<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Strona KZET &#187; Recenzja</title>
	<atom:link href="http://kzet.pl/category/recenzja/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kzet.pl</link>
	<description>Strona KZET</description>
	<lastBuildDate>Wed, 08 Feb 2012 10:23:20 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Usagi Yojimbo #24 &#8211; Powrót Czarnej Duszy</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/02/usagi-yojimbo-24-powrot-czarnej-duszy.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/02/usagi-yojimbo-24-powrot-czarnej-duszy.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 08 Feb 2012 10:23:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8908</guid>
		<description><![CDATA[

USAGI YOJIMBO #24 &#8211; POWRÓT CZARNEJ DUSZY
 

Każdy kolejny tom przygód walecznego królika witam z radością, bo &#8211; choć trudno do końca nazwać tę serię komiksem samurajskim &#8211; odnajdziemy tu wszystkie elementy, jakie charakteryzują Japonię epoki szogunatu. Mimo że mamy w Polsce niemało wydawców mangi, omijają oni raczej tematykę historyczną, przynajmniej z tego okresu (wyjątkiem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>USAGI YOJIMBO #24 &#8211; POWRÓT CZARNEJ DUSZY</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/usagi241.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/usagi241.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Każdy kolejny tom przygód walecznego królika witam z radością, bo &#8211; choć trudno do końca nazwać tę serię komiksem samurajskim &#8211; odnajdziemy tu wszystkie elementy, jakie charakteryzują Japonię epoki szogunatu. Mimo że mamy w Polsce niemało wydawców mangi, omijają oni raczej tematykę historyczną, przynajmniej z tego okresu (wyjątkiem jest „Księga wiatru” Hanami, ale to tylko pojedynczy one-shot), więc na placu boju pozostaje samotny Egmont, wydając kolejne tomy „Miecza nieśmiertelnego”, „Kenshina” oraz &#8211; no właśnie: „Usagiego” (fanów tego gatunku ucieszy też najnowszy „Fantasy Komiks”, w którym pojawia się znów cykl „Samuraj”).</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Album zaczyna się bardzo sprawnie napisanym wstępem Charlesa Solomona, który w miejsce tradycyjnej czołobitności pod adresem autora i dzieła (ile razy można czytać te same, nieszczere wyrazy zachwytu?) napisał bardzo ciekawy i wartościowy esej o postaci głównego bohatera i realiach, w jakich funkcjonuje. Zwraca on uwagę na pewien element, który zresztą niełatwo przeoczyć, że tom ten rozpoczyna czytelne nawiązanie do najstarszej przygody królika, w której szuka on schronienia przed chłodem w mijanej chałupce. Podobnie jak w tej najstarszej przygodzie, zwykły nocleg zamieni się w pełną niesamowitości, trzymającą w napięciu opowieść. Ale to tylko kilkustronicowy prolog do złożonej i rozbudowanej historii, na jaką składają się dwie kolejne części albumu, czyli „Ciemność i dusza” oraz „Wróble”.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W pierwszej z nich szlachetny kapłan Jizonbu poświęca się, aby uratować życie niewinnej dziewczynki (tej samej, która potem towarzyszy demonowi Jeiemu w jego podróżach). Spotykamy też dwie postacie kluczowe dla głównej intrygi trzeciej i najdłuższej części komiksu, czyli kapłanów Hamę i Senzo. Jako że Jei jest jedną z najbardziej malowniczych postaci cyklu (bardzo interesująco przedstawił tę postać we wstępie Solomon, ale nie będę zdradzał, jakim tropem podążył), czytelników niewątpliwie wciągnie opowieść o jego genezie oraz życiu jego pierwszego „nosiciela”.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jednak, jak pamiętamy, Usagi zabił Jeiego, a właściwie pozbawił życia nieszczęsnego kapłana Ji, który udzielał demonowi schronienia, sam zaś zainteresowany przeniósł się na towarzyszkę Usagiego, Inazumę. I właśnie starcie z demonem w ciele tej wojowniczki (zwanej także w komiksie imieniem Tomiko) będzie głównym tematem albumu. Aby odnieść zwycięstwo w walce z tak wymagającym przeciwnikiem, jak również innymi przeciwnościami, których autor w swej szczodrości królikowi nie szczędzi, Usagi będzie musiał uciec się do pomocy starych druhów &#8211; kapłana Sanshobo, łowców nagród &#8211; Gena i Bezdomnego Psa &#8211; i tajemniczego samuraja o imieniu Isamu, którego motywy zostaną wyjaśnione dopiero na koniec komiksu.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/usagi242.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="usagi242" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/usagi243.jpg" alt="" width="504" height="244" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jak to jednak bywa w tym cyklu (i w opowieściach grozy na ogół), zło nigdy nie zostaje pokonane do końca i zawsze może powrócić w nieoczekiwanym momencie, gdy siły dobra odwracają wzrok.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Pozostaje pytanie &#8211; czy Usagi po tylu latach swoich wędrówek dostarcza nam, czytelnikom, tych samych emocji co dawniej, czy już tylko odcina kupony od świetności swoich poprzednich odsłon? Opinie będą z pewnością różne, jednak moim zdaniem najnowsza część przygód ronina powraca na tory wartkiej akcji, wciągającej przygody, zaskakujących zwrotów i barwnych postaci. W takiej formie Usagi przewędruje jeszcze strony wielu kolejnych odcinków. Oby tylko Stan Sakai nie zmęczył się tą postacią.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Warstwa graficzna komiksu jest już na tyle wykrystalizowana, że trudno mi doszukać się widocznych różnic w stosunku do bezpośrednio poprzedzających albumów. Kreska Sakaiego jest nadal prosta, ale czytelna i miła dla oka. Kadrowanie to czyste mistrzostwo, brak jakichkolwiek problemów z czytelnością kadrów czy przenikaniem się planów. Autor chętnie przywołuje postacie znane z poprzednich części i widać, że świetnie się bawi, opowiadając swoją historię, a niektóre dialogi są perełkami samymi w sobie, jak choćby ten:<br />
<em>Usagi: Oddaj mu laskę.<br />
Zbiry: Odbiło ci? Jest nas wielu! Zjeżdżaj stąd albo zabierzemy się za ciebie. Jesteśmy zawodowymi wojownikami. Myślisz, że zabijesz nas wszystkich?<br />
Usagi: Nie. Tylko ciebie.</p>
<p></em></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Czego jeszcze chcieć od komiksu, który ma dwieście stron, a kosztuje trzydzieści pięć złotych?</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Arek Królak</p>
<p class="stopka"><strong>„Usagi Yojimbo – 24 &#8211; Powrót Czarnej Duszy”</strong><br />
Scenariusz: Stan Sakai<br />
Rysunek: Stan Sakai<br />
Tłumaczenie: Jarosław Grzędowicz<br />
Data wydania: 11/2011<br />
Wydawca oryginalny: Dark Horse Comics<br />
Liczba stron: 192<br />
Format: 145&#215;205 mm<br />
Oprawa: miękka<br />
Papier: matowy<br />
Cena okładkowa: 35zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/02/usagi-yojimbo-24-powrot-czarnej-duszy.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przypadki pana Muchy</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/02/przypadki-pana-muchy.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/02/przypadki-pana-muchy.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 06 Feb 2012 16:00:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8902</guid>
		<description><![CDATA[

PRZYPADKI PANA MUCHY
 

Siedzą sobie dwie muchy na kupie. Pierwsza pierdnęła, na co druga – zbulwersowana &#8211; oznajmia: „No co ty, stary?! Nie przy jedzeniu!”. Rozbawił was ten klasyczny polski dowcip? Jeśli tak, to z pewnością pokochacie „Przypadki pana Muchy”, czyli pokaźny zbiorek dwu- i trzyobrazkowych gagów o codziennym życiu pewnego, pałaszującego nasze odchody, przesympatycznego [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>PRZYPADKI PANA MUCHY</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/panmucha.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/panmucha.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Siedzą sobie dwie muchy na kupie. Pierwsza pierdnęła, na co druga – zbulwersowana &#8211; oznajmia: „No co ty, stary?! Nie przy jedzeniu!”. Rozbawił was ten klasyczny polski dowcip? Jeśli tak, to z pewnością pokochacie „Przypadki pana Muchy”, czyli pokaźny zbiorek dwu- i trzyobrazkowych gagów o codziennym życiu pewnego, pałaszującego nasze odchody, przesympatycznego owadzika.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Być może zabrzmię tu jak skończony hipokryta, bowiem zdarzyło mi się nieraz ostro krytykować kilka pozycji za mało subtelny humor toaletowy, jednak w „Panu Musze” jego obecność nie wadziła mi ani trochę. Wydaje mi się, że odpowiadają za to dwa czynniki. Po pierwsze, w większości przypadków dowcip kloaczny jest użyty tutaj z głową, wymieszany zwykle ze sprytnymi gierkami słownymi, na których twórcy opierają lwią część swojego humoru. To nie „Kanaliada”, gdzie mamy bezsensowne gradobicie słowa „shit”. Po drugie&#8230; no cóż, bądźmy szczerzy! To komiks o muchach! Spoczywające na chodniku kupy to praktycznie ich środowisko naturalne, a co za tym idzie, siłą rzeczy nie razi to specjalnie jako jeden z głównych wątków opowieści o ich szarej codzienności. Plus, jak już wspomniałem, nie jest to tutaj tak naprawdę tematem przewodnim.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">To przede wszystkim kolekcja absurdalnych kalamburów opierających się na muszej tematyce. Jak to bywa, poziom jest różny – jedne są bardzo zabawne i pomysłowe (nie spoiluję, ale pewien żart dotyczący „Afroamerykanów” mnie rozwalił), a inne takie sobie &#8211; w sumie zabrakło mi jakiegoś naprawdę mocnego gagu na „do widzenia”. Jednak jako całość zbiorek wypada całkiem sympatycznie. Strona graficzna jest bardzo prosta, ale ma swój urok. Niestety, jak w przypadku „Trzech palców” razi nieco tendencja autorów do wykorzystywania w kółko tych samych rysunków. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Czy polecam „Przypadki pana Muchy”? Jasne! Jest z czego się pośmiać, choć na przyszłość liczyłbym na odrobinkę grubsze tomy. Lekturę czyta się niebywale szybko, a co za tym idzie, zabawa z „Panem Muchą” mimo wszystko trwa dosyć krótko, ale patrząc na to, ile nieobecnych w zbiorku pasków krąży po Internecie, odnoszę wrażenie, że bardzo szybko nadlecą kolejne tomy&#8230;. Być może nawet całą chmarą.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Maciek Kur</p>
<p class="stopka"><strong>„Przypadki pana Muchy”</strong><br />
Scenariusz : Patryk Dudziński, Mariusz Włodarski<br />
Rysunki : Patryk Dudziński, Mariusz Włodarski<br />
Wydawnictwo : Czekoladopodobni<br />
8/2011<br />
Format A5<br />
Liczba stron : 40<br />
Oprawa : miękka<br />
Papier : offsetowy<br />
Druk : czarno–biały<br />
Cena : 12 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/02/przypadki-pana-muchy.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kajtek i Koko: Profesor Kosmosik</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/kajtek-i-koko-profesor-kosmosik.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/kajtek-i-koko-profesor-kosmosik.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 25 Jan 2012 19:01:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8892</guid>
		<description><![CDATA[

KAJTEK I KOKO: PROFESOR KOSMOSIK
 

Pomimo aż nazbyt widocznych znamion kurczenia się rynku, czołowy wydawca komiksów nad Wisłą nie zrezygnował z zamiaru publikacji całości dorobku Janusza Christy. Przejawem tego jest reedycja „Profesora Kosmosika”, stanowiąca kolejny tom dorobku wspomnianego twórcy. 
Wbrew tytułowi cyklu nawet przez moment nie uświadczymy tu korpulentnego Koka. Nieodżałowany Mistrz z Sopotu nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>KAJTEK I KOKO: PROFESOR KOSMOSIK</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/kajko.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/kajko.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Pomimo aż nazbyt widocznych znamion kurczenia się rynku, czołowy wydawca komiksów nad Wisłą nie zrezygnował z zamiaru publikacji całości dorobku Janusza Christy. Przejawem tego jest reedycja „Profesora Kosmosika”, stanowiąca kolejny tom dorobku wspomnianego twórcy. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Wbrew tytułowi cyklu nawet przez moment nie uświadczymy tu korpulentnego Koka. Nieodżałowany Mistrz z Sopotu nie pozostawił jednak Kajtka osamotnionego, obdarzając go wsparciem w osobie profesora Kosmosika. Ów trójmiejski wynalazca okazuje się nie tylko błyskotliwym konstruktorem, ale też zapalonym entuzjastą przygód, czemu dał wyraz m.in. w trakcie konfrontacji z arcyprzebiegłym Zyg-Zakiem. Tym razem wraz z Kajtkiem wyrusza on ku odległej przeszłości w zamiarze zapoznania się z życiem codziennym mieszkańców średniowiecza. Ten bez wątpienia karkołomny zamiar staje się możliwy za sprawą inwencyjnej zaradności profesora. Bowiem w zaciszu swej pracowni zdołał on urzeczywistnić idee Herberta George’a Wellsa, konstruując – a jakże! – wehikuł czasu. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jak zwykle w przypadku fabuł sygnowanych przez Janusza Christę, nie mogło być mowy o komfortowej wyprawie obfitującej w degustacje miodów pitnych wspomnianej epoki tudzież fraternizowania się z tubylcami. Prędko bowiem para bohaterów zmuszona jest stawić czoła terroryzującemu okolicę Czarnemu Rycerzowi. Wyjątkowo wprawny w operowaniu białą bronią, a przy tym uznawany za istotę nadprzyrodzoną, skutecznie daje się we znaki mieszkańcom niewielkiego księstwa, do którego los oraz maszyna czasu przywiodły Kajtka i profesora. Jak łatwo się domyślić, dalszy bieg wypadków wymusza na nich pełnowymiarową konfrontacje z Czarnym Rycerzem. Nie zdradzając więcej szczegółów, wypada nadmienić, że podołanie temuż zadaniu będzie dla bohaterów tej opowieści szczególnie wymagające.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Podobnie jak we wcześniej publikowanych tomach przypadków Kajtka oraz jego kompanów, także i tutaj roi się od charakterystycznych dla twórczości Janusza Christy gagów oraz gwałtownych, a zarazem niewolnych od trafnie ujętego dowcipu, zwrotów akcji. Wymuszał to zresztą tryb pracy wspomnianego autora oraz wymóg szefostwa „Wieczoru…”, w myśl którego każdy z „pasków” winien był zawierać humorystyczną pointę. Tytułowy profesor Kosmosik być może nie posiada tak znacznej dozy swoistego wdzięku, co skłonny do pakowania się w kłopoty Koko. Niemniej przyznać trzeba, że w roli towarzysza przygód bystrego marynarza sprawdza się on tylko nieznacznie gorzej. Nie obyło się także bez motywów z tak lubianej przez Christę literatury SF oraz pewnej dozy autoironii (spotkanie z jaskiniowcem). Przewrotność w potraktowaniu wątków rodem z romansów rycerskich to kolejny atut warstwy fabularnej tej opowieści; podobnie zresztą jak zakamuflowana krytyka systemu politycznego, w jakim przyszło żyć wspomnianemu twórcy.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/kajko3.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="kajko3" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/kajko2.jpg" alt="" width="563" height="215" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Maniera, z jaką autor zilustrował główny trzon tej opowieści (wyprawę do średniowiecza), to w pełni dojrzała i rozpoznawalna stylistyka „ojca” Kajka i Kokosza. Jedynie kilka pierwszych plansz (epizody z udziałem Makarego) prezentuje materiał formalnie nieco bardziej archaiczny. Stąd też wielbiciele późniejszych dokonań artysty mogą z pełnym przekonaniem sięgać również po ów zbiór.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W momencie rozpisywania tegoż tekstu (styczeń 2012 r.) dorobek twórcy Kajtka i Koka rodem z „Wieczoru Wybrzeża” doczekał się niemal pełnej prezentacji. „Niemal”, bo wszystko wskazuje na to, że przed zagorzałymi wielbicielami wielka gratka w postaci uzupełnionego o przeszło sto pasków albumu „W kosmosie”. „Profesor Kosmosik” to swoisty przedsmak tego, co czeka wiernych fanów dokonań Christy, bowiem wydanie z 2011 r. zawiera osiem dodatkowych, niepublikowanych w pierwszym wydaniu (z marca 2006 r.) plansz. Ich przygotowaniem zajął się Arkadiusz Salomoński, osoba bez cienia wątpliwości szczególnie na tym polu kompetentna. Chociażby z tego względu, że to właśnie on własnym sumptem opublikował pełne wydanie wspominanych chwilę temu kosmicznych perypetii Kajtka i Koka. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Bez względu na to, jak dalej ukształtuje się polityka wydawnicza Egmontu, pewne jest, że publikacja całości przygód marynarskiego duetu winna być uznana za jedno z najważniejszych dokonań Klubu Świata Komiksu (za co zresztą piszący te słowa pokłada się wręcz z wdzięczności).  </p>
<p class="maly" style="color: grey;">Przemysław Mazur</p>
<p class="stopka"><strong>„Kajtek i Koko: Profesor Kosmosik” (wydanie II)</strong><br />
Tekst i rysunki: Janusz Christa<br />
Przygotowanie do druku: Arkadiusz Salomoński<br />
Wydawca: Egmont Polska<br />
Data premiery: wrzesień 2011 r.<br />
Okładka: twarda<br />
Format: 17,5 x 26 cm<br />
Papier: offset<br />
Druk: czarno-biały<br />
Liczba stron: 152<br />
Cena: 49, 99 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/kajtek-i-koko-profesor-kosmosik.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Logikomiks &#8211; W poszukiwaniu prawdy</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/logikomiks-w-poszukiwaniu-prawdy.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/logikomiks-w-poszukiwaniu-prawdy.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2012 19:54:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8753</guid>
		<description><![CDATA[

LOGIKOMIKS &#8211; W POSZUKIWANIU PRAWDY
 

Logika w komiksie
 

Forma komiksowa przeciętnym ludziom kojarzy się zwykle z prostą i niewymagającą od czytelnika, nisko intelektualną rozrywką. Czytanie komiksu przecież nie jest rzeczą poważną, a historie tam opowiedziane zdają się posługiwać prostymi konwencjami i poruszać tematy lekkie, zabawne czy nawet – o  zgrozo! &#8211; fantastyczne. Jakby na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>LOGIKOMIKS &#8211; W POSZUKIWANIU PRAWDY</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<strong></strong></p>
<p class="tytul2"><strong>Logika w komiksie</strong></p>
<p class="tytul2"><strong> </strong></p>
<p><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/logikomiks1.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/logikomiks1.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Forma komiksowa przeciętnym ludziom kojarzy się zwykle z prostą i niewymagającą od czytelnika, nisko intelektualną rozrywką. Czytanie komiksu przecież nie jest rzeczą poważną, a historie tam opowiedziane zdają się posługiwać prostymi konwencjami i poruszać tematy lekkie, zabawne czy nawet – o  zgrozo! &#8211; fantastyczne. Jakby na przekór wyznawcom takiej opinii – i słusznie &#8211; na polskim rynku wydano nowy komiks o interesującym tytule „Logikomiks &#8211; W poszukiwaniu prawdy”. Warto przyjrzeć mu się bliżej, bo jest to wytwór niewątpliwie oryginalny, a to głównie ze względu na poruszaną w nim tematykę, obejmującą historię życia znanego filozofa, pisarza i działacza społecznego, Bertranda Russela.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p class="tytul2"><strong>Przesłanka nr 1 &#8211; fabuła</strong></p>
<p class="tytul2"><strong> </strong></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Fabuła komiksu toczy się dwutorowo. Główna historia opowiedziana w komiksie obejmuje okres od dziecięcych lat Russela do wybuchu II wojny światowej i pacyfistycznego wystąpienia filozofa na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Wykład jest jedną z osi, wokół której opleciona została biografia znanego logika – podczas swojej prezentacji Russel nie tylko przytacza własne dokonania w dziedzinie logiki i filozofii, ale również opowiada o życiu prywatnym. Druga oś fabuły umiejscowiona została w czasach nam współczesnych &#8211; w greckich Atenach &#8211; i przedstawia samych autorów komiksu pracujących nad swoim dziełem i prowadzących przy tym filozoficzne dyskusje. Umiejscowienie historii na trzech poziomach – współczesności, wykładu Russela oraz historii życia filozofa i jego przyjaciół – jest zabiegiem interesującym i w miarę czytania komiksu wydaje się pomysłem dość logicznym (jak to na logiczny komiks przystało). Czytelnik nie ma wrażenia zagubienia, wszystko jest poukładane w sposób łatwy do odczytania. A czyta się historię z nieukrywanym podnieceniem i chętnie wertuje kartki tej bardzo ciekawej, obrazkowej narracji. </p>
<p><strong> </strong></p>
<p class="tytul2"><strong>Przesłanka nr 2 &#8211; wielowymiarowość</strong></p>
<p class="tytul2"><strong> </strong></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Byłoby niesprawiedliwością potraktowanie „Logikomiksu” jako opowiadania tylko o życiu znanego filozofa. Jego ogromną zaletą jest wieloaspektowość poruszanych tematów. Znajdziemy w nim nie tylko problemy osobiste towarzyszące wielu myślicielom, których nauka doprowadziła na skraj choroby psychicznej (wątek ten jest dość uwidoczniony w komiksie), ale również  zostajemy uraczeni dawką intelektualnej rozrywki. Autorzy komiksu w sposób wręcz mistrzowski przedstawili niektóre założenia filozoficzne Bertranda Russela, austriackiego logika Kurta Gödela, czy zajmującego się kwestiami języka i logiki &#8211; Ludwiga Wittgensteina  (swoją drogą &#8211; ucznia Russela). A to wszystko przecież podane na kartkach narysowanej historii, gdzie dialogi czyta się w tzw. chmurkach. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Na oddzielną wzmiankę zasługuje zaprezentowany w komiksie dość interesujący paradoks golibrody, będący przykładem sprzeczności tkwiącej w założeniu, że każdy obiekt matematyczny da się wyrazić jako zbiór. Ta antynomia Russela stała się niejako przyczynkiem do napisania wespół z innym angielskim matematykiem, Alfredem Whiteheadem, słynnego czterotomowego dzieła pt. „Principia mathematica”, o którym też jest mowa w „Logikomiksie”. Paradoks ten zawiera się w następującym stwierdzeniu:<br />
<em>W pewnym mieście jest fryzjer, który goli wszystkich mężczyzn, którzy nie golą się sami, natomiast nie goli tych mężczyzn, którzy golą się  sami. Czy ów fryzjer goli się sam? Jeśli goli się sam, to nie może golić się sam, a jeśli należy do mężczyzn, którzy nie golą się sami, to goli się sam!</em>
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Podobnych nielogiczności jest mnóstwo, jak choćby znany paradoks kłamcy (również przedstawiony na kartach komiksu), czy omnipotencji”.  Sami autorzy w jednej ze scen przedstawiają intrygujący przykład  logicznej sprzeczności dotyczącej katalogu książek nieodnoszących się do samych siebie. Podobnych smaczków jest wiele, jak choćby sam fakt, że w komiksie pojawia się wspomniana wcześniej historia powstawania samego komiksu, co oznacza w rezultacie odnoszenie się komiksu do samego siebie  – przypadek, paradoks, czy raczej pomysłowa koncepcja autorów? Raczej to ostatnie, bo opowiadanie jest naprawdę dobrze przemyślane i narysowane.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/logikomiks2.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="logikomiks2" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/logikomiks3.jpg" alt="" width="692" height="211" /></a></p>
<p class="tytul2"><strong>Przesłanka nr 3 &#8211; wady</strong></p>
<p class="tytul2"><strong> </strong></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Ciężko jest znaleźć negatywne strony „Logikomiksu”. Można mu zarzucić  dość powierzchowne potraktowanie niektórych elementów z życia Bertranda Rusella, jak chociażby jego działalność prospołeczną czy polityczną. W samym życiorysie przedstawionym przez autorów komiksu widać pewne niedociągnięcia, ba, nawet kłamstwa. Sami autorzy jednak się do nich przyznają i w sprostowaniu na samym końcu książki piszą, jaki cel przyświecał w zastosowanych przez nich uproszczeniach. Można również przyczepić się do tego, że koncepcje teoretyczne zostały zreferowane w sposób niepełny. Nie oszukujmy się jednak &#8211; kto z nas podejmie się przeczytania w całości „Principia mathematica” czy dzieła Gödela zawierającego twierdzenie o niezupełności? Poza tym warto pamiętać, że wciąż mamy do czynienia tylko (lub aż) z komiksem o życiu filozofa i jego przyjaciołach oraz o ideach im przyświecających. Biorąc to wszystko pod uwagę, można wybaczyć wybiórcze podejście w tworzeniu fabuły czy pewne nieścisłości w życiorysie bohatera.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p class="tytul2"><strong>Dedukcyjny wniosek</strong></p>
<p class="tytul2"><strong> </strong></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">W ramach podsumowania warto wspomnieć o jednym wątku, który przetacza się przez całą opowieść, a dotyczy on poszukiwania sensu i logiczności wybuchu II wojny światowej. Na finiszu wykładu na uniwersytecie Bertrand Russel artykułuje bowiem:<br />
<em>Potraktujcie moją opowieść jako ostrzeżenie, narracyjny argument przeciwko sięganiu po sztampowe rozwiązania. Mówi ona, że stosowanie gotowych formuł nie wystarcza – na pewno nie wtedy, gdy stoicie w obliczu naprawdę poważnych problemów!</em>
</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Opowieść zawarta w tym komiksie uczy więc czegoś więcej. Daje nam ona wskazówki, jak postępować w historycznie niepewnych czasach, a przecież w takich, z ekonomicznego punktu widzenia, przyszło nam aktualnie żyć. Przedstawia racjonalne instrumentarium, pozwalające nam okiełznać irracjonalne demony budzące się, kiedy nasz rozum zasypia.  Dlatego też po „Logikomiks” powinien sięgnąć każdy z nas, niezależnie od wyznawanych poglądów czy wartości, bo jest to lektura ważna i inspirująca do dalszych, filozoficznych poszukiwań.
</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Paweł Maranowski</p>
<p class="stopka"><strong>„Logikomiks &#8211; W poszukiwaniu prawdy”</strong><br />
Scenariusz:  Apostolos Doxiadis, Christos H. Papadimitriou<br />
Rysunki: Alecos Papadatos<br />
Wydanie: I<br />
Data wydania: 30 listopada 2011<br />
Wydawnictwo: WAB<br />
Tłumaczenie: Jarosław Mikos<br />
Druk: kolorowy<br />
Oprawa: miękka, ze skrzydełkami<br />
Stron: 352<br />
Cena: 49,90 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/logikomiks-w-poszukiwaniu-prawdy.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tymczasem</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/tymczasem.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/tymczasem.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Jan 2012 15:29:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8746</guid>
		<description><![CDATA[

TYMCZASEM
 

Chyba największym zyskiem z niesławnej afery o komiks „Chopin New Romantic” były wypowiedziane publicznie słowa szefa Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Radka Sikorskiego, iż komiks potrafi poruszać treści głębokie i ważne, zaś ministerstwo nie zamierza rezygnować z tej formy propagowania Polski. Jak się okazuje, nie były to tylko puste hasła, a dowód na to mam właśnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>TYMCZASEM</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/tymczasem1.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/tymczasem1.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Chyba największym zyskiem z niesławnej afery o komiks „Chopin New Romantic” były wypowiedziane publicznie słowa szefa Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Radka Sikorskiego, iż komiks potrafi poruszać treści głębokie i ważne, zaś ministerstwo nie zamierza rezygnować z tej formy propagowania Polski. Jak się okazuje, nie były to tylko puste hasła, a dowód na to mam właśnie przed sobą – zrealizowany przez Kulturę Gniewu na zlecenie MSZ album Grzegorza Janusza oraz Przemka Truścińskiego pod tytułem „Tymczasem”.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Komiks opowiada o nietypowym złodzieju, który kradnie książki. Nie udaje się jednak w tym celu do bibliotek czy księgarni, lecz jakimś tajemnym sposobem powoduje zniknięcie manuskryptów. Co istotne, wraz z nimi znika pamięć o dziełach &#8211; tak jakby nigdy nie zostały napisane. Łupem złodzieja pada również powieść Stanisława Lema „Czarna dziura”, co mobilizuje fana jego twórczości, nauczyciela języka polskiego z Sejn, i jego koleżankę do pościgu za złoczyńcą.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Fabuła „Tymczasem” nie jest w żadnym razie wybitnym osiągnięciem, ale i tak jestem pełen podziwu dla kunsztu Janusza. Biorąc pod uwagę narzucone przez ministerstwo punkty wyjścia (polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej, Europejski Kongres Kultury we Wrocławiu, traktat lizboński), to aż niezwykłe, że udało mu się wywieść z tego jakąkolwiek historię, którą da się przeczytać bez bólu zębów. Dostajemy całkiem zgrabną, metaforyczną opowieść o tym, czym jest kultura w życiu człowieka i społeczeństwa oraz dlaczego we współczesnym świecie czegoś by bez niej brakowało. To kolejny dowód skali talentu Janusza i – uwzględniając wydany kilka miesięcy temu genialny komiks „Czasem” – można chyba zaryzykować stwierdzenie, że rok 2011 był jego rokiem.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Warstwą graficzną komiksu zajął się Przemek Truściński, co samo w sobie jest gwarancją jakości. Należę do zwolenników opinii, że Trust to najbardziej utalentowany współczesny rysownik komiksowy w naszym kraju, więc cieszę się z każdej (z nielicznych, niestety) możliwości obcowania z jego wytworami. Tutaj Przemek nieco zmodyfikował swój styl, rysując scenografie uproszczoną, rozedrganą kreską. Wrażenie potęgują jeszcze płasko położne, powielające się ciągle kolory autorstwa Krzysztofa Ostrowskiego (tak jest – tego samego, który stał się antybohaterem wspomnianej na wstępie afery). Efekt nie za bardzo przypadł mi do gustu &#8211; co prawda komiks wygląda trochę nietypowo, ale mając w pamięci wcześniejsze dokonania obu panów, trudno nie oczekiwać więcej. Z drugiej strony, sposób, w jaki Truściński narysował postacie, a także ich mimika czy gesty dowodzą, że jest to rysownik najwyższej klasy.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Zeszłoroczny Europejski Kongres Kultury, choć zajmował się między innymi związkami tzw. kultury wysokiej z popkulturą, potraktował komiks mocno po macoszemu. Cieszy więc, że dzięki polskim decydentom komiks może jednak zabrać głos w kwestii wzajemnych relacji różnorodnych tekstów kultury, zaś „Tymczasem” dowodzi, że opowieści obrazkowe mają w tej sprawie coś mądrego do powiedzenia.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Michał Siromski</p>
<p class="stopka"><strong>„Tymczasem”</strong><br />
Rysunki: Przemek Truściński<br />
Scenariusz: Grzegorz Janusz<br />
Liczba stron: 56<br />
Format A4<br />
Data wydania: 2012<br />
ISBN 978-83-62520-72-5<br />
Publikacja została przygotowana przez Kulturę Gniewu na zlecenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych<br />
Dostępna za darmo w Centrach Informacji Europejskiej</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/tymczasem.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przygody Tintina &#8211; Tintin w Ameryce, Cygara faraona, Błękitny lotos</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/przygody-tintina-tintin-w-ameryce-cygara-faraona-blekitny-lotos.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/przygody-tintina-tintin-w-ameryce-cygara-faraona-blekitny-lotos.html#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 13 Jan 2012 11:32:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8587</guid>
		<description><![CDATA[

PRZYGODY TINTINA &#8211; TINTIN W AMERYCE, CYGARA FARAONA, BŁĘKITNY LOTOS
 

Tintin ledwie doszedł do siebie po przejściach u Sowietów i w Kongo, a już mu w głowie nowe przygody. Spokojnie! Czeka go ich tylko więcej i więcej&#8230;
„Tintin w Ameryce”, jak sam tytuł wskazuje, opowiada o wyprawie młodego reportera do Stanów Zjednoczonych w celu zrobienia porządku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>PRZYGODY TINTINA &#8211; TINTIN W AMERYCE, CYGARA FARAONA, BŁĘKITNY LOTOS</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/tintin3a.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/tintin3a.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Tintin ledwie doszedł do siebie po przejściach u Sowietów i w Kongo, a już mu w głowie nowe przygody. Spokojnie! Czeka go ich tylko więcej i więcej&#8230;</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Tintin w Ameryce”, jak sam tytuł wskazuje, opowiada o wyprawie młodego reportera do Stanów Zjednoczonych w celu zrobienia porządku z miejscowym elementem przestępczym (nie, poważnie – tu jest na serio to tak ujęte!). Historia jest bezpośrednio powiązana z fabułą „Tintina w Kongo”, gdyż najwyraźniej przestępcy, którym tam dokuczył, byli powiązani z samym Alem Capone, a już ten zgotuje naszemu bohaterowi powitanie, którego długo nie zapomni. Hergé, niestety, zrezygnował ze zrobienia z Caponego głównego antagonisty, gdyż w owym okresie ciągle królował jako pan świata przestępczego w Nowym Jorku, więc historia, w której Tintin wsadza do więzienia grasującego w prawdziwym świecie mafioza, byłaby co najmniej dziwna. Capone pojawia się tylko na początku, po czym znika i przez resztę opowiastki Tintin spędza czas, rozprawiając się z całym szeregiem rozmaitych i niewiele lepszych „crime lordów”. Choć nie ma tego za wiele, tu i tam autor rzuca trochę cynicznej satyry na temat amerykańskiego społeczeństwa. Preria Indian zostaje zmieniona w ogromną metropolię, jak tylko znaleziono u nich ropę, a w jednej scenie Tintin spotyka członka nowo powstałego w USA kultu religijnego, będącego między innymi hybrydą islamu i buddyzmu. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Niestety, historia, im bliżej końca, tym bardziej robi się nudnawa. Ciągłe starcia Tintina z gangsterami zaczynają być po prostu monotonne. Co gorsza, główny bohater zamiast ratować się z opałów dzięki sprytowi czy swoim zdolnościom, tu przez większość czasu uchodzi cało dzięki&#8230; zwyczajnemu szczęściu. Tintin musi mieć niebywale aktywnego anioła stróża, bowiem absurdalnie precyzyjne zbiegi okoliczności ratują go z opresji z taką frekwencją, że zahacza to o zdolności paranormalne. Ba! Chwilami mam wrażenie, że nie czytam „Przygód Tintina” tylko „Przygody Gogusia i Kaczora Donalda”. Niestety, o ile u tamtej postaci niewiarygodne szczęście było stałym elementem komicznym, tutaj dla bohatera akcji, jakim jest Tintin, jest kompletnie nie na miejscu. Taki zabieg byłby może zabawny, gdyby pojawił się tylko raz (góra dwa), ale gdy ma miejsce po raz n-ty, szkodzi to opowieści, pozbawiając ją jakiegokolwiek suspensu.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Warto dodać, że komiks, choć trzeci w serii, jako ostatni doczekał się adaptacji animowanej w ramach kultowego serialu z lat dziewięćdziesiątych. Jednak w przeciwieństwie do innych odcinków, gdzie twórcy zazwyczaj trzymali się niezwykle wiernie pierwowzoru, opowieść o podróży Tintina do Stanów Zjednoczonych została straszliwie okrojona i pozmieniana. Wycięto między innymi cały wątek Indian, a mafiozów ograniczono do samego Ala Capone. Co zabawne, w komiksie, gdy Tintin zostaje złapany przez jednego z gangsterów, ten zamiast go zabić, oferuje solidną sumkę pieniędzy za dołączenie do jego gangu. W animacji w dosyć dziwnej zmianie proponuje mu te same pieniądza za&#8230; wyjechanie z miasta. Jasne, po co zabijać przeciwnika, którego masz już w garści, skoro możesz mu zapłacić kupę gotówki, żeby po prostu sobie poszedł?</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/tintin3b.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="tintin3b" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/tintin3c.jpg" alt="" width="692" height="211" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Cygara faraona” to kompletnie inna bajka. Wręcz kamień milowy &#8211; pierwsza naprawdę epicka opowieść Hergégo, która zapoczątkowała równie epicki klimat, z którego seria jest zanana. Tintin jest w trakcie rejsu po portach Azji, gdzie poznaje cudacznego naukowca imieniem profesor Cyklonik (na swój sposób prototyp profesora Lakmusa), będącego na tropie skarbu faraona Kisha-Kosha. Poznaje także (debiutujących w tej historii) detektywów Jawniaka i Tajniaka, jednak nie jest to szczęśliwe spotkanie, gdyż znajdują w kabinie Tintina kokainę. Choć wrobiony w rozprowadzanie nielegalnych używek bohater, jest teraz ścigany przez prawo, śmiało kontynuuje poszukiwanie skarbu, z czasem wplątując się w o wiele bardziej skomplikowaną i tajemniczą intrygę pełną hipnozy, zatrutych strzał, obłędu, strzelanin samolotowych i wszelkiej maści tego, co czynni porządną przygodę porządną przygodą. Historia stanowi o wiele inny poziom niż wcześniejsze, gdzie Tintin po prostu jechał sobie do jakiegoś państwa i skakał od przypadkowej przygody do przypadkowej przygody. Tu wszystkie elementy współgrają ze sobą, tworząc jedną świetnie dopracowaną opowieść. Tintin nawet nie ogranicza się do jednego państwa, skacząc po całym globie &#8211; w tym przypadku jego eskapada zaczyna się w Egipcie, a kończy się na Indiach.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Świat Hergégo przestaje być kreskówkowy, ustępując miejsca realizmowi, jednak pozostają pewne przebłyski komiksowego absurdu. Oto w jednej scenie, złapany przez pewnego szejka Tintin, zostaje wypuszczony, gdyż&#8230; szejk okazuje się fanem jego przygód i nawet pokazuje mu album „Kierunek Księżyc” &#8211; historii, która dopiero ma mieć miejsce w przyszłości (ta wersja „Cygar faraona” jest reedycją, przerysowaną po latach). Zabawne, ale, niestety, ma się to nijak do klimatu reszty komiksu. Jest też pewien błąd w kontynuacji, gdy Tintin, będąc na statku, po raz pierwszy wpada na Rastapopulosa i komentuje, że spotkali się już wcześniej. Ale przecież to debiut tej postaci. O czym więc Tintin mówi? Wielu nawet wyciągnęło wniosek, że miliarder o podobnych rysach, który pojawił się w jednym kadrze na przyjęciu w „Tintin w Ameryce”, musiał być Rastapopulosem. Ciekawa interpretacja, jednak jest to po prostu błąd powielony z wersji angielskiej, gdzie albumy Tintina wyszły w kompletnie innej chronologii, niż powinny i gdy „Cygara faraona” ukazały się tam po raz pierwszy, postać Rastapopulosa była już dobrze znana. W oryginale francuskim Tintin po prostu komentuje, że to nie byle jaki pasażer.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Błękitny lotos” kontynuuje intrygę z „Cygar”, przenosząc jednak akcję do Chin. Wszystko za sprawą spotkania z tajemniczym informatorem, który, nim miał okazję przekazać cokolwiek bohaterowi, zostaje otruty „trucizną szaleństwa”. Jako jedyną wskazówkę posiadając wyłącznie imię „Misuhirato”, Tintin wyrusza do Szanghaju, gdzie afera schodzi na cięższe tory, doprowadzając do najazdu Japonii na Chiny. Autor nie używa tu jednak wojny jako wymówki dla serii gagów o czołgach – pokazane realia są zwyczajnie tragiczne i smutne. Tak poważnie potraktowany wątek okupacji dodaje opowieści głębi i mroku, dzięki którym scenariusz nie tylko o wiele lepiej trzyma w napięciu od „Cygar”, ale jest też o wiele bogatszy i dojrzalszy. Hergé na swój sposób rehabilituje się tu także za wcześniejsze (dosyć rasistowskie) przedstawienie obcych kultur w „Sowietach” i „Kongo”, pięknie ilustrując Chiny i ich kulturę. Słodka jest scena, w której Tintin zaprzyjaźnia się z chłopcem imieniem Czang (bazowanym na przyjacielu autora) i nawzajem opowiadają sobie o swoich kulturach i uprzedzeniach, które mają niedouczeni ludzie w ich państwach.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">O ile „Tintin w Ameryce” jest opowiastką, którą można spokojnie sobie odpuścić, nie tracąc specjalnie wiele, tak „Cygara faraona” i „Błękitny lotos” są dwuczęściowym arcydziełem, które było dla serii zapoczątkowaniem okresu świetności. Czytając, można naprawdę odczuć, dlaczego seria przez lata była przyrównywana do „Indiany Jonesa” (choć mi o wiele bardziej przywodzi na myśl hitchcockowy „Północ &#8211; północny zachód”). Nie jest to może najlepszy tom z dotychczasowych, ale bez dwóch zdań warty obowiązkowej uwagi.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Maciek Kur</p>
<p class="stopka"><strong>„Przygody Tintina” &#8211; „Tintin w Ameryce”, „Cygara faraona”, „Błękitny lotos”</strong><br />
Scenariusz i rysunki : Hergé<br />
Tłumaczenie: Daniel Wyszogrodzki<br />
Liczba stron: 192<br />
Wydawca: Egmont<br />
Rok wydania: 2011<br />
Druk: kolor<br />
Okładka: twarda<br />
Wymiary:155&#215;225 mm<br />
Cena: 49,99 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/przygody-tintina-tintin-w-ameryce-cygara-faraona-blekitny-lotos.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gwiezdne Wojny: Wojny klonów: Sezon 2 &#8211; Część 1</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/gwiezdne-wojny-wojny-klonow-sezon-2-czesc-1.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/gwiezdne-wojny-wojny-klonow-sezon-2-czesc-1.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 11 Jan 2012 17:35:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8561</guid>
		<description><![CDATA[

GWIEZDNE WOJNY: WOJNY KLONÓW: SEZON 2 &#8211; CZĘŚĆ 1
 

Pierwszy sezon „Wojen klonów” narobił zamieszania w względnie spójnym uniwersum Star Wars. Twórcy serialu nie bacząc na skrupulatnie spisaną już historię konfliktu między Konfederacją i Republiką, postanowili opowiedzieć ją jeszcze raz, po swojemu. Spowodowało to, że fani z trudem łączyli znane dotąd wątki z tym, co [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>GWIEZDNE WOJNY: WOJNY KLONÓW: SEZON 2 &#8211; CZĘŚĆ 1</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/clonewars21.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/clonewars21.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Pierwszy sezon „Wojen klonów” narobił zamieszania w względnie spójnym uniwersum Star Wars. Twórcy serialu nie bacząc na skrupulatnie spisaną już historię konfliktu między Konfederacją i Republiką, postanowili opowiedzieć ją jeszcze raz, po swojemu. Spowodowało to, że fani z trudem łączyli znane dotąd wątki z tym, co można było obejrzeć w telewizji. Najgłośniejszym i najbardziej kontrowersyjnym pomysłem było wprowadzenie nowej, kluczowej dla wydarzeń, postaci, czyli padawanki Anakina, Ahsoki Tano. Oburzeniu purystów uniwersum nie było końca. Postać w żaden sposób nie zazębiała się ze znanym kanonem. Mało tego, zupełnie nie przystawała do późniejszych wydarzeń przedstawionych w „Zemście Sithów”. Do tej pory w Internecie trwają debaty, jaki los w finale serialu przygotowali dla niej scenarzyści.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Odkładając kontrowersje na bok, „Wojny klonów” w pierwszym sezonie były serialem, który wzbudzał podziw, jeżeli chodzi o formę, oraz pozwalał bez zaskoczenia, ale z przyjemnością oglądać poszczególne odcinki. Drugi sezon zaczyna się trzęsieniem ziemi. Łowca nagród, Cad Bane, wzorem Sithów ze zwiastunu „The Old Republic”, dostaje się do świątyni Jedi, skąd wykrada cenny Holocron, a bohaterowie ruszają za nim w pogoń. Porywanie baz danych to dla nieuchwytnego łowcy za mało. Już w trzecim odcinku na zlecenie Lorda Sidiousa porywa dzieci czułe na Moc. Dla odmiany, czwarty odcinek to już intryga polityczna, w której centrum znajduje się Padme Amidala, tropiąca szpiega separatystów w senacie. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Te cztery odcinki składają się na zawartość pierwszej płyty z drugim sezonem serialu. Można śmiało powiedzieć, że początek serii trzyma poziom poprzednika, wraz z jego wszystkimi wadami i zaletami. Najwięcej frajdy będą miały te osoby, które wybaczyły już twórcom ich wizję świata Gwiezdnych wojen i to, jaką obrali grupę docelową dla serialu. Pierwsze trzy odcinki wypakowane są po brzegi akcją i ich fabuła wiąże się bezpośrednio ze sobą. Chociaż sama historia nie porywa, a losy bohaterów nie chwytają za serce, to gratulacje należą się za sposób, w jaki ją opowiedziano. To po prostu solidny akcyjniak. Nie da się ukryć, że Cad Bane miał być ukłonem w stronę starszych fanów, którzy w stosunku do serialu przyjmowali postawę malkontentów. W końcu jednym z najpopularniejszych bohaterów sagi jest Boba Fett. Podobnie jak on, Cad Bane nie jest postacią kryształową i stoi w opozycji do głównych bohaterów. Wielka szkoda, że ten ukłon utonął we wciąż dominującej dziecinności i licznych uproszczeniach.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Ostatni epizod na płycie to kompletna zmiana klimatu. Przez cały czas trwania filmu nie pada ani jeden wystrzał z blastera, dodatkowo ciekawie przedstawiono przeszłość Padme i jej, niemal pominięte w kinowej trylogii, dotychczasowe życie prywatne. Niestety, jest to też odcinek wywołujący kompletne znużenie. A wielka szkoda, bo ta historia miała jednocześnie największy potencjał.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Miłośnicy „smaczków” powinni być zadowoleni. Tych kilka odcinków daje pole do popisu dla osób o szybkim umyśle i dużej spostrzegawczości. Nie zdradzę zbyt dużo, podpowiadając, że przyda się znajomość aurebesha, czyli podstawowego alfabetu w świecie Gwiezdnych wojen. Pomijając rewelacyjne animowane odzwierciedlenie licznych lokacji znanych z trylogii, przewija się tu masa nawiązań zarówno do sagi, jak i innych klasycznych filmów. Nie zabrakło nawet nawiązań do przygód Indiany Jonesa.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Wprowadzenie do sezonu daje nadzieję na odrobinę mroczniejsze i poważniejsze spojrzenie na brutalny konflikt, który przecież rozdarł Galaktykę na pół. Z drugiej strony, trzeba być bardzo naiwnym, żeby wierzyć, że serial choć odrobinę zbliży się do kinowego protoplasty, czy najlepszych pozycji z tzw. „Expanded Universe”. Tym, którzy chcą dorosłej wizji Wojen klonów, polecam powieść „Shatterpoint”, pełnymi garściami czerpiącą z „Czasu apokalipsy”. Z kolei ci, którzy wiedzą, że to wszystko to tylko film i napis „Star Wars” nie wywołuje emocji na granicy szaleństwa, powinni bez zażenowania, a nawet z przyjemnością obejrzeć te cztery odcinki. I zapewne kolejne również.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Mateusz Albin</p>
<p class="stopka"><strong>„Gwiezdne Wojny: Wojny klonów: Sezon 2 &#8211; Część 1”</strong><br />
Reżyseria: Dave Filoni<br />
Scenariusz: Dave Filoni, Henry Gilroy, George Lucas<br />
Muzyka: Kevin Kiner<br />
Producent wykonawczy: George Lucas<br />
Format obrazu: 16:9<br />
Ilość płyt dvd: 1<br />
Region: 2<br />
Dystrybutor: Galapagos Films</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/gwiezdne-wojny-wojny-klonow-sezon-2-czesc-1.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Asteriks #13: Asteriks i kociołek</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/asteriks-13-asteriks-i-kociolek.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/asteriks-13-asteriks-i-kociolek.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Jan 2012 13:17:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8567</guid>
		<description><![CDATA[

ASTERIKS #13: ASTERIKS I KOCIOŁEK
 

Określenie, że „ktoś nie ma pieniędzy, by mieć co do garnka wsadzić”, nabiera w przypadku Asteriksa bardzo dosłownego znaczenia. Oto do wioski niepokonanych Galów przybywa, znany ze swojego skąpstwa, wódz Amorafliks. Nie chcąc płacić Rzymianom podatków, prosi wodza Asparanoiksa o przechowanie majątku jego osady – który stanowi kociołek po zupie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>ASTERIKS #13: ASTERIKS I KOCIOŁEK</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/asteriks13.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/asteriks13.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Określenie, że „ktoś nie ma pieniędzy, by mieć co do garnka wsadzić”, nabiera w przypadku Asteriksa bardzo dosłownego znaczenia. Oto do wioski niepokonanych Galów przybywa, znany ze swojego skąpstwa, wódz Amorafliks. Nie chcąc płacić Rzymianom podatków, prosi wodza Asparanoiksa o przechowanie majątku jego osady – który stanowi kociołek po zupie cebulowej, wypełniony po brzegi sestercjami (ówczesna waluta) – aż do czasu wizyty poborcy podatkowego. Asparanoiks się zgadza, a misję pilnowania kociołka powierza Asteriksowi&#8230; Niestety, jego misja okazuje się klęską, gdyż już pierwszej nocy ktoś kradnie zawartość kociołka i bohater, pomimo licznych zasług, zgodnie z prawem musi opuścić wioskę &#8211; aż do czasu, gdy odzyska pieniądze, zwracając swojemu plemieniu honor. Obeliks, nie chcąc zostawić przyjaciela samego, dołącza do niego na wygnaniu i wspólnie szukają sposobu na odzyskanie brakującej sumy pieniędzy. W antycznym świecie jest tyle sposobów na zarobienie gotówki – handel, walki gladiatorów, występy tresowanych psów, aktorstwo, hazard, kariera przestępcza&#8230; Możliwości są nieograniczone!</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jeszcze nie wiadomo, o co w tej przygodzie Asteriksa chodzi? Cóż , jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. To bardzo tematyczna opowieść, w której mamona i problemy z nią związane, stają się motywem przewodnim. Cały antyczny świat wydaje się zresztą nagle kręcić wokół problemów finansowych. Galowie są nękani przez poborców podatkowych, legioniści myślą tylko o należnym im żołdzie, nawet kapitan piratów, próbując powiązać koniec z końcem, zabiera się za prowadzenie oberży. Przyznam się, że choć rozpoczęcie i zakończenie tego albumu wydawały mi się po prostu „takie sobie” (nic specjalnie zabawnego, ale też nic nudnego), środek historii wręcz tryska rewelacyjnością. Perypetie Asteriksa i Obeliksa kombinujących, jak „napełnić kociołek”, są zlepkiem jednych z najzabawniejszych sekwencji Goscinny&#8217;ego i Uderzo. Na szczególną pochwałę zasługuje tu zwłaszcza sekwencja, w której bohaterowie po wyczerpaniu wszystkich możliwych opcji na uczciwe zarobienie pieniędzy, postanawiają po prostu napaść na bank. Fragment, w którym szykują plan skoku, ma tak wybornie absurdalną puentę, że ciężko mi się nie śmiać za każdym razem, kiedy na to patrzę. Mimika postaci jest miejscami po prostu bezcenna. Fantastycznie prezentuje się postać poborcy podatkowego, którego dymki uformowane są w  postaci formularzy do wypełnienia.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Jednym wybornym epizodzikiem, który, niestety, nie będzie do kończą czytelny dla młodych  czytelników, jest fragment, w którym Asteriks i Obeliks dołączają do trupy przesadnie ambitnych „nowatorskich” aktorów. Całość jest idealną satyrą na temat wszelakich ruchów młodych gniewnych,  teatru okrucieństwa czy po prostu jakichkolwiek pretensjonalnych, pseudoartystycznych widowisk, które na siłę próbując być szokujące bądź awangardowe. Perełką jest postać samego reżysera nonsensownej sztuki, który, choć ciągle nawija o przesłaniu, jakie będzie miało jego dzieło, nie wspomina choć słowem, czym owo przesłanie dokładnie jest. Po prostu: ma być, a jak będzie brzmiało, to kompletnie inna historia. Przekomiczny fragment, jednak przyznam się, że gdy czytałem to po raz pierwszy, w wieku trzynastu lat, nie kapowałem nic z tego, ani trochę. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/asteriksa13.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="asteriksa13" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/asteriksb13.jpg" alt="" width="692" height="211" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Nie da się ukryć, że pomimo solidnej dawki humoru, jest coś nieco dziwnego w tonie „Asteriksa i kociołka”. Scena, w której Asteriks zostaje skazany na wygnanie, jest (jak na tę serię) dosyć dramatyczna i smutna, jednak  po chwili cała melancholia robi się prześmiewcza pod względem komicznie groteskowych napadów płaczu, których dostają postacie. W wyniku tego późniejsze sceny, w których Asteriks z Obeliksem rozpaczają nad swoim losem, wyglądają tak, że nie jestem do końca w stanie powiedzieć, czy miały być zabawne czy smutne. Tak, jakby twórcy chcieli, by owe sceny wywoływały jednocześnie obie emocje. Jest też pewien cyniczny, wręcz ponury dowcip wpleciony w przebieg fabuły. Przez całą opowieść Asteriks z Obeliksem nie tylko zawalają każdą próbę zarobienia pieniędzy, ale co rusz niechcący rujnują i doprowadzają do bankructwa wszystkich, z którymi wejdą w kontakt (w jednym przypadku pewien osobnik zostaje przez nich skazany na rzucenie lwom na pożarcie!). Nie są to nawet złe postacie, a przypadkowi ludzie, z którymi bohaterowie chcą współpracować albo stworzyć im konkurencję&#8230; Ba! Nawet piraci (jak już wspomniałem) dla odmiany próbują czegoś uczciwego, jednak duet bohaterów w wyniku pomyłki dewastuje ich knajpę i daje niemiłosierny wycisk. Najwyraźniej były to pierwsze próby mierzenia autorów w stronę bardziej czarnego humoru, którego dadzą o wiele większy popis w późniejszych komiksach, zwłaszcza w „Laurach Cezara”.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Asteriks i kociołek” z jednej strony jest o wiele bardziej satyryczny i dojrzały od wcześniejszych albumów, ale jako całość nie jest do końca tak efektowny jak np. „Asteriks na igrzyskach” czy „Asteriks legionista”. Brakuje tu pewnej beztroski i luzu, które miały tamte historie, choć nie zmienia to faktu, że po skończonej lekturze ma się sporą satysfakcję. Jeśli mógłbym wytknąć jeszcze jakiś minus scenariusza, będzie to fakt, że zerowa wiedza Asteriksa na temat zarabiania pieniędzy wydaje się nieco naciągnięta. Owszem, biznes nie musi być jego smykałką, ale w kilku momentach jest niecharakterystycznie naiwny. Wręcz chłopek-roztropek. Także (teraz już błąd polskiej wersji) w jednym kadrze dialogi w dwóch dymkach zostały zamienione miejscami. Można tylko wzruszyć rękami &#8211; „zdarza się” &#8211; jednak ten sam błąd był już we wcześniejszym wydaniu tego samego albumu, jakąś dekadę temu! Na Teutatesa!, naprawdę sądziłby kto, że przez ten czas to zauważą i poprawią.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Maciek Kur</p>
<p class="stopka"><strong>„Asteriks #13: Asteriks i kociołek”</strong><br />
Scenariusz: Rene Goscinny<br />
Rysunek: Albert Uderzo<br />
Tłumaczenie: Jolanta Sztuczyńska<br />
Wydawnictwo: Egmont<br />
Data wydania: Listopad 2011<br />
Rok wydania oryginału: 1969<br />
Liczba stron: 48<br />
Format: 215&#215;290 mm<br />
Oprawa: miękka<br />
Druk: kolor<br />
Cena z okładki: 19,99 zł</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/asteriks-13-asteriks-i-kociolek.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Liga niezwykłych dżentelmenów: Stulecie 1969</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/liga-niezwyklych-dzentelmenow-stulecie-1969.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/liga-niezwyklych-dzentelmenow-stulecie-1969.html#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Jan 2012 13:57:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8574</guid>
		<description><![CDATA[

LIGA NIEZWYKŁYCH DŻENTELMENÓW: STULECIE 1969
 

Kiedy czytam kolejne części „Ligi niezwykłych dżentelmenów”, stresuję się jak pierwszak na kolokwium. Gdy rozejrzę się po pokoju i zapomnę, że nikt mnie nie egzaminuje z wiedzy o popkulturze, ciśnienie nieco puszcza, a strony przewracane są z mniejszym drżeniem rąk. Co wcale nie znaczy, że nie wpatruję się w każdy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>LIGA NIEZWYKŁYCH DŻENTELMENÓW: STULECIE 1969</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/liganew1.jpeg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/liganew1.jpeg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Kiedy czytam kolejne części „Ligi niezwykłych dżentelmenów”, stresuję się jak pierwszak na kolokwium. Gdy rozejrzę się po pokoju i zapomnę, że nikt mnie nie egzaminuje z wiedzy o popkulturze, ciśnienie nieco puszcza, a strony przewracane są z mniejszym drżeniem rąk. Co wcale nie znaczy, że nie wpatruję się w każdy kadr nieco dłużej niż w innych komiksach – szukam, analizuję, czasami krzyknę: jest!</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Komiks Moore’a jest bowiem zakodowaną zabawą, traktującą o zależnościach między różnymi tekstami, konwencją sprawdzającą, na ile może pozwolić sobie autor, gdy próbuje mieszać fikcyjne światy. W „Lidze niezwykłych dżentelmenów: Stulecie 1969” mamy dokładnie to samo, co we wcześniejszych odsłonach serii – z pozoru niekoherentne inspiracje tworzą miks fabularny trzymający się – o dziwo – kupy. Tym razem bardzo dobrze znani czytelnikowi Allan Quatermain, Mina Harker i Orlando, przybywają do Londynu, aby pokrzyżować plany stworzenia tzw. Księżycowego Dziecka (taki eufemizm, który oznacza mniej więcej – antychrysta). Już kiedyś próbowano w ten sposób zniszczyć świat przy pomocy potomka niejakiej… Rosemary. Międzytekstowe skakanie po inspiracjach zaczyna się już od pierwszej strony, bowiem Era Wodnika, czasy hipisów, formowania się kontrkultury to rzeczywistość wręcz ociekająca tematami, które mogłyby natchnąć pisarza-postmodernistę. Inspirująca jest, jak autor sam wspomina w wywiadach, Nowa fala w science fiction, a w tym przypadku &#8211; pulpowe historyjki kosmiczne, które inspirują brytyjskiego scenarzystę nie mniej niż dzieła z tzw. wyższej półki. Nie będę psuł zabawy, ale należy wypatrywać w kadrach nawiązań do kultowych filmów szpiegowskich (i wcale nie chodzi tutaj tylko o Jamesa Bonda, to by było za płytkie), muzyki rockowej, a także metafikcji; jednym z najbardziej wyrafinowanych dowcipów z tego albumu jest ukazanie The Rutles jako realnie istniejącego zespołu. Kto zna twórczość grupy Monty Pythona, ten wie, że ta parodia Beatlesów została stworzona tylko na potrzebę kilku skeczy. Taka jest właśnie konwencja „1969”: kiedy trzeba, łopatologicznie bijąca smaczkami po oczach, kiedy indziej – wyrafinowana w swojej zabawowości.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/liganew2.jpeg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="liganew2" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/liganew3.jpeg" alt="" width="692" height="211" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Szkoda tylko, że Kevin O’Neil lepiej radził sobie z wiktoriańskim steampunkiem i przyportową scenerią z wcześniejszych odcinków serii. Tutaj jest dla niego jakby za kolorowo, za różnorodnie, za czysto i psychodelicznie. Nie ma takich wyrywających szczękę z zawiasów scen, jak na przykład formujący się Jekyll, okryty brązowymi łachmanami. Oczywiście to ciągle kawał świetnej rysowniczej roboty, lecz pierwszy raz podczas lektury „Ligi niezwykłych dżentelmenów” nie potrafię wskazać sceny, która robiłaby na mnie wrażenie. Graficznie jest dobrze, fabularnie – ciągle mistrzowsko. Proporcje powinny być jednak bardziej pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Polecić ten album należy nie tylko bezkrytycznym miłośnikom twórczości Moore’a. Także ci, którzy nie wierzą, że Brytyjczyk jest jednym z najbardziej utalentowanych i inteligentnych wirtuozów medium obrazkowego, mogą w końcu zauważyć, że spektrum tematyczne i intertekstualne zabawy wydają się nie mieć końca. Obecność tego komiksu nie jest smutnym potwierdzeniem tezy, że wszystko już napisano, wszystko powiedziano, że można tylko przetwarzać, a kultura umiera… Moore przetwarza i będzie przetwarzał, dopóki się mówi i pisze. Trudno zetrzeć tę „niezwykłodżentelmeńską” formułę.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Jakub Koisz</p>
<p class="stopka"><strong>„Liga niezwykłych dżentelmenów: Stulecie 1969”</strong><br />
Scenariusz: Alan Moore<br />
Rysunki: Kevin O&#8217;Neill<br />
Wydawnictwo: Egmont<br />
Data wydania: 28 listopad 2011<br />
Seria: „Liga niezwykłych dżentelmenów”, Mistrzowie Komiksu<br />
Druk: kolor<br />
Oprawa: twarda<br />
Stron: 80</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/liga-niezwyklych-dzentelmenow-stulecie-1969.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Long John Silver #01: Lady Vivian Hastings</title>
		<link>http://kzet.pl/2012/01/long-john-silver-01-lady-vivian-hastings.html</link>
		<comments>http://kzet.pl/2012/01/long-john-silver-01-lady-vivian-hastings.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Jan 2012 13:08:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kingquest</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opublikowany]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kzet.pl/?p=8551</guid>
		<description><![CDATA[

LONG JOHN SILVER #01: LADY VIVIAN HASTINGS
 

Na komiks „Long John Silver” Xaviera Dorisona i Mathieu Lauffeaya trafiłem w trakcie poszukiwania komiksów o piratach, po tym jak kolejna część karaibskich przygód Johnny’ego Deppa odświeżyła moje zainteresowanie tym, od zawsze mnie pasjonującym, tematem. Niestety, było to gorzkie spotkanie, bo nie znam francuskiego, a tylko w takim [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><br />
</strong></p>
<p class="tytul"><big>LONG JOHN SILVER #01: LADY VIVIAN HASTINGS</big></p>
<p><strong> </strong><br />
<a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/longjohn1.jpg" target="_blank"><img class="alignright size-medium wp-image-8014" style="border: 0pt none; margin-top: 20px; margin-left: 15px;" title="1253-1" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/longjohn1.jpg" alt="222x300" width="112" height="150" /></a></p>
<p class="bialy" style="text-align: justify;">Na komiks „Long John Silver” Xaviera Dorisona i Mathieu Lauffeaya trafiłem w trakcie poszukiwania komiksów o piratach, po tym jak kolejna część karaibskich przygód Johnny’ego Deppa odświeżyła moje zainteresowanie tym, od zawsze mnie pasjonującym, tematem. Niestety, było to gorzkie spotkanie, bo nie znam francuskiego, a tylko w takim języku był on wówczas dostępny. Jakiś czas później ukazał się po angielsku za sprawą oficyny Cinebook, ale dziwnym trafem zawsze spadał z listy zakupów. Okazuje się, że bardzo dobrze się stało, bo we wrześniu 2011 r. wydawnictwo Taurus zapowiedziało jego publikację. Mamy teraz grudzień i pierwszy tom komiksu z podtytułem „Lady Vivian Hastings” można od kilku tygodni nabyć w sklepach specjalistycznych i księgarniach.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Tytułowa lady Hastings na trzy lata przed rozpoczęciem akcji komiksu została pozostawiona przez swojego męża w rodowym zamku. Lord Hastings wyruszył bowiem do Nowego Świata w poszukiwaniu legendarnych Złotych Miast, które rzekomo kryją się gdzieś w amerykańskiej dżungli. Nie fatygował się on zbytnio, by informować o swoich losach żonę, która była pogodzona nawet z jego śmiercią. Tym bardziej zaskakująca okazuje się wiadomość zza oceanu, która nagle zmąciła nudne życie lady, urozmaicone jedynie sporadycznymi wizytami kochanków. Okazuje się, że jej mąż nie tylko ma się dobrze, ale odnalazł mityczne miasto Guyanacapac (najprawdopodobniej kryjące niezmierzone skarby). Niestety, informacja nie jest zbyt korzystna dla lady Vivian, bo lord Hastings uczynił swojego szwagra powiernikiem swego majątku, który nakazał sprzedać, by sfinansować dalszą część wyprawy, a lady polecił umieścić w klasztorze. Życie klasztorne niezbyt uśmiechało się tej damie lekkich obyczajów, więc na złość wszystkim postanawia dołączyć do męża i przejąć znalezioną fortunę. Ma jej w tym pomóc typ spod ciemnej gwiazdy, kucharz i korsarz &#8211; Long John Silver oraz jego kamraci, których zjednuje sobie, nęcąc pokaźnym udziałem w łupach.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Pierwszy tom to głównie ekspozycja, charakteryzacja i wprowadzenie w intrygę. Pozostaje więc żałować, że na kulminacyjne momenty historii przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Oczywiście nie należy odczytywać pierwszego zdania tego akapitu jako narzekania. Wręcz przeciwnie – wszystko, co można przeczytać w „Lady Vivian Hastings” tylko zaostrza apetyt przed kolejnym tomem („Neptun”), który Taurus zapowiedział na czerwiec 2012. </p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Zapewne sporej grupce czytelników tytuł komiksu od razu przypomniał powieść Roberta Louisa Stevensona pt. „Wyspa skarbów”, której jednym z głównych bohaterów jest właśnie John Silver. Podobieństw i nawiązań do książki jest więcej. Lady Hastings werbuje załogę przy pomocy doktora Liveseya (podobnie jak Jim Hawkins). Długi John prowadzi podupadłą oberżę „Luneta” („Spy Glass”). Odniesień jest pewnie więcej, ale tylko tyle udało mi się dostrzec bez przypominania sobie „oryginału”. Cudzysłów znajduje się tutaj nie bez powodu. Nie należy bowiem traktować „Long Johna Silvera” jako adaptacji. Nie jest też raczej prequelem ani sequelem „Wyspy skarbów”. Jedynie luźno do niej nawiązuje. Przy tym zupełnie nie jest wymagana znajomość źródła inspiracji. Odświeżałem sobie fragmenty na potrzeby tego tekstu, ale czytając komiks bez nich, prawie nic się nie traci. Autorzy wspominają, że jest to hołd dla tego klasyka literatury przygodowej, ale wydaje mi się, że równie dobrze mógłby się obejść bez wspomnianych nawiązań i opowiadać o dowolnym innym osiemnastowiecznym marynarzu-kuternodze</p>
<p class="zwykly" style="text-align: center;"><a href="http://kzet.pl/wp-content/uploads/longjohn2.jpg" target="_blank"><img class="aligncenter size-full wp-image-8124" style="border: 0pt none; margin-top: 15px; margin-bottom: 15px;" title="longjohn2" src="http://kzet.pl/wp-content/uploads/longjohn3.jpg" alt="" width="692" height="211" /></a></p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">„Wyspa skarbów” jest przede wszystkim opowieścią o dojrzewaniu. Młody Jim Hawkins wyrusza w poszukiwaniu skarbów, przeżywa wiele fantastycznych przygód i wraca do Anglii jako dorosły, zaprawiony w bojach mężczyzna. Tutaj ten temat zastępuje obecnie modniejszy – emancypacji. Niestety, lady Hastings akurat wydaje mi się być ucieleśnieniem wszystkich cech, które wynikają z opacznego zrozumienia feministycznych postulatów. Jest zła, zepsuta, manipulacyjna i egoistyczna. Próbuje się to usprawiedliwiać podłym charakterem jej męża i ocieplić jej postać na inne sposoby, ale na mnie wywarła raczej negatywne wrażenie. John Silver również powoduje ambiwalentne odczucia. Raczej daleko mu do popularnego, bardziej romantycznego wizerunku pirata, a bliżej do realistycznego – krętacza, złodzieja i mordercy, ale z drugiej strony, podąża zgodnie ze swoim kodeksem moralnym. Ta dwoistość powoduje, że są oni znacznie ciekawszymi postaciami. Choćby dlatego, że nigdy nie wiadomo, która z cech charakteru weźmie górę w danej sytuacji. Sądzę, że pasjonujące będzie obserwować, jak bohaterowie spiskują przeciwko sobie, a wydaje mi się, że, jak to w takich opowieściach bywa, każdy, prędzej czy później, będzie próbował wykiwać resztę. Oprócz wspomnianej dwójki na pokład „Neptuna” okrętuje się też dawny towarzysz Silvera, który raczej nie darzy go sympatią, służka lady Vivian (może odegrać nieodgadnioną rolę), której nie w smak jest wyruszać na drugi koniec świata i która coraz ciężej znosi humory swojej pani, szwagier lorda Hastingsa (kierujący wyprawą i utrzymujący się z marnego marynarskiego żołdu) czy wreszcie sam Byron Hastings, który jedynie na krótko pojawił się na planszach komiksu.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Wypadałoby zaznaczyć, że komiks jest bardzo atrakcyjny wizualnie. Jest narysowany w realistyczny sposób, charakterystyczny dla francuskich komiksów środka, ale daleko mu od uproszczeń. Wręcz przeciwnie, tła są dopracowane i szczegółowe. Sprzęty, stroje itp. właściwe przedstawionej epoce. Rysy postaci zróżnicowane na tyle, że nawet oficerowie „Neptuna” i dr Livesey, noszący niemalże identyczne peruki, są rozpoznawalni. Bardzo podobają mi się też sceny dziejące się w półmroku (a jest ich sporo), gdzie Mathieu Lauffeay zręcznie operuje światłocieniem. Zresztą, nawet zanim ten komiks pojawił się w zrozumiałym dla mnie języku, chciałem go kupić tylko po to, by móc sobie pooglądać prześliczne grafiki.</p>
<p class="zwykly" style="text-align: justify;">Oczywiście nawet najpiękniejsze plansze źle wyglądają, jeśli wydawca zepsuje wydanie. Nie należy się jednak obawiać, bo Taurus Media stanął na wysokości zadania. Wykonano solidną pracę przy przygotowaniu polskiego wydania, które nie odstaje kształtem i jakością od francuskiego. Tłumaczenie brzmi naturalnie i nie doszukałem się błędów gramatycznych czy literówek. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to podwójna numeracja większości stron. Obok numeracji właściwej polskiemu wydaniu (na dole, wyśrodkowane) zachowano bowiem oryginalną, w prawym dolnym rogu stron. Jest to jednak drobny detal, który zupełnie nie wpływa na odbiór tego świetnego komiksu, który powinien szczególnie przypaść do gustu wszystkim spragnionym opowieści przygodowych, fascynatom czasów kolonializmu i frankofońskiego mainstreamu, którzy to na pewno mogą czuć niedosyt ciekawiących ich komiksów na naszym rynku.</p>
<p class="maly" style="color: grey;">Konrad Dębowski</p>
<p class="stopka"><strong>„Long John Silver #01: Lady Vivian Hastings”</strong><br />
Scenariusz i dialogi: Xavier Dorison i Mathieu Lauffeay<br />
Rysunki: Mathieu Lauffeay<br />
Wydanie: I<br />
Data wydania: listopad 2011<br />
Wydawca oryginału: Dargaud<br />
Tłumaczenie: Wojciech Birek<br />
Druk: kolorowy<br />
Oprawa: miękka<br />
Format: 21×29 cm<br />
Stron: 56<br />
Cena: 37 zł<br />
Wydawnictwo: Taurus Media</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kzet.pl/2012/01/long-john-silver-01-lady-vivian-hastings.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

