„Sprycjan i Fantazjusz: Australijska przygoda” ‒ recenzja

skan1-640

Każdy z nas ma ulubionego bohatera z dzieciństwa. Postać, do której powraca w nostalgicznych wspomnieniach beztroski i zabawy. Ja miałem ogromne szczęście posiadać aż dwóch takich bohaterów. Nazywali się Sprycjan i Fantazjusz.

Może nie wszyscy wiedzą, ale przygody dwójki tytułowych bohaterów nowego tytułu Taurus Media znane są w naszym kraju. Przede wszystkim za sprawą serialu animowanego z lat 90. ubiegłego wieku. Ta właśnie seria ma dla mnie ogromne znaczenie i przywołuje nostalgiczne wspomnienia. Sprycjan i Fantazjusz gościli w domach dzieci za sprawą telewizji publicznej, był to serial animowany oczekiwany z drżeniem serca, prawie tak mocno jak kolejne przygody Asteriksa i Obeliksa. O ile jednak duet stworzony przez Goscinnego i Uderzo przeżywał swoje przygody w filmach pełnometrażowych, to Sprycjan odwiedzał dzieci w ich domach co tydzień. Nie muszę chyba mówić, że jako mały człowiek uwielbiałem te cykliczne odwiedziny. Z zacięciem największego fana czekałem w weekendowe poranki, by wraz z dwójką dziennikarzy przeżywać ich niezwykłe przygody.

„Sprycjan i Fantazjusz” ukształtowali nie tylko moje dzieciństwo, nigdy jednak nie zagościli na polskim rynku komiksowym na długo w swojej pierwotnej serii. Egmont za pośrednictwem „Świata Komiksu” wydał jeden album w trzech częściach w 1998 roku. Był to album autorstwa Tome i Janry’ego: „Sprycjan i Fantazjo w Nowym Jorku”. Więcej szczęścia miała seria opowiadająca o perypetiach młodszych wcieleń dwójki bohaterów. Humor zawarty w tych przygodach dzieci przypadł do gustu polskiemu odbiorcy i na dłużej pozostał nad Wisłą. Sprycjan nie powtórzył jednak sukcesu innych komiksów europejskich, jak chociażby „Przygód Tintina” czy właśnie „Asteriksa i Obeliksa”. Tytuł nigdy nie miał takich problemów na rodzimym rynku, gdzie jest wydawany od lat 40. XX wieku aż do dziś.

Siadając więc do „Australijskiej przygody”, miałem nadzieję, że przeniesie mnie ona w czasy dzieciństwa. Odnajdę tam te magiczne chwile, niezwykłe emocje, które każdego sobotniego ranka przyciągały tysiące dzieciaków przed ekrany telewizorów. Serial animowany czerpał całymi garściami z komiksu. Czołówka była zabawną interpretacją tego, jak główni bohaterowie z kart komiksu przenieśli się na srebrny ekran. Same przygody bohaterów stanowiły lekką rozrywkę, idealną dla młodszych odbiorców. Trend ten, który w naszym kraju zdobywa rosnącą popularność, spowodował, że wydawcy prześcigają się, aby wychować sobie nowe pokolenie odbiorców dla swoich produktów.

Dodatkowo wielu z nas ‒ fanów, powracając do seriali czy też komiksów swojego dzieciństwa, odkrywa je na nowo. Stają się ponadczasowe, uniwersalne niezależnie od wieku odbiorcy i nadal bawią, zupełnie jak kiedyś. Oczekiwania wzrastają, gdy osobami odpowiedzialnymi za serię są autorzy tacy jak Tome i Janry, którzy stali za animowaną serią z dzieciństwa i wywarli ogromny wpływ na serię komiksową w latach 80. i 90. To oni stworzyli „Australijską przygodę”.

Taurus Media mógł posługiwać się tym samym kluczem, dobierając tytuł, od którego zacznie wydawać serię. Wydawcy mogli spokojnie mieć te same wspomnienia z dzieciństwa, oni również mogli czekać z niecierpliwością na każdy kolejny odcinek animowanej bajki. Album, który otworzył przygody Sprycjana i Fantazjusza dla wydawnictwa, jest jednocześnie pierwszym zaadaptowanym na potrzeby serialu. Niestety, pomimo że bajka dla dzieci była dość wierną adaptacją, była też późniejszym dziełem w dorobku twórczym obu artystów odpowiedzialnych za „Australijską przygodę”. Porównując oba tytuły, nie można nie zauważyć rozwoju, jaki nastąpił w ciągu tych kilku lat, duet niewątpliwie dojrzał. Komiks jest raczej infantylny, z mnóstwem mało śmiesznych momentów i żenującymi gagami. Autorzy nie mogą się tak naprawdę zdecydować, do kogo kierują swój album. Czy są to młodsi odbiorcy, czy też dojrzali fani serii, która w momencie wydania „Australijskiej przygody” miała już blisko czterdzieści lat. Widać jak na dłoni, jak ogromne postępy w dziedzinie budowania fabuły zrobił duet. W serialu animowanym nie ma niepotrzebnych kadrów wydłużających historię komiksową. Tome i Janry pozbyli się też nadmiarowych wątków i postaci, które rozmywały fabułę. Co więcej, dzięki tym zabiegom historia stała się bardziej spójna, ciekawsza i nieco mniej niedorzeczna. Wszystkie te błędy zrobili jednak na początku swej pracy nad „Sprycjanem i Fantazjuszem”. Nie ma się jednak co dziwić, był to zaledwie drugi tom przygód, który stworzyli dla serii.

Ostatnia rzecz, jaką chcę poruszyć, była pierwszą, która uderzyła mnie, gdy sięgnąłem po komiks. Od zawsze „Sprycjan i Fantazjusz” kojarzył mi się z komiksem dla dzieci. Na okładce pierwszego tomu wyraźnie przekazywane są treści, które nie stanowią wzorców godnych naśladowania. Nie są przeznaczone dla młodszych odbiorców, powszechnie uznaje się je za obraźliwe. Wyciągnięty środkowy palec to uniwersalny komunikat, nie jest subtelny, a na pewno jest niepotrzebny. Dzieci rozumieją ogromnie dużo z przekazywanych treści, uczą się w zatrważającym tempie i chłoną wzorce, które są im przekazywane. Nie zgadzam się, żeby te wzorce, które uznawane są za negatywne, były dostarczane w takiej formie, żeby stały się obiektem żartów. Dość mam naprawdę wulgarnego zachowania, które mogę zaobserwować u osób do dziesiątego roku życia. Nie jest to ani przyjemne, ani w moim odczuciu właściwe. Chcę, by komiks był wolny od symboli, które są tam zbędne. Rozumiem, jeżeli są tam zaszłości historyczne, potrafię wytłumaczyć niewłaściwość stereotypów rasistowskich, które występują w różnych dziełach kultury. Wiem, że nie ucieknie się od nich, gdyż samoświadomość społeczna rośnie z czasem. Chcę jednak być odpowiedzialny za treści, które kształtują młode umysły. Temu symbolowi nie potrafię nadać kontekstu. Nie oczekuję, że dziecko mnie w tym wyręczy.

Mimo wszystko mam nadzieję, że seria tak jak jej autorzy rozwinie się z czasem. Nadal liczę, że w pewnym momencie znów poczuję to, co czułem, gdy jeszcze nie miałem nastu lat. Być może, żeby w pełni docenić wczesne przygody Fantazjusza i Sprycjana, trzeba być w tym magicznym wieku, gdzie miało się trochę mniej zmartwień. Niewątpliwie ten tytuł stanowi kamień milowy w historii komiksu, obok Tintina i Asteriksa to jeden z filarów europejskiego komiksu przygodowego. Seria ma rzesze fanów i oby na dłużej zawitała do naszego kraju. Może dzięki temu będzie miała szansę sprostać naszym oczekiwaniom. Ja trzymam za to kciuki. Chodzi bowiem o bohaterów mojego dzieciństwa.

Dziękujemy wydawnictwu Taurus Media za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Rafał Pośnik

Tytuł: „Sprycjan i Fantazjusz: Australijska przygoda”

Tytuł oryginału: „Spirou et Fantasio: Aventure en Australie”
Scenariusz i rysunki: Philippe Vandevelde (Tome), Jean-Richard Geurts (Janry)
Tłumaczenie: Jakub Syty
Wydawca: Taurus Media
Data polskiego wydania: 16.05.2016 r.
Wydawca oryginału: Dupuis
Data wydania oryginału: 1985
Objętość: 46 stron
Format: 215 x 290 mm
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
Cena: 35 zł

One comment on “„Sprycjan i Fantazjusz: Australijska przygoda” ‒ recenzja
  1. sorry ale kto to pisał? fatalna recenzja, autor nie potrafi posługiwać się słowem, zdania są niegramatyczne i nie wiadomo w sumie, czy gani album, czy chwali

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *