Black Science: Przekleństwo czarnej nauki

Przekleństwo czarnej nauki

okladka-450

W filmach z kinowego uniwersum Marvela bohaterowie od wielu lat starali się unikać słowa magia. Wszystko, co mogło magią być, było nauką. I nie ma w tym nic złego. W końcu nauka dla osób nieobeznanych jest czymś, co może zostać uznane za magię. I tak jak przerażeni chłopi krzyczeli o czarnej magii, która deprawowała serca spokojnych mieszkańców wsi i miast tak czarna nauka sprowadza nieszczęście na kolejne odwiedzane przez bohaterów komiksu Ricka Remendera światy. A my tylko patrzymy i zadajemy sobie jedno pytanie, co będzie dalej?

Zgodnie ze starą zasadą, że najbardziej podobają się nam rzeczy, które już znamy Rick Remender i odpowiadający za oprawę graficzną Matteo Scalera, oferują nam zestaw motywów, które już znamy. Ich Black Science to nic innego jak pulpowy miszmasz przede wszystkim dla fanów fantastyki naukowej. Amerykański scenarzysta wziął podróże w czasie i przestrzeni, wiarę w istnienie innych wymiarów, fantastyczne obce rasy, które mogą je zamieszkiwać, motyw drogi oraz zestaw bohaterów, z których każdy wygląda jakby wycięto go z dołączonego do pulpowych opowieści szablonu. Jest nieco szalony naukowiec, który z początku okazuje się sprawcą wszystkich nieszczęść – a przynajmniej znacznej ich części – jest para jego dzieci, z których koniecznie jedno musi być zbuntowane. Jest naukowiec idealista zapatrzony w swojego mistrza, jest kobieta owego mistrza no i jest ten, którego od początku mamy nie lubić. Do tego dorzućcie twardziela oraz jęczącą specjalistkę od marketingu. Wszyscy oczywiście skaczą sobie do gardeł i obwiniają się za zaistniałą sytuację. Prawda, że schematyczne? Widzieliście to już setki razy, a mimo to Black Science wciąga od pierwszego tomu. Wszystko za sprawą zabiegów stosowanych przez Remendera, który prezentując nam wydarzenia wydaje się robić wszystko wbrew oczekiwaniom czytelników.

Na złamanie karku

Jeżeli chodzi o historie pełne akcji i zaskakujących zwrotów akcji, to Remender jest w tym naprawdę dobry. Jego „Uncanny X-Force” czy stworzone na potrzeby Image Comics”Deadly Class” to kawał świetnych komiksów z ciekawymi bohaterami i co najważniejsze z fabułą gnającą do przodu z prędkością ścigającego ofiarę geparda. Podobnie jest w przypadku „Black Science”, które powstało z fascynacji Ricka fantastyką naukową. Ta fascynacja znalazła już ujście przy okazji innej serii, którą tworzył, czyli „Fear Agent”. Wydawana przez Image Comics, a później Dark Horse, czerpała garściami z klasycznych opowieści science fiction. Jednak nie bazowała na tym, aby być w stu procentach zgodną z nauką, a raczej korzystała z pewnych naukowych założeń, bo i tak najważniejsza była akcja. Pomysł z „Fear Agent”, który to komiks był mieszanką horroru, akcji, powieści przygodowej i zaskakujących zwrotów akcji wykorzystany został na nowo właśnie w „Black Science”. Remender dobrze się czuje w klimatach science fiction i choć można odnieść wrażenie, że wszystkie tworzone przez niego historie są do siebie podobne, to jemu i tak udaje się je od siebie odróżnić.

Staram się, aby wszystko miało swoją identyfikację wizualną – „Low” było czymś mocno związanym z wodą, podmorskim, gdzie pojawiały się dziwne zmutowane wersje podwodnych zwierząt. „Black Science” to kalejdoskop zmieniających się wymiarów, do których skaczą bohaterowie między warstwami Cebuli [układ wymiarów w komiksie porównany jest do budowy cebuli – przyp. Marcin], gdy trafiają do nowych coraz bardziej niebezpiecznych miejsc. Z kolei „Tokyo Ghost” jest bardziej klasyczne, jest futurystyczną wizją tego, w które miejsce moglibyśmy zmierzać z naszym uzależnieniem od technologii i ignorowaniu otaczających nas ekologicznych ostrzeżeń – Tak o różnicach między seriami mówił sam Remender.

Wspominam o tym dlatego, że Remender tworzy wiele historii równocześnie i jak sam przyznaje jest od tego uzależniony. Tak bardzo, że w pewnym momencie swojego życia porzucił ciepłą posadę jako spec od animacji i zaryzykował wszystko – dosłownie wszystko, bo stracił dom, psa, dziewczynę i samochód – aby zostać niezależnym twórcą komiksów. Owszem, brzmi to jak historia z cyklu rzucił pracę w korporacji i wyjechał w góry hodować alpaki, ale w przypadku Remendera okazało się, że to nie muszą być alpaki. Jest uzależniony od tworzenia, a „Black Science” to najlepszy dowód na to w jakie rejony potrafi się zapędzić jego wyobraźnia.

Wrócić do domu

Zostawmy jednak na chwilę Remendera w spokoju. Wypada mi wspomnieć o czym w ogóle jest ten komiks. Zapalnikiem dla akcji jest tutaj Grant McKay. Bohater, który jest naukowcem, ale bez tytułu naukowego. Anarchista, który jest gotowy poświęcić wszystko dla dobra realizowanego projektu. To on zapuszcza się w zakazane rejony nauki, które jak w każdej dobrej historii o czarnej magii okazują się być czymś z czym lepiej nie walczyć. McKay nie wie jednak o tym z czym się mierzy i efektem tej niewiedzy jest Latarnia. Urządzenie, które umożliwia podróże między wymiarami. Po co ktoś chciałby coś takiego zbudować? A choćby po to, że jeżeli zakładamy, iż nasz świat jest tylko jedną z wersji, to czemu nie skoczyć do innej i nie przywieźć do naszej lekarstwa na jakąś nieuleczalną chorobę? Trafić w miejsce, gdzie ktoś ten lek znalazł. Oczywiście dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane i niestety bohaterowie, a tym samym czytelnicy, przekonują się o tym w najgorszy możliwy sposób.

Bo naturą ludzką jest po pierwsze błądzić, a po drugie spierdolić nawet najbardziej szczytne idee. Tym samym Grant, jego dwójka dzieci, Anarchistyczna Ligi Badaczy (Grant ma ego wielkości stadionu piłkarskiego, więc swój zespół naukowców nazwał odpowiednio do powagi sytuacji) i pewien dupek, który wszystko finansował trafiają do innego wymiaru. Problem z tym, że powrót do domu z różnych względów nie będzie możliwy, a każdy kolejny skok staje się bardziej niebezpieczny nie tylko dla nich, ale i dla wszystkich światów, które istnieją oprócz naszego.

– Zasadniczo, jak coś wymyślam – wymyślam świat, wymyślam pomysł – coś w tym świecie, co będzie związane z postaciami lub popchnie wątki do przodu. Często Matteo i ja omawiamy fabuły – mówię mu o swoich pomysłach i wokół nich krążymy. Czuję jednak, że światy w komiksie są efektem tego, że ja ścieram się z nim o X, Y i Z, i nim oddającym mi, to bardziej starcie niż spotkanieRemender o tworzeniu światów w „Black Science”.

Tak przedstawia się w skrócie fabuła, w której przez trzy wydane w Polsce przez Taurus Media tomy dzieje się tyle, że można na chwilę stracić głowę. Remender nie bawi się we wprowadzania i z miejsca ładuje nas w sam środek akcji. Później jest tylko lepiej, a zręby historii poznajemy dzięki odpowiednio dawkowanym retrospekcjom i komentarzom samych bohaterów. Skoro o bohaterach mowa, to oni są w tej historii najważniejsi. Ich motywacje, doświadczenia i wzajemne animozje pchają akcję do przodu. Momentami przypomina to operę mydlaną, w której każdy chce zabić każdego, a wzajemne oskarżenia mnożą się geometrycznie do odwiedzanych wymiarów. Gdzieś między kłótniami znajdują czas na to, aby szukać sposobu na powrót do domu.

Kiedyś trzeba się zatrzymać

Fabularnie Black Science to oferta dla każdego, kto szuka czegoś oryginalnego, ale jednocześnie nie chce wpaść w meandry naukowego bełkotu, bo liczy na napędzaną przez adrenalinę akcję. I tym „Black Science” jest. Przez pierwsze dwa tomy, czyli „Zasadę nieskończonego spadania” i „Teraz, nigdzie” obserwujemy rodzinny dramat, intrygi i walkę z własnym ego. Remender swobodnie miesza ze sobą składniki, na które składają się najlepsze wzorce z dzieł mistrzów takich jak H. P. Lovecraft, H.G. Wells czy prawdziwego boga pulp fiction, czyli Edgara Rice’a Burroughsa. Dorzuca do nich czarny humor, a Matteo Scalera oprawia wszystko w piękne rysunki. Podziwiam wyobraźnię Scalery, bo to jak prezentuje kolejne odwiedzane przez bohaterów wymiary sprawia, że ręce same składają się do braw. Zresztą ten włoski rysownik swoimi rysunkami przywodzi na myśl takich tuzów jak Sergio Toppi czy Alberto Breccia, co jest chyba wystarczającą rekomendacją. Jest między nim, Remenderem i odpowiadającym za fantastycznie dobrane kolory Deanem Whitem chemia – rzadko wspomina się o kolorystach, co mnie strasznie boli, bo robota Deana White’a jest pierwszorzędna i zasługuje na wszelkie pochwały. Czuć jak wszystko się zazębia, jak dobrze rozumieją to, co chcą przekazać czytelnikowi. Wszystko działa w najlepsze i w pewnym momencie coś się zmienia.

Widzicie, problem z historiami, które opierają się na założeniu, że wszystko jest możliwe, a autor ma nieograniczone pole do popisu sprawia, że łatwo można wpaść w banał. Można też tak poprowadzić fabułę i stworzyć tyle poziomów, że wszystko przestanie mieć sens. Można też na chwilę stracić gdzieś to, co decydowało o wyjątkowości serii. I w trzecim tomie, czyli „Niejednoznaczności wzorca” wydarzyło się wszystkiego po trochu. Za kolory nie odpowiada już Dean White, fabuła skupia się wyłącznie na akcji w pewnej chwili nie dbając nawet o bohaterów, a Remender jeszcze bardziej podkręca tempo.

To ostatnie nie musi być niczym złym. W końcu wszyscy pisaliśmy się na adrenalinę, a nie rozwodzenie się na temat sensu istnienia. Problem w tym, że w „Niejednoznaczności wzorca” Remender delikatnie się zagubił. Dziury w fabule zaczyna łatać kolejnymi zwrotami akcji, które tylko pozornie pchają ją do przodu. Dlaczego? Bo z uporem maniaka stosuje te same zagrania, które sprawdziły się w poprzednich dwóch tomach. Tam, gdzie można coś rozwinąć czy dopowiedzieć dokonuje gwałtownego cięcia bez względu na to, czy czytelnik będzie to wszystko rozumiał czy nie. Część bohaterów rozwija, ale jednocześnie mnoży dramaty do tego stopnia, że w pewnej chwili popada w absurd. Z kolei innych morduje z zimną krwią, a jeszcze innych zmienia w zaskakujący sposób, aby tylko usprawiedliwić to, co właśnie za chwilę się wydarzy. Oczywiście zapominając o tym, kim ten bohater był wcześniej.

Trzeci tom to również dowód na to, jak idiotycznie potrafią się zachowywać jego postacie. Nawet zaślepienie emocjami nie wyjaśnia decyzji, które podejmują, a są to często decyzje głupie i zwyczajnie nieodpowiedzialne nawet jak na standardy powieści pulpowych. Na szczęście to nie jest tak, że „Niejednoznaczość wzorca” jest tomem słabym. Nic z tych rzeczy, to ciągle science fiction na dobrym poziomie, w którym choć to nie White odpowiada za kolory tylko Moreno Dinisio, to ciągle graficznie potrafi zachwycić za sprawą wspominanego Matteo Scallery. Remender musiał złapać zadyszkę i faktycznie ją złapał, ale jednocześnie zostawił sobie otwarte drzwi do tego, aby posprzątać bałagan przy okazji kontynuacji całej historii. Mam nadzieję, że tak będzie, bo czekam z niecierpliwością na czwarty tom – w USA czwarte wydanie zbiorcze pojawi się pod koniec maja – bo mimo wszystkich swoich wad „Black Science” to czysta rozrywka trzymająca czytelnika za gardło. Gdyby zebrać wszystko za co kocham komiksy, to dzieło Remendera i Scalery jest wzorcowym przykładem na to, jak powinien wyglądać komiks rozrywkowy. To nie jest przełom, czy coś, co otworzy Wasze oczy sprawiając, że inaczej spojrzycie na komiks jako medium. To rozrywka z filmowym wręcz potencjałem sprawiająca, że sami będziecie chcieli założyć skafander alternatuy i ruszyć tam, gdzie nie śniło się nikomu. Poza granice naszego wymiaru.

Autorem tekstu jest gościnnie Marcin Tomaszewski – autor bloga Lektura Obowiązkowa, do którego odwiedzin serdecznie zachęcamy.

Dziękujemy wydawnictwu Taurus Media za udostępnienie tomu do recenzji.

Wydawnictwo: Taurus Media
4/2016
Tytuł oryginalny: Black Science Vol. 3: Vanishing Pattern
Wydawca oryginalny: Image Comics
Liczba stron: 136
Format: 170×260 mm
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolor
ISBN-13: 9788364360763
Wydanie: I
Cena z okładki: 65 zł

,

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *