niemal wszystkie gwiazdy magazynu z Alanem Moore’em, Alanem Grantem, Peterem Milliganem, Grantem Morrisonem czy Steve’em Moore’em na czele.

„You’re Never Alone with a Phone!” to krótki wykład o narzędziach komunikacji międzyludzkiej, poczynając od używanych przez pierwotne ludy kamiennych bębnów czy znaków dymnych, a kończąc na listach. Wszelkie nośniki zostają wyparte we współczesności przez telefony, jednak ludzkie dążenie do ułatwiania sobie życia nie pozwala spocząć na laurach i w efekcie przyczynia się do wynalezienia inteligentnych telefonów, które nie tylko dzwonią, ale też szukają numerów telefonów, wysyłają wiadomości, a w razie potrzeby nawet „wymyślają wymówki i krzyczą za ciebie na operatora”. Niestety wynalazcy nie przewidzieli, że inteligentne telefony, zamiast służyć ludziom, będą wolały rozmawiać same ze sobą, co w konsekwencji doprowadzi do komunikacyjnego paraliżu. Jedynym ratunkiem dla ludzkości jest wyłączenie telefonów i powrót do znanych od wieku form komunikacji, czyli kamiennych bębnów, znaków dymnych i listów.

Choć nowelka utrzymana jest w satyrycznym tonie, to Gaiman całkiem serio pokazuje w niej konsekwencje telekomunikacyjnego rozwoju: coraz łatwiejsza inwigilacja, przeładowanie informacyjne i uwiąd relacji międzyludzkich. Warto zauważyć, że Gaiman bardzo trafnie przewidział tutaj dotykające nas obecnie problemy, a przecież komiks pochodzi z czasów, gdy o współczesnej telefonii komórkowej nikt jeszcze nie słyszał i nikomu nie śniło się nawet powstanie wielofunkcyjnych, elektronicznych kombajnów, którymi obecnie się posługujemy. Gaiman wykazuje się tu sporą erudycją, zrozumieniem ludzkiej natury i znajomością mechanizmów cywilizacji, co tak bardzo przyda mu się już niedługo podczas tworzenia „Sandmana”.

Kolejny numer magazynu przynosi następną, tym razem dwustronicową opowiastkę Gaimana, „Conversation Piece!”. Komiks rozpoczyna przybliżający się obraz planety. W pewnym momencie możemy rozpoznać charakterystyczne dla ludzkiej cywilizacji budowle. Obrazom towarzyszy prowadzony z offu dialog dwóch postaci, komentujący rozwój „homunculi”, czyli istot zamieszkujących obserwowaną planetę. Jak możemy wywnioskować, jeden z rozmówców stworzył tę planetę i zamierza właśnie zniszczyć zamieszkujący ją gatunek, gdyż jeśli się tego nie zrobi w odpowiednim momencie, „homuncule” doprowadzają ją do destrukcji. W tym momencie planetą targa gigantyczna eksplozja, unicestwiając wszelkie życie. Postacie ustalają, że wykreowana zostanie nowa planeta, co zajmie dwa miliony lat, czyli w sam raz czas na filiżankę kawy…

Sednem pomysłu Gaimana jest w tym przypadku spojrzenie na ludzkość z nowej, boskiej perspektywy. Wynikiem tego jest zaobserwowanie cywilizacji jako pewnego, nieuchronnie zmierzającego do zagłady cyklu oraz dostrzeżenie destrukcyjnej natury człowieka. Jednocześnie ludzie w tym komiksie jawią się jako zabawki w rękach bogów, którzy sterują ich losami według własnego widzimisię. Zauważmy, że koncept ten Gaiman rozwinął na ogromną skalę w „Sandmanie”.

Na kolejny komiks brytyjskiego pisarza na łamach magazynu trzeba było poczekać niemal rok, do 22 sierpnia 1987 r. Pojawienie się Gaimana ponownie zostało jednak przyćmione znacznie głośniejszym wydarzeniem, mianowicie startem z wielką pompą nowej serii zatytułowanej „Zenith”. Jak się okazało, redakcja „2000 AD” słusznie wiązała z tym komiksem duże nadzieje: seria stała się przebojem i doczekała aż trzech kontynuacji, zaś dla scenarzysty Granta Morrisona okazała się trampoliną do wielkiej kariery na amerykańskim rynku.

Głównym bohaterem komiksu Neila Gaimana, zatytułowanego „I’m a Believer”, jest Harry Peterson, mechanik komputerowy w nieokreślonej przyszłości. Historia rozpoczyna się w momencie, gdy Harry natrafia w swojej pracy na nieoczekiwany problem: komputer nie chce działać, mimo że jest w pełni sprawny. Zastanawiając się nad rozwiązaniem tej zagadki, Harry odkrywa wielką tajemnicę: urządzenia działają, ponieważ wierzymy, że działają. Wkrótce dochodzi też do wniosku, że cały wszechświat i wszystkie siły nim rządzące funkcjonują dzięki ludzkiej wierze.

Kwestia kreacyjnej potęgi myśli, wiary i wyobraźni należy do najważniejszych wątków twórczości Neila Gaimana, a także stanowi jeden z kluczowych, konstytutywnych elementów mitologii „Sandmana”. „I’m a Believer”, choć nieco naciągany, zdaje się być czymś w rodzaju wprawki, zabawy tym pomysłem.

Ostatni komiks Gaimana z serii „Tharg’s Future-Shocks” to zarazem jego najlepsze dzieło na łamach magazynu „2000 AD”. Głównym jego atutem jest znakomity pomysł wyjściowy: oto do psychiatry przyszłości zgłasza się Alvin Puddle. Alvin jest poczytnym pisarzem, ale nikt tego nie wie, bowiem ceniący sobie prywatność autor publikuje pod kilkoma pseudonimami: jeden pseudonim firmuje jego romanse, kolejny powieści sensacyjne, inne komedie czy dramaty. Problem pojawia się w momencie, gdy alter ego autora zaczynają sie wymykać spod kontroli i przeszkadzać sobie nawzajem w pisaniu, tworząc gatunkowy chaos. Jedynym ratunkiem okazuje się wydobycie alternatywnych osobowości z umysłu Puddle’a i przeniesienie ich do specjalnie przygotowanych ciał. Zabieg kończy się powodzeniem, ale tylko pozornie, gdyż uwolniony od swoich alter ego autor cierpi na… blokadę twórczą, którą przełamie dopiero wymyślenie nowego pseudonimu…

Wizja owładniętego różnymi wcieleniami pisarza intryguje sama w sobie, jednak w komiksie autorstwa multiartysty Gaimana nabiera wyjątkowego znaczenia. Pisarz, scenarzysta komiksowy, dziennikarz, filmowiec, autor słuchowisk i sztuk teatralnych – różnorodność tworzywa i tematyki może zaiste przyprawić o zawrót głowy i obawy, czy wszystkie artystyczne wcielenia nie zaczną się mieszać. W tym kontekście Alvin sam jawi się jako alter ego, brytyjskiego twórcy oczywiście. Zresztą na autoironiczny charakter komiksu wskazuje fakt, iż został on podpisany „Neil Gaiman aka Gerry Musgrave aka Richard Gray aka W.C. Gull” – są to wszystko autentyczne pseudonimy, których Gaiman używał, publikując w latach 80. różnego typu teksty w prasie brytyjskiej. Dodajmy, że wątek tożsamości artysty i jego relacji do rzeczywistości także pojawi się wkrótce w „Sandmanie”.

Dorobek Gaimana w magazynie „2000 AD” to ledwie 19 stron, czyli mniej niż nawet jeden standardowy amerykański zeszyt, warto jednak o nim nie zapominać. Oczywiście nadużyciem byłoby twierdzenie, że te pierwsze komiksy jakoś ukształtowały jego scenopisarski warsztat, czy też że bez nich nie powstałoby opus magnum Gaimana, czyli „Sandman”. Warto jednak przekonać się, jak pewne idee kiełkowały wówczas w jego umyśle, aby już wkrótce przeobrazić się w monumentalne arcydzieło.

Michał Siromski

Bibliografia komiksów Neila Gaimana na łamach “2000 AD”:
Prog. 488 (1986 r.): “Tharg’s Future-Shocks: You’re never alone with a phone!” (rys. John Hicklenton)
Prog. 489 (1986 r.): “Tharg’s Future-Shocks: Conversation Piece!” (rys. David Wyatt)
Prog. 536 (1987 r.): “Tharg’s Future-Shocks: I’m a Believer” (rys. Massimo Belardinelli)
Prog. 538 (1987 r.): “Tharg’s Future-Shocks: What’s in a Name?” (rys. Steve Yeowell)

Polecane przez KZ wydanie zbiorcze:
“The Best of Tharg’s Future Shocks” (Rebellion/2000 AD, 2008, 160 stron)
“All-Star Future Shocks” (2000 AD, 2013, 192 strony)