<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Strona KZET &#187; Recenzja</title>
	<atom:link href="http://kzet.pl/category/recenzja/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kzet.pl</link>
	<description>Strona KZET</description>
	<lastBuildDate>Wed, 23 May 2012 06:35:48 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Miecz nieśmiertelnego tom 22</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/05/miecz-niesmiertelnego-tom-22.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/05/miecz-niesmiertelnego-tom-22.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 23 May 2012 06:35:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=10544</guid>
		<description><![CDATA[
MIECZ NIEŚMIERTELNEGO TOM 22
 

Każdy kolejny tom „Miecza nieśmiertelnego” to przyjemność porównywalna z nowym odcinkiem ulubionego serialu TV, jednak doskonale naoliwiona machina Hiroakiego Samury zaczyna, niestety, poskrzypywać. Nadal jest to opowieść trzymająca w napięciu, lecz jakoś zgubił się kierunek, do którego wszystko zmierzało.
W poprzednim cyklu wydawało się już niemal, że Manji sprzymierzy się z Itto [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p></strong></p>
<p class="tytul"><big>MIECZ NIEŚMIERTELNEGO TOM 22</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/mn22.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/mn22.jpg" alt="222x300" width="125" height="160" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Każdy kolejny tom „Miecza nieśmiertelnego” to przyjemność porównywalna z nowym odcinkiem ulubionego serialu TV, jednak doskonale naoliwiona machina Hiroakiego Samury zaczyna, niestety, poskrzypywać. Nadal jest to opowieść trzymająca w napięciu, lecz jakoś zgubił się kierunek, do którego wszystko zmierzało.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W poprzednim cyklu wydawało się już niemal, że Manji sprzymierzy się z Itto Ryu w walce ze wspólnym wrogiem &#8211; szogunatem, jednak nagle wszystko wraca znów do normy &#8211; przywódca Itto, Anotsu Kagehisa, powraca na drogę występku, Rin toczy sobie z Anotsu pogawędki na trawie, a po chwili znów chce jego śmierci. Dojo, które zostało spalone &#8211; wraca do życia, brakuje jeszcze tylko, żeby wróciła siostra głównego bohatera i staruszka, która obdarzyła go nieśmiertelnością, a będziemy znów w pierwszym tomie. Tylko po co?</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jedyny ciekawy progres fabularny to walka córki Habakiego Kagimury &#8211; Ryo z Magotsu Taito, który wcześniej przeciął Manjiego na pół i walczył jak równy z równym z innym twardzielem &#8211; Giichim. Nie będę uprzedzał, jak się zakończyła, bo zepsułbym najlepszy fun tego tomiku.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Ogólnie wydaje mi się, że cykl ten bardzo by zyskał, gdyby autor trochę bardziej skupił się na wątkach historycznych, bo one są tu obecne ale nawet nie na drugim planie, ale gdzieś w ogóle w tle, a przecież przełom XVIII i XIX wieku to fascynujący okres epoki Edo, kiedy Nippon otwierał się na świat zewnętrzny wskutek wzmożonego zainteresowania Rosji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jeśli w kolejnych tomach znów będziemy świadkami tropienia przeciwników, zastawiania pułapek, pojedynków i zaskakujących sojuszy, to może się okazać, że nawet najwięksi fani cyklu stracą cierpliwość. Z Itto Ryu zostało już tylko czterech wojowników mogących równać się z Manjim, Giichim czy nową ekipą Kagimury. Za chwilę Manji znów będzie musiał przyjść im z pomocą, zamiast pozbawiać ich życia &#8211; dla równowagi. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/mn221.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8950" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="mn221" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/mn222.jpg" alt="" width="610" height="220" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W Japonii ukazało się jak dotąd dwadzieścia osiem tomików, więc jeszcze co najmniej pięć przed nami. Liczę na to, że niedługo znowu warto będzie po nie sięgnąć nie tylko ze względu na oszałamiającą grafikę, ale też za sprawą zataczającej coraz szersze kręgi opowieści.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W tej chwili głównym powodem, dla którego z chęcią rzucę się na kolejny tomik, jest odpowiedź na pytanie &#8211; czy Habaki Kagimura popełni harakiri? To postać na tyle wielowymiarowa &#8211; z jednej strony skończony łotr, z drugiej honorowy samuraj i czuły ojciec &#8211; czy rzeczywiście scenarzysta zdecyduje się poświęcić tak ciekawego bohatera? Znając zasady dawnego przywódcy straży pałacowej, tylko jeden człowiek mógłby go odwieść od samobójstwa &#8211; sam szogun &#8211; Ienari Tokugawa. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Miecz nieśmiertelnego” to wciąż moja ulubiona seria, jaka ukazuje się nad Wisłą. Aż szkoda, że kolejne tomy pojawiają się tak rzadko. Nieczęsto zdarza się, by jakiś cykl przemówił do mnie tak pozytywnie zarówno od strony graficznej, jak i fabularnej. Zaletą „Miecza&#8230;” jest wiarygodność psychologiczna postaci i unikanie nadmiernych uproszczeń, dodatkowo japoński sposób myślenia wciąż stanowi pewną nowość i dodaje wspaniałego kolorytu tej historii.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Byłoby miło, gdyby Hiroaki Samura miał jakiś pomysł, dokąd doprowadzić tę serię, a następnie ją zamknął w epickim stylu, ponieważ najgorsze co mogłoby spotkać Manjiego i Rin, to snuć się bez celu po gościńcach Japonii i od czasu do czasu przebić mieczem jakiegoś zagubionego przedstawiciela Itto Ryu. Oby tak się nie stało.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Arek Królak</p>
<p class="stopka"><strong><br />
„Miecz nieśmiertelnego” tom 22</strong><br />
Wydawnictwo: Egmont<br />
Data wydania: 3/2012<br />
Wydawca oryginalny: Kodansha Ltd.<br />
Liczba stron: 216<br />
Format: 115&#215;180 mm<br />
Oprawa: miękka<br />
Papier: offsetowy<br />
Druk: czarno-biały<br />
Wydanie: I<br />
Cena z okładki: 24,99 zł </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/05/miecz-niesmiertelnego-tom-22.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fantasy Komiks #16</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/05/fantasy-komiks-16.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/05/fantasy-komiks-16.html#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 15 May 2012 08:04:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=10532</guid>
		<description><![CDATA[
FANTASY KOMIKS #16
 

Lato przygrzewa (gdy piszę tę recenzję, mamy w Warszawie około trzydzieści stopni), a „Fantasy Komiks” oferuje nam dwie historie osadzone w górach podczas śnieżnych zamieci. Przypadek czy też celowy zabieg ochłodzenia nas nieco mrocznymi, zimowymi klimatami? Raczej przypadek, ale lektura jak najbardziej przyjemna. 
Antologia „Fantasy Komiks” ma tę cechę, że ilekroć otwieram [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p></strong></p>
<p class="tytul"><big>FANTASY KOMIKS #16</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/fk161.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/fk161.jpg" alt="222x300" width="135" height="180" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Lato przygrzewa (gdy piszę tę recenzję, mamy w Warszawie około trzydzieści stopni), a „Fantasy Komiks” oferuje nam dwie historie osadzone w górach podczas śnieżnych zamieci. Przypadek czy też celowy zabieg ochłodzenia nas nieco mrocznymi, zimowymi klimatami? Raczej przypadek, ale lektura jak najbardziej przyjemna. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Antologia „Fantasy Komiks” ma tę cechę, że ilekroć otwieram ją na ASP, zaraz zlatuje się grupa kolegów i koleżanek zaintrygowanych ilustracjami&#8230; Nie muszę się zatem rozpisywać, że strona graficzna każdej z historii jest jej mocnym punktem. Wystarczy spojrzeć na kilka pierwszych stron pierwszej opowieści, którą jest „Przysięga: Pieśń Anoroera”. Wspaniała, miejscami całkiem ambitna historia osadzona w średniowiecznej krainie. Choć posiada „tradycyjne” krucjaty przeciw smokom, na pierwszym miejscu stawia wątki polityczne. Wywodząca się z olbrzymów monarchia musi stawić czoło zagrożeniu w postaci wojny domowej, a po drodze zdrady, spiski i cała masa konfliktów wewnętrznych bohaterów. Najdojrzalsza historia w tomie, być może na swój sposób warta ceny numeru. Jeśli ktoś jest fanem serialu „Gra o tron”, powinna mu idealnie strzelić w gusta.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">       Bez dwóch zdań ten odcinek „Łowców smoków” podobał mi się o wiele bardziej od wcześniejszego. Historia trzyma co prawda ten sam poziom i nie ma tak zapierających dech w piersi panoram niezwykłego świata. Co uczyniło opowieść ciekawszą, to główne bohaterki. Jak wspomniałem, recenzując ostatni numer, obie „heroski” były sztywne, nudne jak flaki z olejem i wydawały się być kolejnymi postaciami kobiecymi, które istnieją tylko po to, by się „ładnie prezentować męskiemu czytelnikowi”. Tu zastąpiono je kompletnie innym duetem (jak rozumiem, każda historia będzie prezentować inny zestaw postaci), który dla odmiany ukazuje szukające zwady, „grzeszne” i tryskające energią osobistości – i już to daje kop energii, który ożywia całą historię.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/fk1612.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8950" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="fk1612" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/fk163.jpg" alt="" width="620" height="208" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">      Wreszcie mamy kolejną część sagi „Lasy opalu”. Darko i jego bliscy muszą dotrzeć na kraniec świata w celu odnalezienia tytanów, którzy pomogą obalić będących u władzy kapłanów. Bohaterowie przemierzają nieprzebyte dotąd pasmo górskie, po drodze mając kilka standardowych przygód: od lawin, po „noclegi w karczmach” i spotkania z zamieszkującymi śnieg hybrydami węży i płaszczek (hmm&#8230; oryginalne). </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">         Aż dziwne jednak, że na okładce ciągle widnieje hasło „HUMOR”. Dziwne, gdyż ten numer jest kompletnie z niego wyzbyty. Gdzieś zniknęły krótkie komediowe historyjki, które – przyznaję &#8211; nie były nigdy niczym więcej jak tycim, sympatycznym dodatkiem, ale jednak stanowiły jakieś urozmaicenie całości. Szkoda. Jakoś zatęskniłem ostatnio za magazynami komiksowymi, jak świętej pamięci „Świat Komiksu”, które umiały urozmaicić numer opowieściami kierowanymi do różnych grup wiekowych i osób o rozmaitych gustach. Być może jakaś dłuższa, nieco bardziej „kreskówkowa” historia tylko przyciągnęłaby fanów, którzy poza mrocznymi tułaczkami lubią od czasu do czasu fantasy z przysłowiowym „jajem”.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">  Naprawdę, nie mam nic do dodania&#8230; Kupować, bo warto! </p>
<p class="maly" style="color: grey;">Maciej Kur</p>
<p class="stopka"><strong><br />
„Fantasy Komiks #16”</strong><br />
Scenariusze : David, Ange, Arleston<br />
Rysunki : Bougier, Briones, Pellet<br />
Kolory Paitreau, Goussale<br />
Tłumaczenie : Maria Osiewicz, Magdalena Cholewa, Katarzyna Wójtowicz<br />
Oprawa : miękka<br />
Ilość stron : 148;<br />
Druk : kolorowy;<br />
Papier : kredowy;<br />
Wydawnictwo : Egmont</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/05/fantasy-komiks-16.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kajtek i Koko: Opowieści Koka</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/05/kajtek-i-koko-opowiesci-koka.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/05/kajtek-i-koko-opowiesci-koka.html#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 May 2012 10:13:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=10516</guid>
		<description><![CDATA[

KAJTEK I KOKO: OPOWIEŚCI KOKA
 

Kolejny tom gromadzący efekty twórczości Janusza Christy z czasów jego współpracy z „Wieczorem Wybrzeża” nie zawodzi. W odróżnieniu od „Profesora Kosmosika” tym razem „scenę” niemal w całości wypełniła korpulentna postać Koka. Co więcej, okazuje się, że i bez asysty Kajtka rzeczony radzi sobie nie gorzej niż w duecie. 
Podobnie jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong></p>
<p></strong></p>
<p class="tytul"><big>KAJTEK I KOKO: OPOWIEŚCI KOKA</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koka1.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koka1.jpg" alt="222x300" width="135" height="170" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Kolejny tom gromadzący efekty twórczości Janusza Christy z czasów jego współpracy z „Wieczorem Wybrzeża” nie zawodzi. W odróżnieniu od „Profesora Kosmosika” tym razem „scenę” niemal w całości wypełniła korpulentna postać Koka. Co więcej, okazuje się, że i bez asysty Kajtka rzeczony radzi sobie nie gorzej niż w duecie. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Podobnie jak miało to miejsce w przypadku co najmniej kilku spośród dotychczas wydanych tomów tej niezwykłej serii, także w niniejszym odnajdziemy więcej niż jedną opowieść. W pierwszej z nich, jak nietrudno domyślić się po tytule („Arktyczna wyprawa”), Koko wyrusza ku Biegunowi Północnemu. W toku obfitującego w surrealistyczny humor wojażu kłopotliwy załogant „Kakaryki” zyskuje okazję napotkania całego tabunu oryginalnych osobowości. Okazuje się bowiem, że Arktyka w wykonaniu Christy aż roi od niewolnych od absurdu postaci, z którymi tytułowy bohater wchodzi w dowcipne interakcje. O ile jednak we wspomnianej opowieści autor raz po raz daje wyraz imponującej błyskotliwości, generując humor (zazwyczaj w sytuacjach, po których przynajmniej część czytelników prawdopodobnie nigdy by się tego nie spodziewała), o tyle przy okazji kolejnej („Przemytniczy szlak”) twórca dał autentyczny popis swego – nie bójmy się tego słowa – geniuszu. Bo z pozoru trywialny koncept zamustrowania głównego bohatera w skład załogi parającej się kontrabandą prędko ewoluuje ku rozwiązaniom fabularnym, wobec których trudno nie chylić czoła. Tym bardziej, że proces produkcyjny dla „Wieczoru Wybrzeża” zapewne niejednokrotnie wymuszał konieczność improwizacji. Inwencja sopockiego twórcy zdaje się tutaj wręcz niespożyta, a zabiegi Koka na rzecz „nawrócenia” przemytników lawirują ku wyżynom pure nonsensu, którego zapewne nie powstydziłby się nawet Tadeusz Baranowski. Schemat ujęcia fabuły jest w przypadku obu opowieści identyczny: narratorem rozwoju wydarzeń jest sam tytułowy bohater, który nadaje im swoistą, zazwyczaj odbiegającą od rzeczywistej, interpretację. Formuła ta sprawdza się znakomicie, obfitując w mnóstwo autentycznie zabawnych gagów. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koka2.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8950" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="koka2" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koka3.jpg" alt="" width="520" height="178" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Finalną część tegoż tomu tworzy zbiór epizodów stanowiących „zapis” urlopowych perypetii Kajtka i Koka. Również i w tym przypadku Christa potwierdził wyjątkowość swego talentu. Bo pomimo upływu niemal pół wieku od chwili ich pierwodruku ogrom zawartego tu humoru ani trochę nie stracił na swej „sile rażenia”. Tym samym „Na wakacjach” z powodzeniem może konkurować zarówno z klasykami komiksu prasowego, jak i współczesnymi ich odpowiednikami. Warto przy tym nadmienić, że podobnie jak w przypadku innych opowieści mistrza Janusza, również tutaj nie zabrakło dyskretnie zakamuflowanej krytyki systemu politycznego, w jakim przyszło spędzić mu większość życia. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">O ile „Poszukiwany Zyg-Zak” oraz „Profesor Kosmosik” zawierały prace z okresu kształtowania się niepowtarzalnej stylistyki Christy, o tyle w niniejszym tomie mamy do czynienia z pełni uformowaną manierą, za którą zwykły go wielbić pokolenia fanów jego twórczości. Ciekawostką albumu jest również zamieszczenie niektórych „pasków” ze zmienionymi przez Janusza Christę tekstami (prawdopodobnie miało to miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to po raz pierwszy planowano albumową edycję „Opowieści Koka”). Szerzej o tym nurtującym fanów Kajtka i Koka zagadnieniu wspominali twórcy bloga „Na plasterki!!!” i tam też zamieszczono reprografie zawierające pierwotne wersje tych epizodów. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Znakomita lektura dla wszystkich wielbicieli dobrego humoru, która z powodzeniem oparła się próbie czasu! </p>
<p class="maly" style="color: grey;">Przemysław Mazur</p>
<p class="stopka"><strong><br />
„Kajtek i Koko: Opowieści Koka”</strong><br />
Tekst i rysunki: Janusz Christa<br />
Przygotowanie do druku: Arkadiusz Salamoński<br />
Wydawca: Egmont Polska<br />
Data premiery: grudzień 2011 r.<br />
Okładka: twarda<br />
Format: 17,5 x 26 cm<br />
Papier: offset<br />
Druk: czarno-biały<br />
Liczba stron: 208<br />
Cena: 59,90 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/05/kajtek-i-koko-opowiesci-koka.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Avengers &#8211; recenzja filmu</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/05/avengers-recenzja-filmu.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/05/avengers-recenzja-filmu.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 09 May 2012 12:12:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>chudy</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=10489</guid>
		<description><![CDATA[

AVENGERS
KIEDY KOMIKS STAJE SIĘ RZECZYWISTOŚCIĄ
 

Nie ukrywam, że na nowy film Jossa Whedona szedłem z wypiekami na twarzy. Niedawno uświadomiłem sobie, że czekałem na ten film od dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy poznałem przygody marvelowskich Mścicieli. Oczekiwałem od tej produkcji bardzo wiele, ale to, co otrzymałem, przekroczyło moje najśmielsze marzenia…
Sam nie wiem od czego zacząć. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>AVENGERS</big></p>
<p class="tytul2"><big>KIEDY KOMIKS STAJE SIĘ RZECZYWISTOŚCIĄ</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href=" avengers-movie-poster-1.jpg " target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-6171" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="thorfilm1" src=" http://kzet.pl/wp-content/uploads/avengers-movie-poster-1-e1336564637695.jpg" alt="" width="104" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Nie ukrywam, że na nowy film Jossa Whedona szedłem z wypiekami na twarzy. Niedawno uświadomiłem sobie, że czekałem na ten film od dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy poznałem przygody marvelowskich Mścicieli. Oczekiwałem od tej produkcji bardzo wiele, ale to, co otrzymałem, przekroczyło moje najśmielsze marzenia…</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Sam nie wiem od czego zacząć. Czy od obsady, dzięki której bohaterowie Marvela zyskali odzwierciedlenie w świecie rzeczywistym? Czy może od efektów specjalnych, które zapierają dech w piersiach, wgniatają w fotel i sprawiają, że wszystkie inne filmy rozrywkowe wyglądają niczym półamatorskie produkcje zaliczeniowe pierwszego roku filmówki? Może od oprawy muzycznej zaserwowanej przez niezastąpionego ostatnio Alana Silvestriego? Kiedy nie wiadomo, od czego zacząć, krótko zacznę od końca – same napisy końcowe biją na głowę większość regularnych filmowych czołówek.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Będę przeklęty, jeżeli nie jest to najlepszy rozrywkowy film, jaki widział ten świat. Poważnie. Jest w „The Avengers” wszystko to, czego oczekuje się od widowiskowego kina akcji – jest niesamowita, agresywna dynamika; jest szybko, intensywnie, potężnie. To pierwsza superprodukcja, w której autentycznie widać budżet. Oficjalnie wynosił on początkowo dwieście dwadzieścia milionów dolarów, by w efekcie dobić do około trzystu milionów! Ale wyłożone miliony nie poszły na marne, otrzymujemy bowiem ponad dwie i pól godziny najwyższej klasy czystej rozrywki. Tu nie ma ciężaru gatunkowego filmów o Batmanie (sorry Chris, wiesz, że to prawda), nie ma silenia się na sztuczną powagę Transformerów (Michael, pojawienie się Galvatrona to zły pomysł, naprawdę), jest za to kompletnie komiksowy, oderwany od rzeczywistości klimat w stylu „Thora” i obu „Iron Manów”. Początkowo zresztą za kamerą przy „The Avengers” miał stanąć Jon Favreau, autor dwóch części przygód Człowieka-Żelazko, jednak uznał postać Thora za zbyt fantastyczną. Jego strata, Whedon zbiera oklaski. Wracając do kosmicznej sumy zielonych banknotów, jakie zostały wyłożone na potrzeby fantazyjnych wizji, ich zapach czuć zwłaszcza w scenach bitewnych – pojedynki są wręcz wzorcowe, jeśli chodzi o kino superbohaterskie. Startujący Helicarrier S.H.I.E.L.D. przywodzi na myśl monumentalne sylwetki Imperial Star Destroyerów, natomiast wielka inwazja i obrona Manhattanu ocieka wręcz epickością. Można by rzec, że to taka bitwa o Minas Tirith w świecie Marvela. Gruz sypie się na głowy, samoloty fruwają w powietrzu jak liście na wietrze, a pośród tego wszystkiego ONI…</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/Robert-Downey-Jr.-stars-as-Iron-Man-in-The-Avengers-2012.jpg " target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-6174" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title=" Robert-Downey-Jr.-stars-as-Iron-Man-in-The-Avengers-2012" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/Robert-Downey-Jr.-stars-as-Iron-Man-in-The-Avengers-2012-e1336564899889.jpg " alt="" width="681" height="160" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Właśnie, ONI. The Avengers, drużyna złożona z jednostek ponadprzeciętnych, obdarzonych specyficznymi umiejętnościami lub nadludzkimi mocami, mającymi jednak jedną wspólną cechę – każde z nich jest w mniejszym lub większym stopniu indywidualistą&#8230; Rzućmy zatem okiem na wybrańców:</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">* Natasza Romanoff aka Black Widow (Scarlett Johansson) to perfekcyjnie wyszkolona najemna zabójczyni, która jest tak samo niebezpieczna w kostiumie wojskowym, jak w sukni wieczorowej, o czym boleśnie przekonuje się grający gościnną rolę epizodyczną Jerzy Skolimowski.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">* Clinton Barton aka Hawkeye (Jeremy Renner) także jest najemnikiem, agentem S.H.I.E.L.D., przez złośliwych nazywanym The Most Useless Hero Ever (zaraz za Aquamanem z DC). Jego atrybutem jest łuk, z którego strzela faktycznie celnie, jednakowoż zapomina, że ma ograniczoną ilość strzał w swoich elektronicznie sterowanym kołczanie. Aczkolwiek w filmie jego postać wypada całkiem nieźle.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">* Steve Rogers aka Captain America (Chris Evans) chyba nie wymaga przedstawienia. Superżołnierz, który w pojedynkę wygrał II wojnę światową, zlikwidował Hitlera, powstrzymał szalone plany nie mniej szalonego Red Skulla, a potem stwierdził, że pora odpocząć. Uciął więc sobie siedemdziesięcioletnią drzemkę w podlodowcowym łóżku, by po przebudzeniu stanąć u boku nowych kolegów (i koleżanki) w kolejnej wojnie. Zróżnicowane rozrywki to podstawa zdrowego życia.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">* Dr Bruce Banner aka Hulk (Mark Ruffalo) jest nieprzeciętnie inteligentnym naukowcem, który w wyniku swojego własnego, nieprzeciętnego eksperymentu z promieniowaniem gamma doprowadził do powstania własnego alter ego w postaci wielkiego, zielonego czołgu, który niszczy wszystko na swojej drodze. HULK SMASH!</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/NewAvengersScreenshots.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-6174" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="NewAvengersScreenshots " src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/NewAvengersScreenshots-e1336564872724.jpg" alt="" width="681" height="160" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">* Thor (Chris Hemsworth) ma zaszczyt być synem samego Odyna, boga bogów. Obiecał bronić Ziemi po tym, jak prawie została zniszczona na skutek jego pychy i arogancji. Teraz się zmienił, jest melancholijny, rozważny i tylko czasami zdarza mu się usmażyć kogoś ściągniętym z niebios piorunem. Jako bóg ma zdecydowaną przewagę nad resztą drużyny, a mianowicie jest nieśmiertelny. Punkt dla niego.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">* Tony Stark aka Iron Man (Robert Downey Jr) to zdecydowanie i bezsprzecznie największa gwiazda zespołu. Geniusz, miliarder, playboy, filantrop, czasem miewający problemy z alkoholem, otaczający się pięknymi kobietami, mnóstwem gadżetów, jakich nie ma nawet S.H.I.E.L.D., właściciel najbardziej innowacyjnej firmy na świecie – Stark Industries. Ostatnimi laty jest też niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym członkiem The Avengers, głównie za sprawą fenomenalnej kreacji Roberta Downeya Jr, który tchnął w Tony’ego Starka 101% jego komiksowego ducha.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/avengers4.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-6174" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="avengers4 " src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/avengers4-e1336564790678.jpg " alt="" width="681" height="160" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Ten film nie byłby tym, czym jest, gdyby nie obsada. Nie przesadzę, jeżeli uznam postacie Starka, Thora, Hulka i Lokiego za najjaśniejsze punkty nowej produkcji spod znaku Marvela. Fantastyczna gra aktorska odzwierciedlająca komiksowe portrety bohaterów, naturalność i luz, z jakim poruszają się w filmowym świecie ich odtwórcy, wszystko to sprawiło, że dialogi i interakcje między tą właśnie czwórką dostarczają ogromnej porcji humoru i zabawy. Całkiem nieźle wypada też Samuel L. Jackson jako zarządzający S.H.I.E.L.D. Nick Fury, jednak nie jest to rola powalająca na kolana. Stellan Skarsgård dostał właściwie epizodyczną, acz bardzo ważną rolę profesora Erika Selviga (pamiętamy go z „Thora”), i jak zwykle wywiązał się z zadania idealnie. Na tym tle słabiutko wygląda pozostała trójka, czyli Chris Evans, Jeremy Renner i Scarlett Johansson. Oczywiście ta ostatnia ma przede wszystkim wyglądać i tutaj nie można jej nic zarzucić, jednak Black Widow w jej wykonaniu jest strasznie przeciętna, nie ma żadnej cechy, która wyróżniałaby ją spośród innych najemników. Podobnie sprawa ma się z Hawkeye&#8217;em, będącym ot, zwykłym agentem, tyle że świetnie strzelającym z łuku. Cap America w wykonaniu Evansa to największy, najbardziej lalusiowaty i denerwujący superbohater w historii. Zachowuje się niczym egzaltowana panienka, porusza się w kategoriach jakiegoś dziwnego, archaicznego pojęcia honoru, co nie przeszkadza mu oczywiście atakować wrogów od tyłu, od góry i z zaskoczenia. Do tego wygląda strasznie kretyńsko w swoim niemodnym od siedemdziesięciu lat kostiumie.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Tyle o bohaterach, pora na przeciwników. Oczywiście na główny plan wysuwa się nasz ulubieniec Loki, grany absolutnie wspaniale przez Toma Hiddlestona. Filmowy Loki jest świetny – zły, podstępny, przebiegły, nieprzeciętnie inteligentny, chociaż zdarza mu się robić głupoty (HULK SMASH!), to suma summarum wychodzi na całkiem wymagającego przeciwnika. Nie każdy potrafi skłócić drużynę współpracowników siedząc zamkniętym w szklanej kapsule. Nie każdy też namówiłby na współpracę przy inwazji na Ziemię samego T… Aaa, nieważne właściwie. Obejrzycie, może rozpoznacie. Loki wyposażony w swoją magiczną dzidę sprawia wrażenie naprawdę niezłego badassa, co w kilku miejscach udowadnia dosyć dobitnie. Wspomagany przez armię kosmicznych wojów wesoło obraca Nowy Jork w pył, podczas gdy Avengersi dwoją się i troją, by powstrzymać ten ocean zła i nienawiści. Do tego ten dziki, szalony wyraz twarzy Hiddlestona. Zacna kreacja.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/the-avengers-hulk-pics-7a207.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-6174" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="the-avengers-hulk-pics-7a207" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/the-avengers-hulk-pics-7a207-e1336564928726.jpg " alt="" width="681" height="160" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Czymże byłby film Marvela bez dobrej oprawy dźwiękowej! I nie mam tu na myśli przeszywających bębenki uszne ryków Hulka, ale ścieżkę dźwiękową. Nasz ulubieniec, Alan Silvestri, po raz kolejny zrobił kawał dobrej roboty, podobnie jak miało to miejsce przy okazji „Kapitana Ameryki”. Ten niezwykle utalentowany kompozytor jest jedną z najciekawszych postaci w świecie muzyki filmowej. Potrafi muzyką idealnie oddać to, co dzieje się aktualnie na ekranie, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej wartości artystycznej swojego dzieła. Po projekcji filmu słuchałem ścieżki dźwiękowej i przyznam, że nawet nie mając przed oczami kadrów z „The Avengers”, muzyka Silvestriego broni się sama. Oprócz kompozycji orkiestrowych usłyszymy także kilka dobrych, rockowych kawałków z nieśmiertelnym „Shoot To Thrill” AC/DC na czele. Ten rockowy numer chyba na stałe zostanie już przypisany do postaci Iron Mana.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Pomimo iż jest w „The Avengers” kilka absurdalnie głupich momentów, nie niszczą one zupełnie odbioru całości. W swojej klasie ten film jest nie do pobicia; jest absolutnie fantastycznie zrealizowany, wspaniały wizualnie, aktorsko i reżysersko. Ostatnio coraz częściej zaczyna się dyskutować w Internecie o zestawieniu „The Avengers” z nadchodzącym „The Dark Knight Rises” i powiem to z pełną odpowiedzialnością – choćby Bane złamał tam kręgosłupy wszystkim filmowym Batmanom, zniszczył wszystkie filmowe Gotham i spłodził dziecko z Jokerem, dzieło Christophera Nolana nie ma najmniejszych szans na pokonanie Mścicieli, a z to z jednego bardzo prostego powodu: „The Avengers” to adaptacja, która udowadnia, że można przenieść świat komiksu do rzeczywistości w niemalże niezmienionej formie i zrobić z tego świetną zabawę. Nolanowski „Batman” musi silić się na skomplikowane psychologiczne chwyty, struktury i zabiegi, przez co staje się najzwyczajniej w świecie za ciężki dla widza. Nie oszukujmy się, w tym roku rządzą tylko jedni bohaterowie.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">ASSEMBLE!!!</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;"><em>Dziękujemy Forum Film Poland za możliwość uczestniczenia w pokazie prasowym filmu.</em></p>
<p class="maly" style="color: grey;">Michał Jadczak</p>
<p class="stopka"><strong>„Avengers”</strong><br />
Scenariusz i reżyseria: Joss Whedon<br />
Muzyka: Alan Silvestri<br />
Zdjęcia: Seamus McGarvey<br />
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Evans, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, Chris Hemsworth, Samuel L. Jackson, Cobie Smulders, Mark Ruffalo, Gwyneth Paltrow, Tom Hiddleston, Paul Bettany (głos), Stellan Skarsgård, Lou Ferrigno (głos), Clark Gregg, Jerzy Skolimowski<br />
Producent: Kevin Feige<br />
Producenci wykonawczy: Victoria Alonso, Avi Arad, Louis D’Esposito, Jon Favreau, Alan Fine, Jeremy Latcham, Stan Lee, Patricia Whitcher<br />
Produkcja: Marvel Enterprises – Marvel Studios we współpracy z Paramount Pictures, USA 2012<br />
Montaż: Jeffrey Ford, Paul Rubell<br />
Scenografia: James Chinlund<br />
Kostiumy: Alexandra Byrne<br />
Czas: 155 min.<br />
Premiera światowa: 04.05.2012<br />
Premiera polska: 11.05.2012<br />
Dystrybucja w Polsce: Forum Film Poland</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/05/avengers-recenzja-filmu.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Thorgal: Kriss de Valnor #2 &#8211; Wyrok walkirii</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/05/thorgal-kriss-de-valnor-2-wyrok-walkirii.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/05/thorgal-kriss-de-valnor-2-wyrok-walkirii.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 02 May 2012 09:37:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>chudy</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=9978</guid>
		<description><![CDATA[

THORGAL: KRISS DE VALNOR #2 &#8211; WYROK WALKIRII
 

Uniwersum Thorgala kontynuuje natarcie – właśnie ukazał się po polsku ciąg dalszy spin-offu poświęconego postaci Kriss de Valnor.
W tomie zatytułowanym „Wyrok walkirii” Kriss kontynuuje swoją spowiedź przed trybunałem bogini Freyji, zaś fabuła rozpoczyna się w zasadzie bezpośrednio po zakończeniu poprzedniej części: mamy więc zakończenie wątku pana Alhardu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>THORGAL: KRISS DE VALNOR #2 &#8211; WYROK WALKIRII</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/ okladka-kris-de-valnor-2.jpg" target="_blank"><img class="alignright" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" src=" http://kzet.pl/wp-content/uploads/okladka-kris-de-valnor-2-e1335951222179.jpg " /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Uniwersum Thorgala kontynuuje natarcie – właśnie ukazał się po polsku ciąg dalszy spin-offu poświęconego postaci Kriss de Valnor.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W tomie zatytułowanym „Wyrok walkirii” Kriss kontynuuje swoją spowiedź przed trybunałem bogini Freyji, zaś fabuła rozpoczyna się w zasadzie bezpośrednio po zakończeniu poprzedniej części: mamy więc zakończenie wątku pana Alhardu i jego córki, zemstę Kriss za doznane w dzieciństwie krzywdy i wreszcie wydarzenia, które bezpośrednio doprowadziły do spotkania Kriss z Thorgalem w tomie „Łucznicy”.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Komiks Sentego i De Vity nie jest jakoś strasznie zły; czyta się go płynnie i w miarę bezboleśnie. Mam jednak do niego dwa poważne zastrzeżenia. Po pierwsze, scenariusz jedzie po najmniejszej linii oporu. Wątek krzywd doznanych przez Kriss w dzieciństwie to najbardziej wyświechtana klisza fabularna, jaką można sobie w kontekście takiej postaci wyobrazić. Oczywiście, wybierając na głównego bohatera postać negatywną, trzeba ją jakoś uczłowieczyć, urealnić, dodać przekonujące motywy postępowania. Tylko dlaczego, na litość boską, robić to tak przewidywalnie, płasko i bez ikry? Zdaje się, że Sente i jego zwierzchnicy nie mają o swoich czytelnikach zbyt dobrego zdania, skoro uznali, że to wystarczy. Otóż w dobie współczesnej kultury masowej, po takich serialach telewizyjnych jak „Breaking Bad” czy „Rodzina Soprano”, stanowczo nie wystarczy.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Drugi mój zarzut dotyczy nadmiernej skrótowości fabuły. Nie mam pojęcia, po co Sente tak się spieszy z opowieścią, nie pozwalając w ogóle wybrzmieć najbardziej dramatycznym momentom. W pierwszym tomie wątek niewolnictwa Kriss został załatwiony na kilku stronach (mimo że w świecie przedstawionym trwać musiał co najmniej kilka miesięcy), w drugim podobnie zaprezentowana została kwestia <strong>(uwaga: spoiler!)</strong> ciąży Kriss. W efekcie czytelnik nie ma w ogóle szansy podelektować się tragizmem sytuacji, rozsmakować w emocjach postaci, bo po przewróceniu kartki jest już po sprawie. Gdyby całą zawartość tych dwóch albumów rozpisać na pięć &#8211; sześć tomów, ta historia naprawdę byłaby co najmniej o klasę lepsza.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/kris-de-valnor-p20.jpg " target="_blank"><img class="aligncenter" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/kris-de-valnor-p20-e1335951330757.jpg " /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Niestety, w dalszym ciągu nie podobają mi się rysunki Giulio De Vity. Gruba krecha Włocha nijak nie pasuje mi do świata wykreowanego przez subtelną kreskę Grzegorza Rosińskiego. Pojedyncze kadry można uznać za udane, w scenografiach czy przyrodzie widać czasem echa tego, co zrobił wcześniej nasz mistrz, ale całość – zwłaszcza w kontekście innych komiksów De Vity – robi wrażenie niechlujstwa. Nie najlepsze doznania wizualne dopełnia jeszcze wyjątkowo słaba graficznie okładka – nie wiem, co się stało Rosińskiemu, ostatnie jego okładki to przecież same perełki.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Pierwszy tom serii sugerował, że całość zrealizowana zostanie w formie retrospekcji &#8211; spowiedzi Kriss przed boskim trybunałem, zaś Freyja wyda swój wyrok w finale ostatniej części. Tymczasem wyrok zapada już w drugim tomie (czy muszę dodawać, że jest przewidywalny i można się go domyślić od samego początku?), co oznacza, że w kolejnych tomach zobaczymy po prostu kolejne przygody pięknej femme fatale. Czy autorzy będą w stanie zachwycić czytelników przyszłością Kriss de Valnor, skoro nie byli w stanie zachwycić (potencjalnie przecież znacznie bardziej intrygującą) przeszłością? Jak to mówią &#8211; przypuszczam, że wątpię.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Michał Siromski</p>
<p class="stopka"><strong>„Thorgal: Kriss de Valnor #2 &#8211; Wyrok walkirii”</strong><br />
Scenariusz: Yves Sente<br />
Rysunek: Giulio De Vita<br />
Okładka: Grzegorz Rosiński<br />
Tłumaczenie: Wojciech Birek<br />
Wydawnictwo: Egmont<br />
Tytuł oryginalny: Les Mondes de Thorgal: Kriss de Valnor: La Sentence des Walkyries<br />
Wydawca oryginalny: Lombard<br />
Rok wydania oryginału: 2012<br />
Rok wydania polskiej edycji: 4/2012<br />
Liczba stron: 48<br />
Format: 225&#215;295 mm<br />
Oprawa: miękka<br />
Druk: kolor<br />
Cena: 22,99 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/05/thorgal-kriss-de-valnor-2-wyrok-walkirii.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gra o tron &#8211; Powieść graficzna, tom 1</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/04/gra-o-tron-powiesc-graficzna-tom-1.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/04/gra-o-tron-powiesc-graficzna-tom-1.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Apr 2012 08:11:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>chudy</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=9773</guid>
		<description><![CDATA[

GRA O TRON. OPOWIEŚĆ GRAFICZNA. TOM 1
ZIMA NADCHODZI W WERSJI KOMIKSOWEJ
 

„Gra o tron. Powieść graficzna.” to wydawnictwo ciekawe, bowiem jest to kolejny komiks będący adaptacją książki wpisanej w pewien kanon literatury. Był już i „Hobbit”, i „Mroczna wieża” Stephena Kinga, i „Wiedźmin” Sapkowskiego i szczerze mówiąc, różnie bywało z graficznymi wersjami powieści. Tym razem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>GRA O TRON. OPOWIEŚĆ GRAFICZNA. TOM 1</big></p>
<p class="tytul2">ZIMA NADCHODZI W WERSJI KOMIKSOWEJ</p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/gra-o-tron-okladka.jpg" target="_blank"><img class="alignright" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/gra-o-tron-okladka-e1335772567965.jpg" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">„Gra o tron. Powieść graficzna.” to wydawnictwo ciekawe, bowiem jest to kolejny komiks będący adaptacją książki wpisanej w pewien kanon literatury. Był już i „Hobbit”, i „Mroczna wieża” Stephena Kinga, i „Wiedźmin” Sapkowskiego i szczerze mówiąc, różnie bywało z graficznymi wersjami powieści. Tym razem dostajemy dzieło niemalże kompletne, aczkolwiek niepozbawione pewnych, mniej lub bardziej istotnych wad.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Na początek słowo o autorach. Scenariuszem zajął się Daniel Abraham, laureat nagrody International Horror Guild, prestiżowego wyróżnienia w świecie horroru i dark fantasy; był również nominowany do nagród World Fantasy, Hugo i Nebula. Znany jest przede wszystkim z komiksowych adaptacji opowiadań z cyklu „Wild Cards”, noweli „Obrót skórą” oraz powieści „Ostatni rejs Fevre Dream”. Autorem wszystkich wymienionych dzieł jest George R. R. Martin, zatem Abraham jest znawcą stylu amerykańskiego pisarza i jego twórczości. Stronę wizualną komiksu powierzono Tommy’emu Pattersonowi, który na swoim koncie ma graficzne adaptacje seriali telewizyjnych „Stingers”, „Farscape” i „The Warriors” oraz baśni braci Grimm pod postacią „Tales from Wonderland” („White Night” i „Red Rose”). Dobór autorów jest zatem bardzo przemyślany i nieprzypadkowy: z jednej strony &#8211; scenarzysta znający bardzo dobrze prace George’a Martina, z drugiej &#8211; rysownik doświadczony w przekładaniu baśni na obrazy. Wynikiem tej współpracy mogło być tylko coś dobrego.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Zanim zacząłem czytać komiksową „Grę o tron”, zastanawiałem się, czy pozycja będzie skierowana raczej do znawców książki czy też do ludzi dopiero rozpoczynających przygodę z „Pieśnią lodu i ognia”. Odpowiedź znalazłem już po kilku stronach – jest to pozycja zdecydowanie dla fanów twórczości Martina. Biorąc pod uwagę, że komiks zamyka się w stu siedemdziesięciu sześciu stronach (są to zebrane w jednym zeszycie numery 1-6 wydawanego w częściach komiksu Dynamite Entertainment), a pierwszy tom powieści ma ich około tysiąc, jasne jest, jak bardzo Abraham musiał streścić oryginalną historię podczas pisania scenariusza. O ile dla mnie nie stanowiło to problemu, ponieważ znam książkową wersję, o tyle dla „człowieka z ulicy” pewne wątki mogłyby wydawać się abstrakcyjne, zaś niektóre zachowania, dialogi i motywacje zupełnie niezrozumiałe. Zawsze mam problem z określeniem, czy takie zjawisko jest plusem czy minusem danego wydawnictwa. Patrząc na to z perspektywy fana, nie przeszkadza mi zupełnie skracanie i ostre cięcie fabuły, tym bardziej że nie godzi się sięgać po adaptację tak wybitnego dzieła bez jego znajomości. „Gra o tron. Powieść graficzna” stworzona jest przede wszystkim jako pewne uzupełnienie książkowej sagi, pewne oderwanie od czysto literackiej formy, przekształcenie słowa pisanego w obrazy; jako nadanie kształtu stworzonej przez Martina historii. Podobnie jest z produkowanym przez stację HBO serialem, który także mocno kompresuje wątki fabularne, przez co odbiorca nieznający oryginału może się szybko pogubić „kto, co, gdzie i dlaczego”, ale nie można oczekiwać po adaptacjach, żeby opowiadały pełną historię książkową.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jeśli zaś chodzi o rysunki, Tommy Patterson włożył w ten zeszyt wiele pracy. Grafiki są dosyć szczegółowe, pewne detale ładnie zaakcentowane, nierzadko zachwyca oddanie emocji na twarzach bohaterów. I chociaż niektórzy z nich rozmijają się nieco z tym, jak wyobrażałem ich sobie podczas czytania książki, ogólne wrażenie wypada bardzo dobrze. Wielki plus za zdroworozsądkowe podejście do przemocy i erotyki – tam gdzie jest to naprawdę niezbędne, Patterson nie szczędzi cieszących oko scen, natomiast nie epatuje brutalnością i seksem, co jest bardzo zdrowe. Dzięki temu po wydawnictwo będą mogli spokojnie sięgnąć także młodsi odbiorcy, chociaż &#8211; nie oszukujmy się – cała historia skierowana jest raczej do odbiorców dojrzałych. Jedyne zastrzeżenie mam do wyglądu Innych, którzy w wersji Pattersona przypominają mi skrzyżowanie mangowego demona z Nazgulem, ale powiedzmy, że to &#8211; przynajmniej póki co &#8211; nie razi zbyt mocno.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/gra-o-tron-+-strona.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/gra-o-tron-+-strona-e1335773378337.jpg" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">No właśnie, a jak komiksowe dzieło wygląda z punktu widzenia fabularnego? Daniel Abraham zawarł w scenariuszu wszystkie najważniejsze wydarzenia tomu pierwszego, a więc Neda Starka poznajemy w chwili ścięcia dezertera z Muru, chwilę później jego dzieci znajdują porzucone w lesie młode wilkory. W tym samym czasie obserwujemy Daenerys i Viserysa w dniu zaślubin młodej księżniczki z Khalem Drogo (swoją drogą Patterson świetnie oddał dysproporcje między wielkim władcą Dothraki a małą i niewinną przedstawicielką rodu Targaryen). Dobrze, że został zawarty powierzchowny szkic pochodzenia dwójki rodzeństwa, chociaż laikowi i tak nie wyjaśni to zbyt wiele. Do Winterfell przybywa król Robert, tutaj akcja rozgrywa się bardzo szybko, Ned przyjmuje honory, Brann spada z wieży, drogi wszystkich zaczynają się rozchodzić. Świetnie sportretowani Jon Snow i Tyrion Lannister, zresztą obie postacie także w wersji serialowej są świetnie ukazane. Po chwili obserwujemy królewski orszak i zamieszanie wywołane przez małą Aryę i jej wilkora, niesprawiedliwy proces i równie niesprawiedliwy wyrok na wilkorze Sansy. Wuj Jona Snowa wyrusza za Mur w podróż, z której przez długi czas nie powróci. Catelyn Stark cudem unika śmierci z rąk skrytobójcy mającego zgładzić jej syna, przeskakujemy do Daenerys i Khala Drogo, gdzie młoda księżna coraz śmielej przeciwstawia się swojemu despotycznemu bratu i coraz bardziej przywiązuje się do nowego męża. W Królewskiej Przystani Ned Stark dowiaduje się o horrendalnym zadłużeniu królestwa, a także zaczyna wyczuwać niejasne intrygi. Wspaniała interpretacja Żelaznego Tronu w wykonaniu Pattersona! Brawo, wygląda o niebo lepiej niż w serialu HBO. Niespodziewanie zjawia się tam Catelyn, ostrzegając go przed zdradą Lannisterów. Ze śpiączki budzi się Brann, Daenerys zachodzi w ciążę. Koniec tomu pierwszego.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Starałem się przedstawić, jak bardzo skrótowo opisana jest historia z książkowej „Gry o Tron” i myślę, że nie odbiegłem daleko od prawdy. Nie polecam sięgania po komiks osobom nieznającym pierwowzoru, ponieważ miejscami jest to wszystko naprawdę bardzo chaotyczne: przeskakiwanie z miejsca do miejsca, z wątku do zupełnie innego wątku, generalnie często dosyć ciężko połapać się, o co chodzi. Ale taki już urok adaptacji. Fabuła zawarta w tomie pierwszym komiksu to mniej więcej połowa książkowego oryginału, a czyta się go szybko i zachłannie, więc starcza, niestety, na kilkadziesiąt minut świetnej zabawy. Nie pozostaje zatem nic innego, jak wyczekiwać z niecierpliwością tomu drugiego.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Michał Jadczak</p>
<p class="stopka"><strong>„Gra o tron. Powieść graficzna” tom I</strong><br />
Adaptacja: Daniel Abraham<br />
Rysunki: Tommy Patterson<br />
Kolorystyka: Ivan Nunes<br />
Liternictwo: Marshall Dillion<br />
Projekt okładki: Charles Brock (Faceout Studio)<br />
Okładka: Tommy Patterson<br />
Przekład: Michał Jakuszewski<br />
Korekta: Jolanta Gomółka<br />
Wydawca: Wydawnictwo Amber<br />
Wydawca oryginału: Dynamite Entertainment<br />
Druk: kolor<br />
Data wydania: 17.04.2012 r.<br />
Oprawa: miękka/twarda<br />
Stron: 176<br />
Cena: 49,80 zł.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/04/gra-o-tron-powiesc-graficzna-tom-1.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Star Wars: Dziedzictwo #9 &#8211; Potwór</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/04/star-wars-dziedzictwo-9-potwor.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/04/star-wars-dziedzictwo-9-potwor.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 25 Apr 2012 10:13:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>chudy</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=9755</guid>
		<description><![CDATA[

STAR WARS: DZIEDZICTWO #9 &#8211; POTWÓR
 

Znany wśród fanów uniwersum Gwiezdnych Wojen duet, Ostrander – Duursema, serwuje następne zbiorcze wydanie „Dziedzictwa”. Byłby to kolejny przeciętny komiks, gdyby scenarzysta nie rzucił rękawic samemu Lucasowi.
Dziewiąty tom składa się z jednozeszytowej „Podzielonej lojalności” i czterozeszytowego „Potwora”. Galaktyczny Sojusz, rycerze Jedi i obalony imperator Roan Fel łączą siły, aby [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>STAR WARS: DZIEDZICTWO #9 &#8211; POTWÓR</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/swlegacy90.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/swlegacy90.jpg" alt="222x300" width="147" height="190" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Znany wśród fanów uniwersum Gwiezdnych Wojen duet, Ostrander – Duursema, serwuje następne zbiorcze wydanie „Dziedzictwa”. Byłby to kolejny przeciętny komiks, gdyby scenarzysta nie rzucił rękawic samemu Lucasowi.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Dziewiąty tom składa się z jednozeszytowej „Podzielonej lojalności” i czterozeszytowego „Potwora”. Galaktyczny Sojusz, rycerze Jedi i obalony imperator Roan Fel łączą siły, aby stawić czoła wojownikom Sith. W tym czasie Cade Skywalker robi to samo, co w poprzednich tomach &#8211; zastanawia się, czy zaakceptować lub odrzucić dziedzictwo ciążące na jego nazwisku, sumieniu i psychice.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Mocną stroną komiksu jest wątek polityczno–militarny. Widać, że Ostrander czuje się w tej tematyce bardzo dobrze. Być może właśnie dlatego wydawnictwo Dark Horse powierzyło mu serię „Agent of the Empire”. Niestety, nie ma zbyt wielu stron poświęconych wojnie nerwów w oficerskich szeregach Galaktycznego Sojuszu i Imperium. Scenarzysta najwięcej miejsca poświęca wewnętrznej walce Cade’a.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Ostrander w kwestiach ideowych i religijnych radzi sobie o niebo lepiej niż John Jackson Miller w „Rycerzach Starej Republiki”. Ze względu na szybką akcję, teoretyzowanie na temat natury mocy schodzi na dalszy plan. Brak też pustych, patetycznych tekstów Jedi, które miałyby głównemu bohaterowi wyprostować myślenie. Najbardziej zaskoczył mnie moment, gdzie Cade Skywalker jest ponownie wabiony na ciemną stronę. Odniosłem wrażenie, że scenarzysta, opierając się na nieudolnym pomyśle George’a Lucasa z nowej trylogii, chciał pokazać, jak takie nęcenie powinno wyglądać. Punkt za odwagę w drażnieniu Rancora. Inną kwestią jest płaskość tej części fabuły komiksu, która przedstawia antagonistę/-tkę jako mało inteligentną osobę, zapominającą o podstawowym wywiadzie przy projektowaniu misternego planu.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">O rysunkach Duursemy w tej serii napisano już wszystko. Myślę, że jej kreska jest dobrą wizytówką „Dziedzictwa”. Podobny poziom reprezentuje Dave Ross, odpowiedzialny za „Podzieloną lojalność”. Przywiązuje on jednak mniejszą wagę do szczegółów. Kolejną przewagą w historii rysowanej przez Duursemę są kolory. Jesus Aburto przesadza z kontrastami w „Podzielonej lojalności”. Na panelach, gdzie pojawia się dużo różnokolorowych ras, jest aż za cukierkowo. W „Potworze” barwy są chłodniejsze i bardziej stonowane, gdy pojawiają się postacie Imperium. Takie zestawienie tworzy lepszy efekt i otacza  aurą niepewności postacie imperialnych sojuszników Gara Staziego.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/swlegacy91.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="swlegacy91" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/swlegacy92.jpg" alt="" width="681" height="200" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Podczas czytania zwróciłem uwagę jeszcze na parę drobnostek. Nie dotyczy to tylko serii „Dziedzictwo”. Galaktyka sprawia wrażenie, jakby była podzielona na jakieś kasty, które przez setki lat utrzymują swój status w jednej „branży”. Na kilkaset miliardów lub bilionów stworzeń we wszechświecie, po stu trzydziestu siedmiu latach od bitwy o Yavin, nadal na szczycie trzyma się nazwisko Antilles? Czy to świadczy o braku pomysłowości? Czy może temu, żeby przypomnieć czytelnikowi, że to nadal „Gwiezdne wojny”, a nie „Kosmiczne przygody multikulturowych przyjaciół… w kosmosie!”?</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W oczy gryzie również piach w postaci tłumaczenia. Domyślam się, że pan Drewnowski miał kłopoty z rozpracowaniem idiomów. Nie musiał iść jednak po najmniejszej linii oporu, serwując dosłowny przekład „blue milk run”, który po Polsku zgrzyta jak żwir między zębami. Zwracam się także z uprzejmą prośbą do tłumacza Egmontu, żeby zdecydował się, czy w ogóle odmieniać słowo „Sith”. Nie wiem już, czy głównymi antagonistami są Sithowie czy Sithanie… Idąc tym tropem, zastanawiam się, dlaczego nie ma Jedian, Jediów lub &#8211; to jest chyba najgorsze &#8211; Jedich (czyt. dżedich).</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Dziewiąty tom „Dziedzictwa” nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza elementem wspomnianym parę akapitów wyżej. Jest zrobiony poprawnie, ma swoje drobne zalety i skazy. Na pewno nie wnosi niczego nowego do wszechświata Gwiezdnych Wojen. Zgrabnie kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzednich tomach. Jeśli Lucas zdecyduje się na trzecią trylogię, którą zremasteruje kilka razy, zanim nakręci, na pewno nie będzie oparta o prowokacyjne pomysły Ostrandera.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Grzegorz Sikora</p>
<p class="stopka"><strong>„Star Wars: Dziedzictwo” #9 &#8211; „Potwór”</strong><br />
Scenariusz: John Ostrander<br />
Rysunki: Jan Duursema, Dave Ross<br />
Przekład: Jacek Drewnowski<br />
Wydawca: Egmont<br />
Oprawa: miękka<br />
Papier: kredowy<br />
Druk: kolorowy<br />
Liczba stron: 128<br />
Format: 150 x 228 mm<br />
Cena: 39,99 zł<br />
Data ukazania się: marzec 2012 r.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/04/star-wars-dziedzictwo-9-potwor.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Funky Koval #4 &#8211; Wrogie przejęcie</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/04/funky-koval-4-wrogie-przejecie.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/04/funky-koval-4-wrogie-przejecie.html#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Apr 2012 14:18:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=9578</guid>
		<description><![CDATA[

FUNKY KOVAL #4 &#8211; WROGIE PRZEJĘCIE
 

Co prawda album ten ukazał się na naszym rynku już kilka miesięcy temu, jednak dotychczas nie było okazji, aby zrecenzować go na łamach KZ, więc niniejszym, za moim pośrednictwem, magazyn nadrabia tę zaległość. Tekst miał być w założeniu nie tylko recenzją, lecz także próbą analizy albumu i postawienia kilku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>FUNKY KOVAL #4 &#8211; WROGIE PRZEJĘCIE</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koval4.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koval4.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Co prawda album ten ukazał się na naszym rynku już kilka miesięcy temu, jednak dotychczas nie było okazji, aby zrecenzować go na łamach KZ, więc niniejszym, za moim pośrednictwem, magazyn nadrabia tę zaległość. Tekst miał być w założeniu nie tylko recenzją, lecz także próbą analizy albumu i postawienia kilku pytań, które po przeczytaniu ostatniej części przygód niegdysiejszego herosa, zostały w mojej głowie bez odpowiedzi&#8230;.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Tak więc Funky Koval powraca! Długo oczekiwane zakończenie znanej historii w końcu ujrzało światło dzienne. Czy warto było czekać? Zdecydowanie i – niestety &#8211; nie&#8230; Tak naprawdę zaraz po przeczytaniu stwierdziłem, że album ten powinien się chyba nazywać „Pesymistyczne przejęcie”&#8230; Trudno jest właściwie sensownie streścić fabułę tej opowieści. Wiemy, że starcie ludzkości z Drollami wkracza w decydującą fazę; nasz bohater, mimo swoich zasług, staje się dla obydwu stron konfliktu rodzajem „persona non grata”, jego obecność jest coraz bardziej niewygodna, a nawet niepożądana, dlatego też Koval znika fizycznie, a zaczyna się pojawiać w formie fantomu, czy też ducha nawiedzającego systemy informatyczne zarówno ludzi, jak i Drolli. Dalej wszystko zaczyna przypominać deliryczne mamrotanie, ciężko się w tym połapać&#8230;</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Narracja jest bardzo chaotyczna, niby „wielopoziomowa”, a tak naprawdę szarpana. Często łapałem się na tym, że zatrzymywałem się, myśląc: „co ja właściwie czytam?”. Ciężko za tym nadążać, trzeba analizować, zastanawiać się. To nie jest już opowieść stylizowana na amerykański film akcji; zbudowana z kadrów, w których wartka akcja gładko sunie do przodu. Zgadzam się, że dzieło literackie powinno w pewien sposób zmuszać do myślenia i analizowania, ale nie denerwującego domyślania się, „co autor miał na myśli”. Po lekturze ma się wrażenie, że przydałoby się jeszcze kilka kolejnych stron (lub przypisów) wyjaśniających przeskoki akcji i niezrozumiałe dialogi z kolejnych stron albumu. Cały klimat tej historii przypomina coś w rodzaju „cybernetycznego snu”. Z jednej strony mamy niematerialnego Kovala, który jak wirus penetruje wspomniane już systemy informatyczne uwikłanych w konflikt ras. Z drugiej zaś strony mamy coś jakby inwazję snu przenikającego do rzeczywistości (czy dlatego na końcu albumu pojawiają się złote smoki?).</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Album rodzi wiele pytań, które pozostają bez odpowiedzi; nawet nie ma tam żadnych sugestii co do takowych. Listę niejasności otwierają Ankuzi, a właściwie ich brak w tym „odcinku”. Gdzie oni się podziali, co się z nimi stało? Wyparowali? Ich rola zawsze była marginalna i niewiele było o nich wiadomo, ale jednak brali udział w obradach trójkątnego stołu, mieli razem ludźmi i Drollami budować przyczółek i co? Kolejna sprawa, to jak wyglądał rzeczony „przyczółek” Drolli; jak wygląda świat, z którego do nas przybyli, i kim tak naprawdę były te istoty? Po finałowym albumie serii zdecydowanie spodziewałem się obrazów z „tamtej strony”, czyli z rodzimego wymiaru Drolli; wyjaśnienia, kim lub czym są tak naprawdę. Tymczasem mamy tutaj te same, ograne elementy (jak fizyczne „powłoki” Drolli oraz Wielki Planista), choć nawet ich role nie do końca zostają wyjaśnione. No bo czym tak naprawdę jest wielki Planista? Czy jest to maszyna, czy istota? Czy jest czyimś narzędziem, czy czymś w rodzaju „Wielkiego Mózgu” z planety Des, który planuje i kieruje poczynaniami Drolli, rządzi nimi? Kolejna sprawa to &#8211; parafrazujące słowa Maxa granego przez Jerzego Stuhra w „Seksmisji” &#8211; czy Yarps Dritt Adr Atta też była kobietą? Rozumiem, że ten pomysł był obliczony na zaskoczenie czytelnika, ale to było jakieś takie&#8230; żenujące. Główną postacią albumu staje się nagle cyfrowa reprezentacja Funky&#8217;ego, ale skąd się wziął nagle w sieci fantom Kovala – czy to była sprawka Hellbrighta, który grał na dwa fronty i stworzył to „coś”? W albumie nie dostrzegłem właściwie żadnej sugestii na ten temat. Kolejny w moim odczuciu rozczarowujący wątek to piękna (i cycata) Brenda Lear, która jako domniemana wspólniczka przestępcy Kovala (tak to odczytałem w albumie) trafia do więzienia(?). A potem wychodzi na wolność „przypakowana” jak jakiś Schwarzenegger? Nie, nie, nie – to niemożliwe, żeby taki symbol seksu mógł tak skończyć! Następna sprawa to wspomniane już złote smoki – z jakiego powodu pojawiły się one w opowieści? Co autorzy mieli na myśli, skąd się wzięły? Gwoździem do trumny tego albumu i kroplą przepełniającą czarę goryczy była dla mnie ostatnia scena: co bowiem miało symbolizować spotkanie na plaży, gdzie dwa psy oraz ich właściciele (Koval i Hellbright) spotykają się i panowie „strzelają żółwika”, tak jakby osiągnęli jakiś zamierzony cel, choć treść albumu sugeruje ostateczną porażkę prawie wszystkich planów Funky&#8217;ego.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koval41.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="koval41" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/koval42.jpg" alt="" width="621" height="221" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Bo przecież większość wysiłków Kovala &#8211; czy to rozpracowanie afery zodiakalnej, sprawy Deneboli i wreszcie pertraktacje z Drollami &#8211; poszło na marne&#8230; Tak się starał, walczył, i co? Skończył jako duch powoli „przemodelowujący” wnętrze Wielkiego Planisty dla dobra ludzkości, dla zmiany planów Drolli? Wszystkie jego heroiczne wysiłki, demaskowanie afer i spiskowców, niszczenie skorumpowanych układów to były tylko syzyfowe prace&#8230; Drolle okazały się szujami i kanaliami, zło zwyciężyło – pazerni ludzie walcząc o władzę i wpływy, zaprzepaścili wszystkie dokonania Kovala. Kryminalista Rhotax został wskrzeszony przez Wielkiego Planistę i ma się dobrze, Brenda trafia do więzienia, Paul Barley zostaje zdegradowany do roli podrzędnego nauczyciela sztuk walki, sam Koval właściwie umiera i istnieje tylko w jakiś sposób wewnątrz Wielkiego Planisty&#8230; </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Także grafika jest ponura, byle jaka. Zdarza się jeszcze Polchowi narysować coś ładnie ale ogólnie to już nie to, co kiedyś&#8230; Nawet szkoda się nad tym zbytnio rozpisywać. W albumie „Wbrew sobie” było źle i groteskowo, w „Przejęciu” nie jest wcale lepiej, niestety&#8230; Widać, że album został „wymęczony”, że rodził się w bólach i prawdopodobnie nie ujrzałby światła dziennego, gdyby nie zobowiązania Polcha, odnośnie umów z ludźmi zajmującymi się aktualnie produkcją filmu o Funkym Kovalu (Roland von Ciel, Josi Konsky). Mimo tego, że nie spodziewałem się rewelacji, sentyment do serii pozostaje. Jednak jest to sentyment połowiczny, ponieważ dwa pierwsze albumy są świetne, dwa pozostałe już nie&#8230; We „Wbrew sobie” czuć jeszcze było klimat wcześniejszych dwóch epizodów opowieści, ale „Przejęcie” to już zupełnie inna historia. Stary dobry Koval umarł dla mnie, lecąc w kierunku Wielkiego Planisty (koniec albumu „Sam przeciw wszystkim”)&#8230; 	</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Nasuwa mi się tu niechlubne porównanie do sytuacji kultowego niegdyś herosa ze świata gier komputerowych, Duke&#8217;a Nukem&#8217;a. Tam także wyobraźnia fanów przez lata karmiona była strzępami informacji, jakimiś próbkami czegoś, co niby powstawało, a gdy w końcu doczekaliśmy się finalnego produktu w postaci gry „Duke Nukem Forever”, rozczarowanie było wielkie i głębokie. Tak samo jest też i w tym przypadku&#8230; niestety. Na bazie tego porównania nasuwa się wniosek, że kontynuacje (w szczególności dzieł kultowych) często nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Powroty po latach bywają trudne i niebezpieczne&#8230; Przez długi czas moją wyobraźnię rozpalała też wizja możliwości powstania albumu „Szalony pilot”, który według zapowiedzi autorów miał być prequelem do znanych przygód Funky&#8217;ego Kovala. Pisałem nawet artykuł na ten temat, który ukazał się w KZ #45. Jednak po przeczytaniu „Wrogiego przejęcia” obawiam się, że i to przedsięwzięcie mogłoby się zakończyć totalnym fiaskiem. Jeśli zabrzmiało to pesymistycznie to bardzo dobrze, bo właśnie tak miało zabrzmieć. Po lekturze ostatniego tomu przygód bohatera, który był niegdyś moim ulubieńcem, odczuwam rozczarowanie – nie tak to miało być, panowie, nie tak! Dochodzę do wniosku, że album ten nabyłem ze względów sentymentalnych, aby mieć całość serii, która kiedyś była czymś wyjątkowym, lecz, niestety, kończy się bardzo marnie. W albumie „Bez oddechu” był taki kadr, gdzie po trafieniu „śmiga” którym lecieli Koval, Brenda i Barley, był dymek, w którym pojawił się komentarz: „Błysk! Wstrząs! Wibracja!”. Do „Przejęcia” pasuje coś podobnego: „Żal! Szok! Frustracja!”. </p>
<p class="maly" style="color: grey;">Tomasz Brzozowski</p>
<p class="stopka"><strong>„Funky Koval tom 4: &#8220;Wrogie przejęcie”</strong><br />
Scenariusz: Maciej Parowski<br />
Rysunki: Bogusław Polch<br />
Oprawa: miękka<br />
Format: 215x 90 mm<br />
Stron: 50<br />
Cena: 21,9 zł<br />
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka<br />
Data publikacji: 11.2011 r.<br />
Cena: 21,90 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/04/funky-koval-4-wrogie-przejecie.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Asteriks #27 &#8211; Syn Asteriksa</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/04/asteriks-27-syn-asteriksa.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/04/asteriks-27-syn-asteriksa.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Apr 2012 11:16:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>BzyRes</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=9544</guid>
		<description><![CDATA[

ASTERIKS #27 &#8211; SYN ASTERIKSA
 

Nie ma co! Asteriks z Obeliksem mają wszystko, czego dwóm beztroskim kawalerom do życia potrzeba. Dziki do jedzenia, Rzymian do tłuczenia, rozkoszne niemowlę w koszyku pod drzwiami chaty tego pierwszego, menhiry&#8230; Jak?! Jak?! Jak?! Jeden mały brzdąc i już niebo spada na głowę naszych bohaterów. Nie pomaga, gdy Obeliks niechcący [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>ASTERIKS #27 &#8211; SYN ASTERIKSA</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/SynAsteriksa_okladka.jpg" target="_blank"><img class="alignright" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/SynAsteriksa_okladka-e1333711095832.jpg" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Nie ma co! Asteriks z Obeliksem mają wszystko, czego dwóm beztroskim kawalerom do życia potrzeba. Dziki do jedzenia, Rzymian do tłuczenia, rozkoszne niemowlę w koszyku pod drzwiami chaty tego pierwszego, menhiry&#8230; Jak?! Jak?! Jak?! Jeden mały brzdąc i już niebo spada na głowę naszych bohaterów. Nie pomaga, gdy Obeliks niechcący podaje mu mleko z tykwy Asteriksa (do połowy zapełnionej magicznym wywarem!), czyniąc szkraba zdolnym wywijać krowami jak grzechotką. Pomimo tych i innych komplikacji wojownicy postanawiają przeprowadzić śledztwo i odnaleźć rodziców dziecka, przypadkiem udostępniając informację rzymskiemu rachmistrzowi spisowemu, że są w jego posiadaniu. Jak się okazuje, cały spis to tylko przykrywka zorganizowana przez poszukującego niemowlaka prefekta Galii, Kolcokaktusa, który z kolei próbuje zdobyć go dla Marka Juniusza Brutusa, a jego intencje wobec malca są równie szlachetne, co króla Heroda&#8230;
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Powiem krótko: najlepszy solowy album Uderzo! Świetna, dynamiczna, bardzo spontaniczna, znakomicie rozbudowana i naszpikowana przekomicznymi momentami historia. Perełką jest postać niemowlaka, którego niewinna mordka jest zwyczajnie cudna, nawet gdy ten tłucze pięściami wszystkich wokoło, nie zważając, czy to próbujący go uprowadzić legionista czy żona wodza, Dobromina. Albumowi towarzyszy spory powiew świeżości i miło zobaczyć bohaterów próbujących odnaleźć się w zupełnie nowej (chwilami bardzo niezręcznej) sytuacji grania roli ojców. Ha! Miejscami nawet kłócą się jak stare małżeństwo!
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jak już o sprawach płciowych mowa, to czytając po raz pierwszy od lat „Syna Asteriksa”, zdałem sobie sprawę, że Uderzo nie tylko &#8211; podobnie jak dawniej Goscinny &#8211; nie robi wszystkiego pod najmłodszych, ale miejscami wkracza na wręcz na „bardzo dorosłe” terytorium. Gdy Asteriks – znany z podróżowania po świecie kawaler &#8211; znajduje niemowlę pod drzwiami swej chaty, opinia publiczna osady zaczyna patrzeć na niego wilkiem. Bohater spotyka się z mało pochlebnymi komentarzami ze strony żony wodza, a gdy pod jego dach wprowadza się wędrowna piastunka (która &#8211; jak dumnie się chwali &#8211; w dosyć kontrowersyjny sposób zdobyła przydomek „Cyc Legionu”), plotki i oburzenia na temat niegodnych poczynań wojownika rosną na potęgę. Nieprzychylne strony życia Asteriksa jako wiecznego kawalera to jeden z najlepszych aspektów solowych albumów Uderzo – motyw, do którego powróci jeszcze w albumach „Róża i miecz” i „Asteriks i Latraviata”. Szczerze liczę, że któregoś dnia ten element postaci zostanie wykorzystany w późniejszych adaptacjach animowanych.
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/SynAsteriksa_plansza.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/SynAsteriksa_plansza-e1333711283185.jpg" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;"> Rzeczą, która wzbudzała wśród fanów pewne wątpliwości, jest przedstawienie Brutusa, który zarówno z charakteru, jak i z twarzy, różni się znacząco od swoich występów w albumach „Asteriks gladiator” i „Niezgoda” (z drugiej strony, jeszcze innego wyglądu nabrał, pojawiając się na chwilkę w albumie „Wróżbita”). Nie zapominajmy jednak, że postacie w Asteriksie zawsze ewoluowały, a sposób, w jaki Brutus został wyeksponowany w „Synu Asteriksa”, idealnie pasuje do historii, czyniąc go budzącym respekt antagonistą i przebiegłym strategiem. Naturalnie, Brutus podobnie jak Jan bez Ziemi czy Salieri to jedna z tych postaci historycznych, która została ostro zdemonizowana we współczesnych wyobrażeniach. Przedstawienie go jako pozbawionego skrupułów łajdaka daleko odbiega od tego, co mówi nam historia, jednak &#8211; ponieważ „Asteriks” od zawsze bawił się groteskowym obrazem starożytnego świata &#8211; z łatwością można przymrużyć na to oko. Podobnie ma się zresztą (podany w komiksie jako fakt) mit o tym, że Brutus był przybranym synem Juliusza Cezara, choć to akurat nie jest współczesnym wymysłem. O owych przypuszczeniach mamy napomniane w pewnych źródłach historycznych (Plutarch), a Cezar &#8211; jakby nie patrzeć &#8211; był kochankiem matki Brutusa, darzył go ogromną przyjaźnią, zaufaniem i – jak zostaje także wytknięte w komiksie &#8211; miał tendencję do odpuszczania mu pewnych „dosyć sporych” przewinień (spiskowanie z Pompejuszem). Swoją drogą, „Syn Asteriksa” to album, w którym pojawia się naraz najwięcej postaci historycznych. Dwie z nich są tak zaskakującą niespodzianką, że nie mam sumienia zdradzać ich tożsamości.
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Syn Asteriksa” rzadko jest przywoływany przez fanów na listach ulubionych albumów, a szkoda, gdyż moim zdaniem &#8211; podobnie jak „Tarcza Arwernów” &#8211; to jeden z najbardziej niedocenionych epizodów serii. Poza zachwaloną warstwą komediową mamy też wręcz spektakularną scenę pożaru osady, czemu towarzyszy bardzo sugestywna kolorystyka. Cóż jeszcze mogę dodać na zachętę? Okazuje się, że Obeliks ciągle myśli, że dzieci są dostarczane przez bociany, a Asteriks zapowiada, że któregoś dnia będzie musiał mu wyjaśnić wszystko o „ptaszkach i pszczółkach”&#8230; Nie wyobrażam sobie lepszego rozpoczęcia kolejnej przygody.
</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Maciej Kur</p>
<p class="stopka"><strong>„Asteriks #27 – Syn Asteriksa”</strong><br />
Tytuł oryginału: „Le Fils d&#8217;Astérix”<br />
Scenariusz: Albert Uderzo<br />
Rysunki: Albert Uderzo<br />
Wydawca: Egmont<br />
Data wydania: marzec 2012 r.<br />
Wydawca oryginału: Les Editions Albert René<br />
Data wydania oryginału: 1983 r.<br />
Liczba stron: 48<br />
Format: A4<br />
Oprawa: miękka<br />
Papier: kredowy<br />
Druk: kolorowy<br />
Wydanie: III<br />
Cena: 19,99 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/04/asteriks-27-syn-asteriksa.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Asteriks #26 &#8211; Odyseja Asteriksa</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/04/asteriks-26-odyseja-asteriksa.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/04/asteriks-26-odyseja-asteriksa.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Apr 2012 10:02:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>BzyRes</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=9553</guid>
		<description><![CDATA[

ASTERIKS #26 &#8211; ODYSEJA ASTERIKSA
 

Kajus Upartus, głowa tajnej policji Cezara, ma (jak liczy) niezawodny sposób na podbicie osady nieugiętych Galów – podesłanie im innego druida, który bratając się z Panoramiksem, wykradłby od niego sekret przepisu na magiczny wywar. Do zadania zostaje wyznaczony Zerozerosiódmiks &#8211; druid-szpieg, obdarzony komunikatorem w postaci muchy roznoszącej wiadomości i rydwanem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>ASTERIKS #26 &#8211; ODYSEJA ASTERIKSA</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/OdysejaAsteriksa_okladka.jpg" target="_blank"><img class="alignright" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/OdysejaAsteriksa_okladka-e1333776228159.jpg" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Kajus Upartus, głowa tajnej policji Cezara, ma (jak liczy) niezawodny sposób na podbicie osady nieugiętych Galów – podesłanie im innego druida, który bratając się z Panoramiksem, wykradłby od niego sekret przepisu na magiczny wywar. Do zadania zostaje wyznaczony Zerozerosiódmiks &#8211; druid-szpieg, obdarzony komunikatorem w postaci muchy roznoszącej wiadomości i rydwanem wyposażonym we wszystkie najnowsze gadżety. Jak się okazuje, tajny agent nie mógł wybrać lepszego momentu! Kupiec fenicki Epidemais (z albumu „Asteriks gladiator”) odwiedzając osadę, zapomniał zabrać ze sobą oleju skalnego (ropy naftowej), który zamówił Panoramiks. Na nieszczęście jest to jeden z najważniejszych składników magicznego wywaru. Asteriks i Obeliks niezwłocznie ruszają do Mezopotamii, by jak najprędzej zdobyć solidny zapas oleju dla druida, zaś Zerozerosiódmiks, zdobywszy jako-tako zaufanie Galów, dołącza się do wyprawy, chcąc naturalnie pokrzyżować naszym bohaterom szyki&#8230;</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Zacznę od pewnej sprawy, która jest być może błaha, ale jestem nieco zaskoczony, że nikt z polskich fanów nie poruszył tego nigdy wcześniej. Być może wyjdę na kompletnego ignoranta bądź maniaka czepiania się detali, ale&#8230; czemu, do licha, ten album nazywa się „Odyseja”? Ma się to nijak do fabuły, a już na pewno nie nawiązuje żadnym elementem do greckiego eposu. Z tego co zrozumiałem, we Francji określenie „Odyseja” jest powszechnie używane w mowie potocznej jako słowo na „wyprawę”, „tułaczkę” czy po prostu „wielką przygodę”, jednak nie zmienia to faktu, że jedyny powód, dla którego ten tom nazywa się tak, a nie inaczej, jest taki, że „Odyseja”&#8230; brzmi po prostu „fajnie” („Tułaczka Asteriksa”, choć ma więcej sensu, nie posiada tego wydźwięku). Niestety, biorąc pod uwagę, że komiks dzieje się w starożytności, tytuł jest wyjątkowo dezorientujący, a już na pewno nieczytelny dla polskiego odbiorcy. O niebo celniejszy wydaje mi się przekład angielski, gdzie opowieść nazwano „Asterix and the Black Gold” („Asteriks i czarne złoto”), choć nasuwają się także „Asteriks w Judei/Izraelu/Mezopotamii”, „Asteriks w Ziemi Obiecanej” czy – podciągając pod przewijający się przez komiks motyw bondowski – „Asteriks: Pozdrowienia z Jerozolimy”.
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Ale dosyć tego czepiania się, bo to naprawdę jedyna rzecz, z jaką mam tu problem&#8230; Album jest zwyczajnie bardzo, bardzo dobry! Najwyraźniej pan Uderzo wziął sobie do serca wszelaką krytykę związaną z „Wielkim rowem”, gdyż rażące problemy, jakie miała tamta historia, są tu kompletnie nieobecne. Przeciwnie – wszystko jest utrzymane w duchu serii, bohaterowie wykorzystani jak należy, fabuła dobrze urozmaicona i przede wszystkim przesycona znakomitymi gagami. Zerozerosiódmiks i jego relacja z muchą (w osobliwy sposób parodiującą „dziewczyny Bonda”) jest definitywnie jedną z największych perełek solowych komiksów Uderzo.
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/OdysejaAsteriksa_plansza.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/OdysejaAsteriksa_plansza-e1333776336420.jpg" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">To zresztą fabuła, którą tylko On mógł wcielić w życie. Jak głosi wieść, Goscinny zawsze chciał przedstawić historię, w której Asteriks z Obeliksem odwiedzają Izrael, jednak ze względu na swój żydowski rodowód bał się, że zostanie posądzony o prosemicką propagandę. Uderzo, jako goj, nie miał z kolei z tym żadnych oporów, cudnie ubarwiając eskapadę Galów nie tylko znakomitymi ilustracjami, ale także całą masą subtelnych żarcików. Biblijne klimaty pozwalają na całą masę ironicznych aluzji do Starego i Nowego Testamentu (nie zgadniecie, gdzie bohaterowie spędzają jeden nocleg!). Będąc na pustyni, Galowie co rusz wpadają na wojujące ze sobą ludy, a Obeliks nie jest w stanie przetrawić „rasizmu”, z jakim Żydzi odnoszą się do dzików. Swoją drogą, o ile w polskim tłumaczeniu myli „koszerne” z „obszerne”, tak w pierwowzorze myli to słowo z podobnym, oznaczającym „tanie”, co prowadzi do dosyć dwuznacznej uwagi na temat popularnego stereotypu żydowskich tubylców&#8230;
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Album zawiera dedykację dla Goscinny&#8217;ego (coś, czego poskąpiono w pierwszym wydaniu), który zostaje również skarykaturowany w komiksie jako jeden z beduinów. Natomiast na nowo pokolorowane ilustracje początkowo wydały mi się zbędnym zabiegiem. Przez większość czasu nie widać różnicy – kolory są po prostu nieco jaskrawsze, zaś linie mocniejsze &#8211; z drugiej strony jednak &#8211; bardziej wyraziste ilustracje pomagają nam w spostrzeganiu rozmaitych detali na obrazkach.
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Tłumaczenie to ciągle to samo stare, dobre tłumaczenie Jolanty Sztuczyńskiej, z kilkoma tycimi różnicami. „Napój magiczny” zastąpiono „magicznym wywarem” (doprawdy zbędny ceregiel, moim skromnym zdaniem) i &#8211; o dziwo &#8211; zmieniono jedną z piosenek, którą śpiewa upity Panoramiks („wypić jednego jest słodko” stało się „pije bard do druida”).
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Odyseja Asteriksa” być może nie ma syren, cyklopów i wróżek zamieniających ludzi w wieprze, ale jest nie mniej epicka i wciągająca. Historia ta dowodzi, że Uderzo jest nie tylko znakomitym rysownikiem, ale też (gdy trzeba) całkiem dobrym i pomysłowym scenarzystą. Zakończenie jest nie tyle zaskakujące, co niezwykle ironicznie, stąd nie radzę kartkować sobie komiksu, jeśli to wasza pierwsza lektura, by nie zepsuć sobie naprawdę „dobijającej” niespodzianki.
</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Maciej Kur</p>
<p class="stopka"><strong>„Asteriks #26 – Odyseja Asteriksa”</strong><br />
Tytuł oryginału: „L&#8217;Odyssée d&#8217;Astérix”<br />
Scenariusz: Albert Uderzo<br />
Rysunki: Albert Uderzo<br />
Wydawca: Egmont<br />
Data wydania: marzec 2012 r.<br />
Wydawca oryginału: Les Editions Albert René<br />
Data wydania oryginału: 1981 r.<br />
Liczba stron: 48<br />
Format: 215 x 290 mm<br />
Oprawa: miękka<br />
Papier: kredowy<br />
Druk: kolorowy<br />
Wydanie: III<br />
Cena: 19,99 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/04/asteriks-26-odyseja-asteriksa.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

