„Cień: W ogniu stworzenia” – Recenzja

THE SHADOW

Cień: W ogniu stworzenia

okladka-600

Zamaskowani mściciele nie żyją. Zabiły ich retcony i desperackie próby pozyskania nowych czytelników dzięki taniej sensacji, która zastąpiła solidne historie. Nie jest to co prawda nic nowego w świecie superbohaterów. Podobne sytuacje zdarzały się i zdarzać będą. Gorsze pomysły z czasem zostaną zamiecione pod dywan, a nasi ulubieni bohaterowie, odesłani w zaświaty, wrócą do życia, gdy któryś z ich ocalałych kamratów rozbije pięścią rzeczywistość. W chwilach takich jak ta, mrocznych i pozbawionych nadziei na angażujące, porządnie napisane historie superbohaterskie, z odsieczą przychodzi Planeta Komiksów, publikując tytuł czerpiący z najstarszych tradycji samozwańczych stróżów prawa Cień: W ogniu stworzenia.

W latach 30. ubiegłego wieku, zanim Człowiek ze Stali trafił na okładkę „Action Comics” #1, a Bruce Wayne przywdział kostium nietoperza, kto inny siał postrach w sercach przestępców, lecz nie z komiksowych plansz, a radiowej audycji. The Shadow zadebiutował jako tajemniczy narrator w programie „Detective Story Hour”, gdzie głosem Orsona Wellesa wprawiał słuchaczy w odpowiedni nastrój. Kreacja ta szybko zdobyła popularność, a persona skrywająca twarz za czerwonym szalem i odziana w czarny płaszcz z eteru przeniosła się na karty tanich powieści kryminalnych. Po spektakularnym sukcesie Supermana i depczącego mu po piętach Batmana, The Shadow również próbował szczęścia w komiksowych paskach.

Pierwsza seria została zamknięta po dwóch latach, a tytuł od tamtej pory wznosił się i upadał, przechodząc z rąk jednego wydawcy do drugiego. I chociaż do dziś utrzymał się na kartach komiksu, niekoniecznie przebił się do świadomości odbiorców po naszej stronie wielkiej wody. Postaci z pewnością nie pomógł film z Alekiem Baldwinem w roli głównej, w latach 90. emitowany w pewnej polskiej telewizji jako tzw. „Megahit”. W końcu w 2011 roku licencja trafiła do Dynamite Entertainment, a za sterami nowej serii stanął nie kto inny tylko Garth Ennis („Kaznodzieja”, „Hellblazer”). Zdolny irlandzki scenarzysta oraz interesująca i niewyeksploatowana postać, nieograniczona powiązanymi tytułami i wieloletnią linią fabularną, byli łakomym kąskiem dla wszystkich czytelników zmęczonych sekretnymi wojnami domowymi, kosmicznymi inwazjami i kryzysami w wieloświatach. To po prostu musiało się udać… Prawda?

„Cień: W ogniu stworzenia” przenosi czytelnika do Ameryki lat 30. XX w. Jak to zwykle bywa w dobrych kryminałach, w historię wrzuceni jesteśmy in medias res. Ciemną nocą w nowojorskim porcie grupa mężczyzn o zamiarach wątpliwej natury, a z całą pewnością tchórzliwych i przesądnych, planuje wedrzeć się na pokład jednego z zacumowanych tam statków. Niestety dla nich, zanim mogą osiągnąć planowany cel, na scenę wkracza skryta w mroku postać, wymierzająca łotrom brutalną sprawiedliwość. Strach i ciemność są dla niej równie potężnym orężem co broń palna. Brzmi znajomo? Powinno, bo to właśnie Cień stanowił jedno ze źródeł inspiracji dla autorów Mrocznego Rycerza.

 skan2-600

Takie wprowadzenie nastraja czytelnika na kryminalną opowieść, dla której tło stanowią mroczne ulice miasta. Garth Ennis rozgrywa jednak sprawę inaczej i posyła bohatera do Azji w pościg za oficerem japońskiego wywiadu. Posyła go tam w cywilu i towarzystwie agenta CIA, Pata Finnegana, oraz pięknej Margo Lane. O ile kobieta zna prawdziwą naturę głównego bohatera, o tyle młody agent nie ma pojęcia, kim tak naprawdę jest Lamont Cranston – człowiek, pod którego nazwiskiem ukrywa się protagonista. Choć postacie poboczne zdają się z pozoru pełnić w opowieści sztampowe funkcje, Ennis pogrywa nieco z oczekiwaniami czytelników. Finnegan, choć irytujący, nie jest elementem komediowym a Margo Lane, na całe szczęście, damą w opałach. Nieco gorzej jest z głównym bohaterem.

Seria od Dynamite Entertainment nie jest bowiem retellingiem przybliżającym czytelnikowi na nowo postać Lamonta Cranstona, czy jak kto woli – Kenta Allarda. Choć w komiksie znajdziemy informacje na temat genezy bohatera, to forma, w jakiej są nam przekazane, sprawia, że dla osób wcześniej z Cieniem niezaznajomionych może on pozostać postacią odległą, a nawet obojętną. Skryte w mroku alter ego głównego bohatera przez większość historii pozostaje na drugim planie. Zdecydowanie więcej tu scen przedstawiających japońskich żołnierzy i podążającego ich śladem pozornie beztroskiego Lamonta z dwojgiem towarzyszy. Kiedy Cień wkracza już do akcji, robi się naprawdę interesująco, ale nie można powiedzieć, by sceny te dawały upust kumulującemu się napięciu. Fabuła „W ogniu stworzenia” toczy się raczej leniwym tempem, ale z jakiegoś powodu nie pozwala czytelnikowi zżyć się ani z protagonistą, ani z bohaterami pobocznymi. To wciąż solidna rozrywka, odwołująca się do pulpowych korzeni gatunku i stylistyki lat 30. w Stanach Zjednoczonych minionego wieku, ale nie każdemu może to odpowiadać. Po otwierającej komiks scenie w porcie oczekuje się, a wręcz czuje potrzebę przeczytania mrocznego kryminału, w którym tajemnica i wojny gangów grają pierwsze skrzypce, a akompaniament tworzą mroczne i niebezpieczne ulice Nowego Jorku, budzącego się do życia po wielkim kryzysie. Zrobienie z Cienia obieżyświata nie było na pewno złym zagraniem, ale nie nasyciło też zaostrzonego wstępem apetytu na konkretny gatunek literacki.

 skan1-600

Jeśli chodzi o warstwę wizualną, to Aaronowi Campbellowi nie można odmówić umiejętności i wizji. Grube pociągnięcia tuszem w wielu miejscach sprawdzają się doskonale, zwłaszcza tam, gdzie bohatera częściowo skrywają ciemności. Przy okazji, metoda, którą Campbell tworzy swoje ilustracje, bardzo przypomina styl Rafała Szłapy z trzech pierwszych „Blerów”. Osoby ceniące przygody Dobroczyńcy z Krakowa powinny poczuć się przy lekturze „Cienia: W ogniu stworzenia” jak ryby w wodzie. Na szczególną uwagę zasługuje też układ paneli, zazwyczaj bardzo dynamiczny, nawet w statycznych rozmowach, podczas gdy sceny, w których pojawia się Cień, są już prawdziwą ucztą dla oka. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest to, że w wielu panelach twarze postaci tracą na detalu, i choć nie stają się przez to nierozpoznawalne, wrażenie pośpiechu w pracy artysty jest silnie odczuwalne.

Reasumując, pierwszy tytuł od wydawnictwa Planeta Komiksów to solidnie skonstruowana historia kryminalno-przygodowa, z całą pewnością stanowiąca doskonałą odskocznię dla wszystkich, których znudzili superbohaterowie głównego nurtu. „The Shadow” nie zapiera tchu, ale też nie nudzi, co czyni z niego dobrą, niezobowiązującą lekturę na niedzielne popołudnie. Potencjalnych czytelników odstraszyć może natomiast wysoka cena idąca w parze z miękką oprawą. Wydanie jest jednak solidne, na papierze dobrej jakości, a i brak twardej okładki nie każdy uzna za wadę. Do tego dochodzi zgrabny przekład i powiew świeżości wniesiony przez Planetę Komiksów na polski rynek komiksowy. Żałować można jedynie tego, że wśród zapowiedzi wydawnictwa nie znalazł się „Green Hornet” Marka Waida i Daniela Indro, zwłaszcza że daje on czytelnikowi dokładnie to, czego można oczekiwać po „Cieniu”.

Dariusz Stańczyk

Dziękujemy wydawnictwu Planeta Komiksów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tytuł: Cień: W ogniu stworzenia

Wydawnictwo: Planeta Komiksów
Tytuł oryginalny: The Shadow, Vol. 1: The Fires Of Creation
Wydawca oryginalny: Dynamite Entertainment
Rok wydania oryginału: 2012
Liczba stron: 148
Format: 170×260 mm
Oprawa: miękka
Druk: kolor
ISBN-13: 978-83-943473-0-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 79 zł

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *