Recenzja – UNCANNY X-FORCE TOM PIERWSZY: SPOSÓB NA APOCALYPSE’A

APOCALYPSE (z gr. ἀποκάλυψις apokalypsis  odsłonięcie, zdjęcie zasłony, objawienie) – w terminologii judaistycznej i chrześcijańskiej literatury religijnej to opis szczególnego rodzaju proroctwa, dotyczącego tego, co ma się wydarzyć w dniach ostatecznych, przekazywanego przez Boga wybranemu prorokowi. W komiksie starożytny mutant En Sabah Nur.

Mucha Comics podjęła się karkołomnego zadania. Wydawnictwo postanowiło sprowadzić kolejny tytuł superbohaterski, który miał powalczyć o palmę pierwszeństwa wśród pozycji o tej tematyce. W tej chwil na polskim rynku trykociarze mają się świetnie. Ta kategoria mainstreamu jest wydawana przez dwóch największych graczy Egmont i Hachette, z drobnym udziałem Eaglemoss. Teraz, by dostać naprawdę ciekawe pozycje, które każdy fan komiksu powinien znać, wystarczy mieć w kieszeni cztery dychy. Ten niezwykle agresywny model biznesowy spowodował zaostrzenie się konkurencji i walka o klienta odbywa się już na noże. Istnieje niewielka grupa odbiorców, którzy mogliby pozwolić sobie na kolekcjonowanie wszystkich tytułów. Tak naprawdę portfel piszczy każdego miesiąca, a wydawnictwa nie zwalniają tempa. Nie muszą, materiału jest dość.

Obecnie nasz rynek, a co za tym i odbiorca, jest świadomy, że każdy wprowadzony nowy tytuł musi gwarantować zysk. Kolekcjonerzy i czytelnicy są zasypywani coraz nowszymi przygodami swoich ulubieńców, a ich zasoby nie są z gumy. Często musimy stawać przed trudnym wyborem, na jaką pozycję z szerokiej oferty katalogowej się zdecydować. Na wydawnictwie takim jak Mucha zachowania klientów wymuszają konkretne decyzje biznesowe. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na kształt polskiego rynku są działania konkurentów. To wszystko determinuje, na jakie decyzje wydawnicze można sobie pozwolić. A nie zawsze są one łatwe. Egmont, który jest największym wydawcą o charakterze tradycyjnym, musiał na przykład podjąć kroki w celu redukcji kosztów, tak aby tytuły Marvela były cenowo atrakcyjne dla odbiorcy. Wybrał miękką oprawę ze skrzydełkami. Każdy zeszyt z jego białej serii miał dzięki temu kosztować około czterdziestu złotych, a dodatkowo zachować spójność z wydaniem oryginalnym i wysoką jakość.

Zauważyliście pewnie, że ten wstęp jest nieco przydługi, nie ma w nim nic o wartkiej akcji, pościgach i przygodach najnowszej grupy mutantów. Ani razu nie pada nazwa drużyny, nie mówi się o tym, kto jest jej członkiem i dlaczego. Chcę wam uzmysłowić, że wydawanie komiksów w Polsce to ciężki kawałek chleba, a Mucha Comics faktycznie podjęła się karkołomnego zadania. Jeżeli mi nie wierzycie, idźcie i kupcie „UNCANNY X-FORCE TOM PIERWSZY”. Dostaniecie dokładnie to samo, bardzo długi wstęp, który ma wprowadzić czytelnika i jedynie pokazać mu, w jakim momencie w historii uniwersum Marvela się znajduje. I ten wstęp jest potrzebny, bo po pierwsze w tej chwili każdy odbiorca popkultury wie, że wydarzenia w poszczególnych tytułach łączą się i wpływają na siebie, a po drugie na rynku zrobiło się po prostu niezwykle ciasno. Wprost niewyobrażalnie ciasno.

Mucha Comics wydawała komiksy Marvela głównie z okresu wojny domowej bohaterów lub krótkie serie niezwiązane z głównymi wątkami fabularnymi dużych eventów. W tej chwili każdy odbiorca komiksów za sprawą dynamicznego uniwersum filmowego wie, czym była „Civil War”. Ci co bardziej uważni orientują się też pewnie zarówno w jej genezie, jak i przebiegu. Na polskim rynku pojawiły się na przestrzeni lat aż dwa wydania „Rodu M”, który rozgrywa się w środku tej linii fabularnej. Jedno należy do Mucha Comics, drugie wyszło nakładem Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Dla tych najbardziej uważnych: Dzień M wpłynął na świat X-menów tak bardzo, że jego reperkusje opisywane są przez kolejnego wydawcę, Egmont. Białe serie Egmontu dotykające wątków mutantów zostały tak dobrane, aby polski czytelnik mógł z łatwością zrozumieć zarys fabuły przez nie opisywanej i by nie naruszyły spójności rynku. Tak jak mówiłem, od jakiegoś czasu na naszym podwórku zrobiło się ciasno i żeby coś sensownie wydać, trzeba niezwykle uważać. Mucha Comics zdecydowała się wypełnić lukę, która powstała z powodu biznesowej decyzji konkurenta. Postanowiła wydać „UNCANNY X-FORCE”, bo prawdopodobnie jest to seria, którą uda się zakończyć w rozsądnym czasie, nie wchodząc w konflikt z Wielką Kolekcją Komiksów Marvela od Hachette.

Najnowsza drużyna mutantów jest więc wypadkową wszystkich tych czynników biznesowych, z którymi normalny odbiorca na co dzień nie ma do czynienia. Co więcej, nie musi być do końca ich świadomy. Jednak muszę powiedzieć, że to wielka szkoda, iż otoczenie biznesowe nie pozwoliło zacząć tej serii w innym miejscu od wszystkich wydarzeń opisanych we wstępie od wydawcy. Oryginalne amerykańskie wydania przypadają na okres, gdy ze wzmożoną aktywnością obserwowałem rynek superbohaterów w Stanach Zjednoczonych. Co za tym idzie, byłem uczestnikiem wszystkich tych wydarzeń, które opisuje Mucha. Doświadczałem ich z pierwszej ręki i czułem zapach papieru, przewracając strony każdego z tych numerów. Tego nie zastąpi żadne suche wprowadzenie, streszczenie rodem z lat 90. ubiegłego wieku. To doświadczenie wpływa również na mój obiektywizm. Seria „UNCANNY X-FORCE” była momentem schyłku mojego zainteresowania tytułami o X-menach w tamtym okresie. Tak naprawdę była tytułem, na którym zakończyłem swoją przygodę. Musiało wiele wody upłynąć i pojawić się genialna wprost seria Bendisa, abym sięgnął po tytuł z mutantami. I to nie dlatego, że „Uncanny X-Force” była serią złą, ona po prostu nie była dość dobra.

Obecnie dzięki synergii różnych mediów odbiorca komiksowy ma większą świadomość wątków, technik, postaci oraz samego medium. Wszystkie motywy poruszane w komiksie stają się coraz bardziej powszechne i tak naprawdę wchodzą do prawdziwego mainstreamu. Mimo to, „UNCANNY X-FORCE” jest tytułem mało przystępnym, skierowanym głównie do koneserów, czy też kolekcjonerów. I to nie dlatego, że w komiksie występują postacie całkowicie obce polskiemu odbiorcy, bo tak nie jest. Wolverine, Psylocke, Angel czy też Deadpool, którzy stanowią trzon drużyny, to postacie znane, a niektóre wręcz kultowe czy przynajmniej sławne. Również wątek samej walki z Apocalypse i jego jeźdźcami jest nad Wisłą znany dzięki serialowi animowanemu z przełomu lat 80.-90. ubiegłego wieku, czy też ostatniemu filmowi o X-menach. Nawet tak egzotyczne postacie jak Fantomex czy Deatholk są w jakiś sposób zakorzenione w świadomości odbiorcy, czy to przez serial telewizyjny o T.A.R.C.Z.Y., czy przez konotacje z programem Weapon X. A mimo to odnalezienie się w fabule pierwszego tomu wymaga nie lada wysiłku.

Nawet pomysły scenarzysty wymagają od czytelnika dużo. Czy to znajomości nawiązań do klasyki science fiction, czy też historii kina lub komiksu w ogóle. Tom pierwszy tej odsłony X-FORCE pozostaje niezmiennie niewystarczający. Zapierająca dech w piersiach scenografia zamiast zachwycać przytłacza. Subtelne nawiązania są zbyt wyrafinowane, a przez to stają się kiczowate, a popkulturowa sieczka jest po prostu męcząca, tak samo jak monologi Deadpoola. Nie pomaga nawet fakt, że uważny czytelnik wie, jak ta przygoda się kończy, bo inny wydawca zdążył nam zdradzić przynajmniej część zakończenia. Nie zrozumcie mnie źle, gdy Mucha ogłosiła, że wyda ten właśnie tytuł na polskim rynku, byłem pełen entuzjazmu. Była to seria, która jest utytułowana, którą w gruncie rzeczy lubiłem i jest pewnego rodzaju przełomem na naszym rynku. Problem w tym, że przynajmniej tom pierwszy nie przetrwał próby czasu i zderzenia z rzeczywistością. Przypomniał mi jednak, dlaczego była to moja ostatnia seria z przygodami tej drużyny.

Być może szukanie rozwiązania na rynku superbohaterów w wykonaniu Mucha Comics jest sposobem wydawnictwa na apokalipsę. Nie da się bowiem ukryć, że z dnia na dzień poprzeczka jest podnoszona dla każdego kolejnego gracza w światku komiksowym. Nie wszyscy wychodzą tak dobrze z potyczek jak Mucha. Wystarczy wspomnieć pewne wydawnictwo, które obiecało nam Żółwie. Niewątpliwie polski rynek, mimo że jakościowo stoi na najwyższym poziomie, jest też trudny. I nie wszystkie tytuły spełnią jego kryteria albo znajdą swoją niszę. Mimo że nie jest to najlepszy wstęp do zapoznania polskiego odbiorcy z przygodami X-FORCE, to jestem wdzięczny Mucha Comics za tę próbę, bo jest ona ważna dla spójności rynku i przedstawia zupełnie inne spojrzenie na kwestię mutantów szerszemu gronu czytelników. Nawet jeśli późniejsze tytuły również to robią, „X-FORCE” pokazuje to pierwotne podejście do tematu. Tak jak mówiłem na wstępie, Mucha Comics podjęła się karkołomnego zadania. Tak jak każdy członek X-FORCE. Ja jestem jej za to wdzięczny.

Dziękujemy Mucha Comics za egzemplarz do recenzji.

Rafał Pośnik

Uncanny X-Force – 1 – Sposób na Apocalypse’a
Scenariusz: Rick Remender
Rysunek: Rafael Albuquerque, Leonardo Manco, Jerome Opena, Esad T. Ribic
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Mucha Comics
Rok wydania polskiego: 9/2017
Tytuł oryginalny: Uncanny X-Force: The Apocalypse Solution
Wydawca oryginalny: Marvel Comics
Rok wydania oryginału: 2014
Liczba stron: 224
Format: 180 x 275 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN-13: 9788361319979
Wydanie: I
Cena z okładki: 79 zł

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *