Recenzja: Kick-Ass 3

1Hollywood już dawno temu pożarło Marka Millara. Ciężko powiedzieć, że jeszcze tworzy opowieści obrazkowe – w większym stopniu jest to po prostu sprzedaż pomysłów producentom filmowym, czego dobitnym przykładem jest okrutnie przystopowana seria „Jupiter’s Legacy”, chociaż już dawno zapowiedziana została jej wielkoekranowa wersja i… komiksowy spin-off. W całym tym szaleńczym pędzie (zaraz premierę będzie miał „Kingsman: Tajne służby”) pozostał jeden tytuł, w stosunku do którego szkocki scenarzysta ma jeszcze spore pokłady rodzicielskiej miłości.

„Kick-Ass”, będący na początku wariacją na temat odwiecznego pytania czytelników komiksów superbohaterskich: „czemu nikt jeszcze nie biega po ulicach w rajtuzach, obijając pyski przestępców”, wyewoluowało w błyskotliwą opowieść o dorastaniu w świecie przesiąkniętym popkulturą, gdzie wszelkie wartości wypływają z seansów azjatyckiego heroic bloodshed oraz przygód Batmana. Wyraźnie widać, że pierwszy tom był skończoną historią, a jego kontynuacje to już zmieniający się dynamicznie pomysł, będący rubaszną zabawą, przywołującą na myśl najbardziej szalone (arcy)dzieła kina exploitation. Trzeba jednak przyznać, że nawet pod toną flaków i pokruszonych szczęk, Millarowi udało się dokonać bardzo zgrabnej wiwisekcji współczesnego komiksu superbohaterskiego, podlanej tęsknotą za klasycznym etosem nadludzi z kwadratowymi szczekami.

3

Nie da się ukryć, iż w komiksach zebranych w poprzednim tomie wydanym przez Muchę („Kick-Ass 2” oraz „Hit-Girl”) postać Dave’a Lizewskiego i jej problemy zeszły gdzieś na dalszy plan. Osią fabularną był rozwój i funkcjonowanie społeczności superbohaterskiej, starcie zorganizowanych drużyn „tych dobrych” i „tych złych” oraz zgrabnie rozwijana postać małoletniej Mindy McCready, która wprost kipiała charyzmą i wyraźnie widać, że to ona miała pierwotnie stać w świetle reflektorów (wstępny pomysł całego projektu nosił zresztą nazwę „Big Daddy & Hit-Girl”). W finałowej historii Szkot postanowił jednak wrócić do zamaskowanego chłopaka i doprowadzić do końca jego mityczną podróż.

Po bitwie o Nowy Jork wszystko wydaje się wracać do normy. Mafijne rodziny są w rozsypce, pokiereszowany Red Mist leży w szpitalu, superbohaterowie zebrani w zwarte (chociaż dysfunkcjonalne) kolektywy patrolują ulice, a Mindy siedzi w więzieniu. Spotykamy Dave’a ponownie, gdy razem ze znajomymi mścicielami pokracznie próbuje odbić McCready z pudła. Kolejne odwlekane i nieudolne próby coraz bardziej podkreślają nieprzygotowanie domorosłych stróżów prawa, którzy tak naprawdę potrafią jedynie pozować przy grobach bliskich, naśladując cierpiętniczego Bruce’a Wayne’a. Rozleniwiona banda młokosów nie wie jednak, że mafijny tron nie znosi pustki i zaraz usadowi się na nim Rocco Genovese – wygnaniec i najbardziej bezlitosny przedstawiciel potężnego rodu, który ma prosty pomysł na posprzątanie ulic i zaprowadzenie nowego porządku: zamordowanie każdej zamaskowanej osoby. W swoich planach nie brał jednak pod uwagę Mindy, która postanawia zakończyć miejski terror raz na zawsze. Drogi wszystkich postaci przetną się w wybuchowym finale, który ukróci egzystencję którejś ze stron konfliktu.

„Kick-Ass 3” jest zaskakująco przemyślanym domknięciem serii i po dosyć niemrawym sequelu popycha postacie w interesujących kierunkach. Wszystkie poprzednie wydarzenia mają sensowne konsekwencje i nawet wyjęcie z kapelusza Rocco (zjawiskowo przerysowany, przypominający złoczyńcę z serii o Bondzie; pasujący jednak do krwawej konwencji) ostatecznie wydatnie urozmaica blockbusterowe zakończenie. Starcie dobra ze złem w takiej formie umiejętnie balansuje na granicy klasycznej superbohaterszczyzny i lekkiej dekonstrukcji gatunku, podsumowując finalnie wieloletnią przygodę czytelnika z Lizewskim, czego ukoronowaniem są fenomenalne „napisy końcowe” i rozpropagowana przez Marvel Studios „scena po napisach” (świetnie podkreślająca nieustanną powtarzalność schematów, które tak lubimy).

2

Wpływa to również na wyraźną filmowość całości, kultywowaną przez Millara już od czasów „The Ultimates”. Akcja jest niezwykle dynamiczna, dialogi szybkie, kąśliwe, niewytracające z rytmu opowieści oraz podporządkowane działaniom bohaterów, a krew tryska w dokładnie wykalkulowanych momentach, przez co przyjmujemy prezentowaną groteskę bez zająknięcia. To nigdy nie był komiks o tym „co by było, gdyby ktoś włożył na siebie kolorowy spandeks”, gdyż problemy postaci są przerysowane, tragedie wzięte w nawias konwencji, a brutalizacja wydarzeń ma po prostu sterować naszymi emocjami w oczywisty sposób. To komiks ukomiksowiony i pozbawiona hamulców zabawa treścią. Jeśli ktoś ma stracić głowę, bo przyklaśnie temu czytelnik, to na pewno ją straci. Millar wie, czego oczekuje nasze wewnętrzne dziecko i pozwala nam uczestniczyć w swojej fantazji. Widać zresztą wyraźnie, że przyzwyczaił się do tych postaci (szczególnie Mindy, której nawet Batman by się nisko kłaniał) i chce się z nimi godnie pożegnać. Całość wymiernie wspierają także rysunki Johna Romity Jr’a, którego się lubi albo nie. Można narzekać na kanciastość postaci, ciężko jednak nie pochwalić zjawiskowej dynamiki scen akcji. Mało który artysta potrafi narysować cios z taką siłą, że czytelnika fizycznie boli szczęka. Dodając do tego hektolitry wylewanej posoki i absurdalne sposoby rozczłonkowywania ciał, trzeba przyznać, iż taki obrazkowy grand guignol spełnia swoje zadanie i potrafi cieszyć oko.

„Kick-Ass” to finalnie udany projekt, będący krwistą laurką dla komiksu superbohaterskiego, który warto posiadać w całości. Sam złapałem się na tym, że wszystkie tomy przeczytałem po trzy razy, mimo iż nigdy nie byłem zbytnio przywiązany do Lizewskiego. Hit-Girl za to na pewno stała się już w jakimś stopniu ikoną specyficznej ery komiksowej, tyglem elementów, które tak bardzo przyciągają nas do siebie w popkulturze – widowiskowych strzelanin, ultrabłyskotliwych planów, stratosferycznej charyzmy, westernowego kodeksu moralnego i pragnienia, aby to ci dobrzy zawsze wygrywali. Całość stanowi solidny współczesny mit, który na pewno spodobałby się Josephowi Campbellowi i chociaż nie jest arcydziełem, to zapewnia niegłupią zabawę. Szczególnie gdy wychowaliście się na pelerynach. Będę tęsknił za tą dziwną bandą i na pewno kiedyś pozwolę skonsumować „Kick-Assa” swoim potomkom. Oczywiście jeśli zaliczą wcześniej donnerowskiego „Supermana” i filmy ze Schwarzeneggerem.

PS. Polecam dokładnie przeanalizować jedną z sekwencji “szpitalnych”, która może diametralnie zmienić odbiór całej historii.

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Wydawnictwo: Mucha Comics
Tłumaczenie: Robert Lipski
Tytuł oryginalny: “Kick-Ass 3”
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Data wydania: 12.2014

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *