Transformers vs G.I. Joe (2017) – recenzja

W latach osiemdziesiątych XX wieku firma Hasbro postanowiła reklamować swoje zabawki za pomocą filmów animowanych, a niedługo później serii komiksowych. Najpopularniejsze okazały się te o wielkich zmiennokształtnych robotach (Transformers) oraz superżołnierzach (G.I. Joe). Oba opowiadały o konflikcie pomiędzy praworządną i złowieszczą frakcją (odpowiednio Autoboty/G.I. Joe oraz Decepticony/Cobra). Seriale i komiksy, będące w gruncie rzeczy reklamą zabawek, sprawiły, że widzowie zżyli się z postaciami. Na tyle, że śmierć większości obsady w kinowym filmie Transformers z 1983 r. (w celu zastąpienia ich nową linią zabawek) wzbudziła ogromne kontrowersje wśród odbiorców. Obie franczyzy stały się ponadczasowym fenomenem i do dzisiaj mają rzesze wiernych fanów.

Ze względu na to, że obie serie bazują na zbliżonym pomyśle (i są własnością Hasbro), nieuniknione stały się crossovery obu tytułów. Pierwszy pojawił się już w 1984 r. Wiadomo było, że fani obu serii chętnie sięgną po kolejny komiks z ulubionymi bohaterami, więc wydano kilkanaście przeciętnych miniserii głównie w celu zwiększenia zysków.

Kres nijakości nastał, gdy wydawnictwo IDW zatrudniło do kolejnego takiego projektu Toma Sciolę. Ten twórca zaczynał pod koniec lat dziewięćdziesiątych, drukując własne niskonakładowe komiksy. Myth of the 8-opus, który wydał dzięki grantowi dla młodych twórców, ufundowanemu przez współtwórcę Żółwi Ninja, Petera Lairda, został przychylnie odebrany i Erik Larsen zaproponował mu drobne zlecenia, a potem skojarzył go z Joe Caseyem. Wraz z nim Scioli stworzył dla Image Comics serię Gødland. Cały czas tworzył też komiksy internetowe (Mystery Object, Final Frontier, American Barbarian). Gdy zakończył Gødland, Scioli zaczął rozsyłać próbki twórczości do różnych wydawców i IDW Publishing okazało swe zainteresowanie. Po narysowaniu kilku okładek do innych serii, dostał propozycję pracy nad kolejnym crossoverem od doświadczonego redaktora i scenarzysty IDW Johna Barbera.

To, co go wyróżnia na tle poprzednich, to brak ograniczenia do kilkuodcinkowej miniserii oraz oderwanie od pozostałych wydawanych obecnie tytułów. Dzięki temu twórcy nie byli niczym ograniczeni i mogli korzystać z całej narosłej przez lata mitologii oraz ze wszystkich postaci, a nie tylko aktualnej obsady komiksów. Wcześniejsze spotkania obu serii zazwyczaj koncentrowały się na kilku najpopularniejszych postaciach każdej frakcji. W tej twórcy korzystają z całej dostępnej menażerii. Obok postaci rozpoznawalnych dla każdego, kto zetknął się z seriami na kartach komiksu, można spotkać takie, które miały marginalne znaczenie, pojawiały się w zeszycie albo kilku, by popaść w zapomnienie, lub doczekały się jedynie jakiejś dawno zapomnianej figurki.

Przykładem może być dr Venom (Cobra), który w pierwotnej serii był niewyróżniającym się naukowcem. Zginął niedługo po debiucie. Tutaj wysuwa się na pierwszy plan. Zmieniono też jego wygląd na bardziej wybijający się. Z przeciętnego faceta w kitlu zrobiono rudowłosego potwora, którego fryzura przypomina logo Cobry. Innym przykładem jest Oktober Guard (Październikowa Gwardia), która była krótką serią zabawek przedstawiającą komórkę działającą w Związku Radzieckim. W komiksie nazwa (a co za tym idzie projekty postaci) nie nawiązują jednak do rewolucji październikowej, a do Halloween, które co roku obchodzimy ostatniego dnia tego miesiąca. Pojawia się też drużyna złożona ze zwierzęcych pomocników członków G.I. Joe, transformujące się żywe miasta, transformery, które są kierowane przez cybernetycznie usprawnionych ludzi (Headmasters), takie, które skrywają się pod specjalną powłoką przypominającą ludzi lub człekokształtne monstra (Pretenders) oraz wiele innych często dużo dziwniejszych konceptów, jakie powstały przez dziesiątki lat istnienia obu tytułów.

Przez serię przewijają się więc postaci liczone w dziesiątkach albo może nawet setkach. W scenach grupowych często koło nowych postaci pojawia się drobna ikona kartoteki ze zdjęciem, nazwą i mottem albo przydomkiem postaci. To nawiązuje do zabawek (i pierwotnych postaci), z których każda miała jakąś wyróżniającą się cechę charakteru, zdolność albo broń. Często nowe motta są parodiami.

Natłok postaci powoduje, że konflikt stanowiący centralny punkt fabuły nie jest kameralną sprawą, drobną potyczką. Toczy się na wielu frontach, płaszczyznach i wymiarach. Staje się epickim starciem o międzyplanetarnym rozmachu. Zazwyczaj było inaczej. Starano się pokazać niewielkie starcie. Najczęściej też urealniano i osłabiano Transformery do poziomu ludzi, żeby jakoś wyrównać szanse. W tym przypadku wybrano odmienne rozwiązanie. Autorzy postanowili wydobyć nadludzki potencjał z członków G.I. Joe i Cobry. Scioli twierdzi, że de facto są to superbohaterowie w wojskowych mundurach. Mówi o nich quasi-superhero science-fiction army men. Wielu z nich to kompletnie absurdalne postaci. Np. ninja czy Scarlett władająca kuszą, co nijak się ma do współczesnej armii czy pola walki. Z drugiej strony ludzie w komiksach o Transformerach najczęściej byli nudnymi postaciami i nie mogli w żaden sposób dorównać robotom. Dzięki swoim specjalnym zdolnościom i najnowszym zdobyczom nauki i przemysłu zbrojeniowego Joes i wojownicy Cobry są w stanie dotrzymać kroku robotom. Na poziomie symbolicznym zaznaczono to przez przeniesienie większości zmagań na Cybertron. Wszystkie wcześniejsze crossovery opowiadały o tym, jak Transformery przybywały na Ziemię.

Cybertron jest egzotyczną lokacją, a Transformery pomimo tego, że przejawiają ludzkie cechy charakteru, są radykalnie obce. Scioli uważa, że są tajemniczym Innym, o kompletnie odmiennej kulturze, ale w kosmicznej skali. Odrobinę przypominają lovecraftiańskie bóstwa o niezmierzonej potędze, dla których ludzie są kompletnie nieistotnym gatunkiem. Opowieść ta wykracza więc poza antropocentryzm innych opowieści o Transformerach, które bardzo często były pokazywane z ludzkiej perspektywy i koncentrowały się na losach ludzkich bohaterów. Szczególnie drażni to w przypadku filmowych adaptacji, gdzie faktyczni bohaterowie, czyli gigantyczne roboty, traktowani są po macoszemu. W Transformers vs G.I. Joe konflikt przyjmuje epickie rozmiary. Często pokazane jest to na jedno- i dwustronicowych planszach, gdzie na trzecim planie walczą kilkusetmetrowe, transformujące się miasta, combinery składające się z kilku mniejszych robotów lub inne „maszyny zagłady” (Metroplex, Trypticon, Skorpnok, Omega Supreme, Fortress Maximus), gdzieś bliżej widać „zwykłe” Transformery, a na pierwszym planie małe kolorowe ludziki z futurystycznym uzbrojeniem.

Pomimo bycia diametralnie różnymi koncepcjami, Transformery i G.I. Joe są też bardzo podobne. Tom Scioli tłumaczy to tym, że ludzie do walki wykorzystują najnowsze zdobycze nauki i techniki. Sztuczna inteligencja jest jednym z najnowszych osiągnięć w tej dziedzinie, więc autor uznaje Transformery za futurystyczne przedłużenie konceptu z G.I. Joe. Z drugiej strony, czym tak naprawdę jest transformacja, jeśli nie przemianą formy. W trakcie opowieści bohaterowie ludzcy i mechaniczni stają się sobie coraz bliżsi. Powstają m.in. hybrydy człowieka i maszyny.

Wynikiem braku ograniczeń, o którym wspomniałem wcześniej, jest nieskrępowana kreatywność i energia, jaka bije z każdej strony komiksu. Poza ogólnymi cechami, jakie muszą wykazywać postacie, oraz założeniami stojącymi za obiema seriami (konflikt) nie było właściwie niczego, co zamykałoby opowieść w sztywne struktury. Każda kolejna strona zawiera nowe wątki, pomysły i rozwiązania. Czytelnik ciągle jest atakowany nowymi bodźcami i zaskakiwany kolejnymi zdarzeniami. Sytuacja zmienia się diametralnie strona po stronie. Nie ma przestojów i miejsca na oddech. Twórcy mówią, że czasami sami siebie zadziwiali kolejnymi pomysłami. Dlatego momentami komiks wygląda jak zabawa dwóch chłopców, którym dano olbrzymie pudło z zabawkami. Grzebią w nim, wyciągając coraz to nowe figurki i nie przejmując się zbytnio, czy całość jest spójna, logiczna i ma jakikolwiek sens.

To jest chyba największą siłą tego komiksu. Uwolniono w nim niewiarygodny zasób kreatywnej energii. Jest pełen wigoru i emocji. Nie podchodzi też do materiału źródłowego z przesadną powagą i szacunkiem. Jak to zabawa, nie ma też sztywnej struktury. Jest serią luźno powiązanych ze sobą epickich momentów i ciekawych, czasem surrealistycznych pomysłów. Przez pierwsze dwa tygodnie kilkukrotnie przeglądałem wydanie zbiorcze i cieszyłem się jak dziecko z każdego ekscytującego kadru, jaki napotkałem. Czy był to zzombifikowany Fortress Maximus przemierzający Cybertron, niszcząc wszytko, co napotka na swej drodze, czy też Bazooka, który w trakcie halucynacji po zjedzeniu zmutowanych ziemsko-cybertrońskich roślin kontaktuje się ze zmarłymi Transformerami w astralnym wymiarze, Megatron zjadający schwytanych Joes lub robiący sobie gustowny wisior z głowy pokonanego wroga, Ultra Magnus jako cybertroński Charon, gościnny występ bohaterów innej serii zabawek Hasbro – My Little Pony, czy też umocowanie konfliktu Cobra-G.I. Joe w mitologii celtyckiej.

Z jednej strony te i inne, równie ekscytujące sceny łączą się w satysfakcjonującą całość, a z drugiej pełna jest ona luk i przeskoków czasowych. To celowe założenie Scioliego, który wzoruje się na Grancie Morrisonie i jego Final Crisis. Każde przełożenie kartki oznacza nową sytuację. Rozmach i zasięg przedstawianych zdarzeń jest na tyle duży, że nie ma miejsca, żeby pokazać wszystko, panel po panelu. Bardzo dużo czytelnik musi sobie więc dopowiedzieć sam. Inny idol autora, Jack Kirby, robił podobnie duże logiczne przeskoki, ale na znacznie mniejszą skalę (pomiędzy panelami).

To, w połączeniu z liczbą postaci, lokacji i wątków sprawia, że nie zawsze jest to łatwa lektura. Zazwyczaj mi to przeszkadza, ale w tym przypadku po kilkunastu stronach czytelnik po prostu daje się porwać strumieniowi świadomości autorów, w którym wszystko się zlewa w jedną całość, i przestaje zwracać uwagę na szczegóły. W zrozumieniu i ogarnięciu ogromu informacji pomagają komentarze odautorskie do każdego zeszytu, które są integralną częścią opowieści. Twórcy omawiają w nich inspiracje, źródła pomysłów i założenia stojące za poszczególnymi scenami. Bo pomimo pozornej beztroski włożyli oni ogromny wysiłek w stworzenie komiksu. Współscenarzysta, John Barber, pracował wcześniej jako redaktor G.I. Joe i scenarzysta Transformers. Tom Scioli wykonał tytaniczną pracę w celu zapoznania się z kanonem opowieści o obu franczyzach. Pytany o stosunek do serii, wspomina jedynie o tym, że jak każdy oglądał kreskówki i bawił się zabawkami w dzieciństwie, a później od czasu do czasu wracał do komiksów, ale nigdy nie był szczególnie silnie z nimi związany. Dopiero gdy pojawił się pomysł na tę opowieść, zaczął nadrabiać zaległości. Wydaje mi się, że dzięki temu nie podchodził do materiału na klęczkach i mógł sobie pozwolić na daleko idące odstępstwa od tradycyjnych interpretacji.

Nie bez powodu wspomniałem wcześniej o Jacku Kirbym. Styl rysunku i prowadzenia opowieści Scioliego jest silnie wzorowany na Królu Komiksu. Wcześniejszy Gødland czyta się właściwie jak pastisz Kirby’ego. Tego twórcę też cechowała wspomniana w odniesieniu do Transformers vs G.I. Joe nieskrępowana fantazja i wyobraźnia. Omawiana seria jest rysowana inaczej. Jedynie prolog został stworzony w stylu przypominającym starsze komiksy autora. Od numeru pierwszego zdecydował się na zmianę sposobu rysowania. Dalej jest to bardzo dynamiczna, ekspresywna kreska i każdy ruch jest ekstremalny, przepełniony energią, ale silniej zaznacza się własny styl Scioliego. To on odpowiada za rysunki, liternictwo i kolory. Większość rysunków nie jest tuszowana. Cyfrowy kolor został naniesiony bezpośrednio na ołówkowe szkice rysownika. Efekt końcowy przypomina rysunki utalentowanego dziecka albo nastolatka. Surowsza forma świetnie współgra z treścią komiksu. Szczególnie fascynujące są całostronicowe plansze, które są bardzo gęste. Każdy centymetr papieru jest zarysowany. Wszędzie coś się dzieje. Niby przypomina to Kirby’ego, ale jego dwustronicowe rozkładówki często przedstawiały ogromne postacie, które zdawały się wykraczać poza dwa wymiary i były uwieczniane w ekstremalnych pozach pełnych energii. U Scioliego częściej widać większe grupy postaci, które nikną w kosmicznym wymiarze zmagań. Jest to wynikiem jego studiów nad wcześniejszymi komiksami. Larry Hama często w G.I. Joe przedstawiał oddziały i pojazdy opancerzone w mniejszej skali. Do tego dochodzi geometryczność i klockowatość projektów Transformerów. To wymusza więcej symetrycznych kompozycji. Z kolei Kirby stronił od symetrii. Na całość nałożono filtry, które mają sprawić, że komiks wygląda na dużo starszy, widać fakturę papieru. Szkoda, że nie uzyskano tego efektu, po prostu stosując inny papier niż kredowy.

Archaiczny styl rysunku wzorowany na Srebrnej Erze komiksu miał też wywołać wrażenie bezczasowości, klasyczności tego komiksu. Podobnie jak Batman: The Animated Series z lat 90., który przedstawia świat przypominający pierwszą połowę XX wieku. Ze względu na wykorzystanie niedzisiejszej estetyki nie da się na pierwszy rzut oka datować dzieła, więc zapobiega się jego starzeniu. Twórcy twierdzą, że komiks został przygotowany dla kogoś, kto niekoniecznie jest fanem zabawkowych franczyz Hasbro. Wydaje mi się, że przez uwolnienie od kanonów, obecnie wychodzących serii, dawnych zaszłości oraz koncentrację na esencjonalnych cechach postaci, do których łatwo możemy się odnieść, i fundamentalnym konflikcie stojącym u podstawy obu serii udało się to osiągnąć. Oczywiście znawcy serii wyciągną z tego komiksu dużo więcej niż laicy, dostrzegą wszelkie smaczki i odniesienia i będzie się im łatwiej odnaleźć oraz wypełnić luki pozostawione przez autorów.

Nie jest to też komiks do jednokrotnej lektury. Po zapoznaniu się z komentarzem autorów oraz poszerzaniem wiedzy o Transformerach i G.I. Joe na pewno będzie można dostrzec w nim nowe rzeczy i tym bardziej docenić tę serię, która ostatecznie zakończyła się na 15 odcinkach: prologu, 13 zeszytach i adaptacji komiksowej nieistniejącego filmu kinowego nakręconego na podstawie właściwej serii. Po zakończeniu serii Tom Scioli zaczął pisać scenariusz kompresujący całą historię do jednego zeszytu dla kogoś, kogo według niego cechuje estetyka kinowego blockbustera, np. Roba Liefelda. Ostatecznie zilustrował go sam i jak wspomina, było to udane zwieńczenie serii i świetna zabawa, bo nie goniły go już terminy, jak przy pracy nad resztą serii.

Twórcy mieli możliwość jej kontynuowania, ale jak sami przyznają, znaleźli dla niej odpowiednie zakończenie. Zaczęli też odczuwać zmęczenie, które zawsze pojawia się przy tworzeniu miesięcznika. Całość wraz z komentarzami, alternatywnymi okładkami i pin-upami zebrana została w potężnym twardookładkowym wydaniu, które polecam każdemu, kto szuka komiksów pomysłowych, wyrazistych i bawiących się materiałem źródłowym, oraz oczywiście fanom obu franczyz.

Sukces komercyjny i dobre recenzje komiksu pokazują też, że amerykański mainstream powinien coraz odważniej sięgnąć po twórców niezależnych. Po zakończeniu Transformers vs G.I. Joe Tom Scioli, poza kontynuacją swoich sieciowych projektów, pracował nad kilkustronicowymi historyjkami z bohaterami DC, które pojawiały się jako dodatek w zeszytach Cave Carson Has a Cybernetic Eye. W międzyczasie Ed Piskor (Hip Hop Family Tree, Wizzywig), z którym Tom dzieli studio, zaczął pracę nad X-Men: Grand Design dla Marvela. Mam nadzieję, że takie kolaboracje będą coraz częstsze, bo to komiksy, które wybijają się na tle przeciętności reszty oferty czołowych amerykańskich wydawnictw.

Konrad Dębowski

„Transformers vs G.I. Joe: The Quintessential Collection”
Scenariusz: John Barber i Tom Scioli
Rysunek: Tom Scioli
Kolor: Tom Scioli
Rok wydania: grudzień 2017
Wydawca oryginalny: IDW Publishing
Liczba stron: 420
Format: 190 x 280 mm
Oprawa: twarda, punktowo lakierowana
Papier: kredowy
Druk: kolor
Cena z okładki: $49,99

, ,

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *