Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 3 – recenzja gry

NARUTO SHIPPUDEN: ULTIMATE NINJA STORM 3

„Naruto”, manga Masashiego Kishimoto, od piętnastu lat znajduje się w czołówce najpopularniejszych opowieści obrazkowych na wszystkich możliwych rynkach. Przygody jasnowłosego dzieciaka dzielącego ciało z dziewięcioogoniastym demonem, już dawno przebiły swoim zasięgiem nawet klasyczne przygody Goku i jego kosmicznej paczki z „Dragon Ball”. Mimo, że od dłuższego czasu fani narzekają na sinusoidalny poziom nowych fabuł, to potężna maszyna do robienia pieniędzy nie zatrzymuje się ani na chwilę.

Wszystko musi się jednak kiedyś skończyć, dlatego japoński artysta zapowiedział finał swojego największego dzieła, mający nastąpić w przeciągu kilku najbliższych miesięcy. Sama marka przez dłuższy czas powinna jednak poradzić sobie bez swojego źródła, gdyż stoją za nią tysiące gadżetów, odcinków anime, animowanych filmów pełnometrażowych czy gier. Z tej ostatniej grupy bardzo dobrze radzi sobie seria „Ultimate Ninja” (debiutująca sześć lat temu), której najnowsza odsłona – „Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 3” – pojawiła się w zeszłym roku na PlayStation 3, Xbox 360 oraz PC.

Twórcy z CyberConnect2 podeszli do swojej pracy z wyjątkowym zaangażowaniem, gdyż postanowili zapytać fanów, co ci chcieliby zobaczyć w najnowszej odsłonie interaktywnych przygód Naruto. I widać, że wzięli sobie ich uwagi do serca, ponieważ gra jest jedną z najlepszych wirtualnych bijatyk, jakie kiedykolwiek zagościły na ekranach telewizorów.

Jeszcze przed uruchomieniem menu wita nas niesamowicie dynamiczna czołówka, a następnie, gdy zaczynamy badać opcje gry, uszy koi uspokajająca muzyka: która zresztą przez cały czas zabawy serwuje nam przyjemne, orientalne dźwięki. Najważniejszą formą zabawy – przynajmniej na pierwszy rzut oka – jest tryb fabularny. Historia zaczyna się na dosyć późnym etapie mangi (kontynuując zakończenie „Ultimate Ninja Storm 2”), chwilę przed wybuchem Czwartej Światowej Wojny Shinobi. Twórcy jednak umiejętnie wprowadzają nawet nieopierzonego czytelnika w świat ninja. Oczywiście jest to w głównej mierze produkt skierowany dla fanów i to oni będą czerpać największą radość ze śledzenia fabuły. A ta skrojona jest naprawdę dobrze, w typowo japoński sposób, gdzie niektóre przerywniki potrafią trwać nawet kilkanaście minut. Mimo, że narracja jest wypełniona w pewnym stopniu typowymi bolączkami animowanej wersji (niektóre dialogi oraz monologi są zbyt przeciągnięte, a patos czasami tryska niczym z fontanny), to i tak jest naprawdę nieźle podkręcona, dzięki czemu cała opowieść bardzo mocno angażuje – szkoda tylko, że niektóre poboczne wątki powinięto, nawet, jeśli nie mają one wpływu na przygodnych graczy. Dopiero pod koniec wydarzenia rozjeżdżają się dosyć mocno z mangą i gra serwuje nam alternatywne oraz pośpieszne zakończenie całości. Ale innego wyjścia w tym wypadku po prostu nie było.

Po wątku fabularnym możemy również odwiedzić tryb wyzwań, których jest naprawdę sporo. Są to walki wybranymi przez nas zawodnikami, które opierają się na pewnych zmiennych elementach (przeciwnik ma więcej życia, nie możemy blokować, ataki specjalne są silniejsze itp.). Po wygranych walkach zostajemy oceniani, zyskujemy obowiązującą walutę i odblokujemy część specyficznego obrazka. Przejście do kolejnego poziomu zwiększa poziom trudności oraz podkręca zabawę, co wymiernie przedłuża żywotność gry – a za zdobyte pieniądze (w trybie fabularnym, wyzwaniach oraz grze on-line) możemy kupić pełno różnych gadżetów do upiększania swojego konta oraz odblokować nowe postacie, w tym tak unikalne jak dwóch pierwszych Hokage czy pełna pula Jinchuriki. Ostatnią opcją, która w pewien sposób unieśmiertelnia grę, jest tryb tłuczenia się przez sieć, który stanowi naprawdę spore wyzwanie i sprawia, że z przyjemnością chcemy osiągnąć perfekcję w operowaniem wybranym zawodnikiem. Mój Shikamaru, po prawie 30 godzinach gry, nadal potrafi dostać nieludzkie baty.

Na przyjemność płynącą z walk – tak z komputerem, jak i żywym przeciwnikiem – ma wpływ świetna mechanika walki. Naprawdę ciężko wytrzymać na arenie, gdy klika się bezcelowo w przyciski. Mamy do czynienia ze złożoną strategią, gdzie równie ważne co silne ciosy są umiejętne bloki, dokładne wykorzystywanie ataków specjalnych, przemyślane ładowanie czakry oraz wykorzystywanie dostępnych pomocników (możemy przywoływać dwóch w czasie walki, którzy zaatakują, zablokują przeciwnika lub wybiorą opcję neutralną). Czasami można odwrócić wynik walki, znajdując się na skraju paska życia.

W grze dostajemy grywalne 83 postacie (plus Kabuto, w lekko upiększonej wersji „Full Burst”). Mimo tego, że liczba jest trochę przekłamana, ponieważ część bohaterów to po prostu wersje z pierwszej części serii przed przeskokiem czasowym (chociaż i oni mają inne style walki niż ich starsze odpowiedniki), to i tak programiści wykonali kawał tytanicznej pracy. Każdy z herosów oraz łotrów ma swój unikalny zakres ciosów, ataki specjalne (dwa, w przeciwieństwie do trzech z poprzedniej części, które jednak nadal są niesamowicie widowiskowe), a nawet mogą wchodzić w unikalne tryby przemiany, po naładowaniu odpowiednich pasków (np. Asuma zyskuje quasi-katany z czakry, Kimimaro aktywuje demoniczną pieczęć, a Rock Lee otwiera bramy). Nawet zwykły rzut kunai potrafi być unikalny dla różnych postaci, a nawet możemy naładować go czakrą (lub wykorzystać specjalne przedmioty, w które można zaopatrzyć się w sklepie). Zakres sposobów ataku oraz interakcja z pomocnikami podczas starć są naprawdę niezwykłe. Każda z postaci mogłaby spokojnie uciągnąć swoją solową grę.

Ciekawie urozmaicono również bojowy tryb fabularny, gdzie oprócz arenowych pojedynków czeka na nas przypominające serię “Devil May Cry” sieczenie zastępów wrogów (których możemy niszczyć w prawdziwym balecie śmierci, jeśli w przemyślany sposób naciskamy odpowiednie przyciski), wizualnie prześliczne oraz niezwykle dynamiczne quick time eventy czy takie ciekawostki, jak np. walki gigantycznych bohaterów. Nie można się tu nudzić ani na chwilę.

Strona graficzna gry to natomiast bardzo dobry cel-shading. Postacie wyglądają dokładnie tak jak ich odpowiedniki z mangi, odznaczają się świetną mimiką, a także płynnością ruchów. Każda walka wygląda niczym odcinek anime – a nawet lepiej, gdyż animatorzy z CyberConnect2 wykonali dużo lepszą pracę niż odpowiedzialni za kreskówkową wersję ludzie ze studia Pierrot, którym zdarzają się czasami kardynalne błędy. Gra jest prześliczna, kolory żywe, tła cieszą oko szczegółowością, a ataki są spektakularne. To zdecydowanie jedna z najładniejszych produkcji, jakie widziałem w zeszłym roku.

Nie lubię przesadnego żerowania na znanych markach, ale przed „Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 3” muszę nisko pochylić głowę. To naprawdę przemyślany gadżet, który pozwoli dobrze bawić się wielbicielom wymagających bijatyk, a dla fanów stanowić będzie idealną możliwość dosadnego obcowania z faworyzowanym światem. Naruto już dawno nie był tak przepełniony czakrą.

PS. Pod koniec 2013 roku gra ukazała się ponownie, z dopiskiem „Full Burst” i była premierowym wydaniem gry na PC. To lekko upiększona podstawka, dopakowana oficjalnymi DLC, które dodają króciutką poboczną misję fabularną, postać Kabuto oraz dziwaczne kostiumy alternatywne.

Polskiemu dystrybutorowi Cenega Poland dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Radosław Pisula

Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 3
Platformy: PlayStation 3, Xbox 360, PC
Producent: CyberConnect2
Wydawca: Bandai Namco Games
Wydawca polski: Cenega Poland
Światowa data premiery: 5 marca 2013
Polska data premiery: 8 marca 2013
Język: angielski/japoński
Tryb gry: single / multiplayer

, ,