„ORIGIN II” – Recenzja

 „ORIGIN II

okladka-600

Jest najlepszy w tym, co robi, a to, co robi, nie jest specjalnie miłe – Broń X, Rosomak, Logan, James Howlett; samuraj, zabójca i wreszcie opiekun młodych mutantów. Czy o postaci, o której pozornie opowiedziano już wszystko, co było do opowiedzenia, można stworzyć jeszcze ciekawą historię?

Kiedy w 2000 roku pierwszy film o mutantach w reżyserii Bryana Singera na powrót ożywił w ludziach zainteresowanie komiksami Marvela, Rosomak, od zawsze ciągnący za sobą rzeszę wiernych fanów, szybko stał się kurą znoszącą złote jaja. W rok po filmowej adaptacji „X-Men” Dom Pomysłów zdecydował się na odważny krok, śmielszy nawet niż ten postawiony w 1991 roku wraz z publikacją „Weapon X” (WKKM 45) Barry’ego Windsor-Smitha, dał zielone światło mini-serii zdradzającej największe tajemnice z przeszłości Wolverine’a.

Trzeba przyznać, że spośród wszystkich „skoków na kasę” zagranicznego wydawcy, „Origin” (Wolverine: Geneza, WKKM 36) okazał się strzałem w dziesiątkę. Komiks, pod którym podpisali się Paul Jenkins („Objawienia”, „The Spectacular Spider-Man”), Andy Kubert („1602”) i Richard Issanove („1602”), był nie tylko pięknie zilustrowaną i świetnie opowiedzianą historią, bogatą w nawiązania do literatury i poezji brytyjskiej. Był to komiks, który dla wielu czytelników, w tym dla niżej podpisanego, zupełnie przebudował części składowe konceptu komiksu superbohaterskiego.

Origin”, mimo że opowiadał o początkach wyszkolonego na maszynę do zabijania, niepokornego włóczęgi biegającego na co dzień w żółtym trykocie, oferował czytelnikowi powieść obyczajową, ozdobioną epokowymi strojami Kanady XIX w. Przedstawiał historię o dojrzewaniu, stracie, gniewie i w końcu o stawaniu twarzą w twarz z własnymi demonami. Była to rzecz zupełnie inna niż wspomniany, choć też bardzo dobry, „Weapon X”.

Wykonane nowatorską wówczas metodą kolory, nałożone przez Issanove’a na szkice Kuberta z pominięciem tuszu, zapierały dech w piersi, a dopracowany i jednocześnie pozostawiający pole do interpretacji scenariusz, powstały w ścisłej współpracy Jenkinsa z Joe Quesedą i Billem Jamesem, sprawił, że oryginalny „Origin” jest i przez wiele lat będzie w asortymencie Marvela pozycją niedoścignioną i wyznacznikiem tego, jak powinno się w tym biznesie zarabiać pieniądze (w 2002 roku szósty zeszyt mini-serii był drugim najlepiej sprzedającym się komiksem Domu Pomysłów). Kiedy w 2013 roku wydawnictwo zapowiedziało kontynuację tego absolutnie świetnego utworu, niżej podpisany oszalał z radości.

 skan5-600

Zapał ten szybko ostygł, gdy okazało się, że w zespole odpowiedzialnym za „Origin II” nie ma ani jednego członka oryginalnego składu. Najbardziej zabolał brak Paula Jenkinsa, zastąpionego na stanowisku scenarzysty przez innego Brytyjczyka – Kierona Gillena. Zmiana scenarzysty, który stworzył mini-serię tak dobrą jak oryginalna „Geneza”, nie mogła wróżyć nic dobrego, a album, opublikowany niedawno w Polsce nakładem wydawnictwa Mucha Comics, potwierdził moje najgorsze obawy.

Wolverine: Geneza II” (tytuł wyd. polskiego) podejmuje akcję w bliżej nieokreślonym czasie po wydarzeniach z oryginału. James Howlett, zdruzgotany wydarzeniami ukazanymi w „Origin” #6, zaszywa się samotnie w gęstwinach kanadyjskiego lasu, gdzie odziany jedynie w skórzaną przepaskę biodrową i buty żyje z rodziną wilków. Pora roku, brak odzienia, w którym Logan opuścił poprzednie miejsce zamieszkania, oraz zauważalnie dłuższe włosy bohatera wskazywać mogłyby na to, że historie zawarte w obydwu dziełach dzieli od siebie co najmniej kilka miesięcy, a prawdopodobnie więcej, biorąc pod uwagę fakt, że w kolejnych zeszytach Rosomak ma wyraźne problemy z mówieniem i powrotem do cywilizacji. Jest zima, mimo to mróz zdaje się w niczym Loganowi nie przeszkadzać, a upływający w komiksie czas nie ma żadnego wpływu na jego zarost. Brak logiki przy projektowaniu detali nie jest niestety największą bolączką komiksu.

skan6-600

 

Schludną i przyciągającą uwagę kompozycję plansz szpeci powtarzalna i pretensjonalna narracja, błędnie obliczona na wywołanie u czytelnika wrażenia naturalnej dzikości bohatera i jego otoczenia. To, co Jenkins pokreślił umiejętnie poematem Williama Blake’a, Gillen sprowadził do krótkich i niezbyt poruszających zdań. Narracja Gillena odbiega od oryginału nie tylko w tym wypadku. O ile u Jenkinsa czytelnik poznawał bohaterów poprzez ich działania i interakcje oraz dzięki fragmentom z pamiętnika jednej z bohaterek, pełniącym funkcję pierwszoosobowego narratora, o tyle Gillen otwiera komiks trzecioosobową narracją w czasie przeszłym, wykluczając ją zupełnie z trzech kolejnych zeszytów. Wraca do tego zabiegu dopiero na końcu ostatniego zeszytu, jednak w zmienionej formie.

Z jednej strony wyłączenie z komiksu narratora, biorąc pod uwagę sposób używania przez Gillena tego narzędzia, mogłoby poprawić sytuację opowieści, ale postaci występujące na na dalszych planszach tomu mają czytelnikowi do zaoferowania tak mało, że element psujący przyjemność z czytania początku „Genezy II” jawi się jako mniejsze zło. Fabularnie wszystko w tym komiksie jest wtórne do tego stopnia, że scenarzysta nie sili się nawet na swoje własne zwroty akcji, niezręcznie kopiując zagrywki Jenkinsa, skupiając się bardziej na tym co zrobił jego starszy kolega, niż na tym jak to zrobił. W efekcie tych działań „Origin II” przypomina bardziej fanowską fikcję niż oficjalną kontynuację znakomitej historii.

Na warstwie wizualnej komiks stracił najmniej. Andy’ego Kuberta zastąpił starszy brat, Adam, a każdy, kto widział kiedyś rysunki obu panów, wie z pewnością, że pomylić ich ze sobą nie trudno. Zmiana na stanowisku rysownika nie jest więc drastyczna. Różnica kryje się jednak nie w kresce, a w wykonaniu samych ilustracji. W oryginalnym „Originie” znakomity Richard Issanove kładł cyfrowy kolor bezpośrednio na szkice. Frank Martin oraz Rain Beredo podczas pracy nad kontynuacją kolorowali ilustracje wzmocnione tuszem przez Adama Kuberta. Ten zabieg odebrał planszom wrażenie „malarskości”, i chociaż pozwolił na stworzenie kilku pięknych ilustracji, gdzie koloryści wspaniale zagrali kontrastem między bielą a czerwienią, sprawił, że w ogólnym rozrachunku „Wolverine: Geneza II” nie zapiera tchu i traci wiele z artystycznej magii, którą emanował oryginał. A szkoda, bo główna seria okładek została wykonana taką właśnie metodą.

 skan8-600

Wolverine: Geneza II” to jedno z największych komiksowych rozczarowań ostatnich lat. Relacje między występującymi tam postaciami są sztuczne i umowne, a dodatkową solą na rany są wszechobecne w dialogach dramatyczne pauzy. Chmurki zawierające pełną wypowiedź, bez przerzucania drugiej części zdania do kolejnego panelu lub przynajmniej następnego dymka, można policzyć na palcach. Nie sposób nie odnieść przez to wrażenia, że autor zdawał sobie sprawę z miałkości dzieła i miał nadzieję przeciągnąć czytelnika przez kolejne strony, zmuszając go do podążania wzrokiem po panelach w poszukiwaniu dalszego ciągu zaczętych wcześniej wypowiedzi. Komiks ten nie dość, że nie dorównuje swojemu poprzednikowi, to jego lektura jest po prostu męczącą stratą czasu. Jenkins, ze wsparciem Kuberta i Issanove’a, ustawił poprzeczkę na tyle wysoko, że Kieron Gillen nie był w stanie nawet się do niej zbliżyć. Najbardziej przerażającym elementem fabuły jest to, że zakończenie historii straszy widmem kontynuacji. Cóż, jeżeli osoba na stanowisku scenarzysty pozostanie ta sama, pozostaje nadzieja, że na kolejna odsłonę cyklu trzeba będzie poczekać co najmniej kolejne 11 lat.

Jedna rzecz w albumie pozostaje bez zarzutu – jakość wydania, do którego przyzwyczaiła czytelników Mucha. Gruby kredowy papier, solidna twarda oprawa, a to wszystko przy w miarę rozsądnej cenie. Kolekcjonerzy pragnący koniecznie mieć ten tom na półce nie powinni więc za bardzo rozpaczać.

Dariusz Stańczyk

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tytył: Wolverine: Geneza II

Tytył oryginału: Wolverine: Origin II

Scenariusz: Kieron Gillen

Rysunki: Adam Kubert

Kolory: Frank Martin, Rain Beredo

Wydawca: Mucha Comics

Wydawca oryginału: Marvel Comics

Rok wydania: 2015

Liczba stron: 128

Oprawa: twarda

Druk: kolor

Papier: kredowy

Format: 170×260 mm

ISBN-13: 978-83-61319-61-0

Wydanie: I

Cena z okładki: 55 zł

One comment on “„ORIGIN II” – Recenzja

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *