ojo’s Bizarre Adventure, Pillar Men – rys. Hirohiko Araki
Po walce z Dio, kończącej pierwszą serię niczym w Dragon Ball Z, pojawiają się nowi, silniejsi przeciwnicy – tajemnicze wampiryczne istoty, uśpione gdzieś w zapomnianych ruinach, które stworzyły kamienne maski (jest więcej niż jedna!). Potężni Santana, ACDC, Wham i Cars dążą do wyewoluowania w idealną istotę, która nie będzie się już musiała obawiać słońca. Na ich drodze staje Joseph Joestar, wnuk Jonathana, który początkowo nie zdaje sobie sprawy z tragicznej przeszłości swojego rodu. Nieprzypadkowo przywołałem wcześniej Dragon Ball Z, bo druga seria Jojo’s Bizarre Adventure duchem bardzo ją przypomina. To typowa „opowieść treningowa”. Ten schemat jest bardzo często spotykany w filmach kung-fu rodem z Hong Kongu czy we wspomnianej mandze Akiry Toriyamy. Polega głównie na tym, że bohater (w tym wypadku Jojo) dostaje straszliwe cięgi od złoczyńcy (Wham). Udaje mu się ujść z życiem. Za sprawą napotkanego mistrza (Lisa Lisa) rozwija swoje umiejętności w trakcie katorżniczego treningu.
Dzięki niemu jest w stanie sprostać czekającemu go wyzwaniu. Tym razem jego sojusznikami będą Cezar Zepelli (wnuk Gyro) oraz… niemieccy naziści, którzy w trakcie poszukiwania magicznych artefaktów, których mogliby użyć do podboju świata, wykopali i obudzili Santanę. Nazistami dowodzi Stroheim, który wygląda jak Guile z serii Street Fighter. Stroheim jest cyborgiem. Bardzo honorowym cyborgiem. Chociaż autor nie pochwala nazizmu, to wydaje mi się, że nie spotkałem się chyba wcześniej z przedstawieniem nazistów inaczej niż w jednoznacznie negatywnym świetle.
Jojo’s Bizarre Adventure, Stroheim – rys. Hirohiko Araki
Dwie pierwsze odsłony Jojo’s Bizarre Adventure można potraktować jako rozgrzewkę. Pomimo tego, że czytelnicy dostrzegli w mandze jakiś potencjał, pełna była niedociągnięć. Głównie w kwestii rysunku. Nadmierne umięśnienie postaci nie powinno dziwić, ale Araki miał ogromne problemy z właściwymi proporcjami, perspektywą czy anatomią. Postacie momentami były dziwacznie powykręcane. Ich kończyny wyginały się pod nieludzkimi kątami, z osiągnięciem których nawet jogini mogliby mieć problem. Twarze czasem z grubsza tylko przypominały ludzkie, a stroje pomimo ciekawych projektów często sprawiały, że postacie wyglądały dziwnie dwuwymiarowo.
Jojo’s Bizarre Adventure – rys. Hirohiko Araki
Z drugiej strony – tła były bardzo dokładne i szczegółowe. Nawet pomimo wykorzystania dość egzotycznych jak na mangę lokalizacji (Anglia, Wenecja, Szwajcaria, Nowy Jork, Meksyk). Widocznie autor posiadał spory zasób zdjęć, na których mógł się wzorować. Temat podróży powraca w Stardust Crusaders (podtytuł trzeciej części Jojo’s Bizarre Adventure), gdy bohaterowie w poszukiwaniu Dio wyruszają w podróż po Azji i Afryce, którą odbył zresztą sam autor. Kończy się ona widowiskową batalią w Kairze przy użyciu m.in. walca oraz nowego wynalazku autora – tzw. standów.
Stand to na wpół materialna manifestacja czyjejś energii hamon. Przyjmuje ona najróżniejsze kształty, a swojego „nosiciela” obdarza rozmaitymi umiejętnościami. Standami mogą być obdarzeni nie tylko ludzie, ale i np. zwierzęta. Najważniejszym z takich bohaterów jest pies rasy boston terrier wabiący się Iggy, który w zmaganiach ze złem towarzyszy Kujo Jotaro (wnuk Jonathana) i jego kompanom. W trakcie ich przygód wychodzi też kolejny koncept, który zastosował autor. Zazwyczaj w mangowych pojedynkach wygrywa silniejszy. Ten, który rzuci większą kulę energii albo ten z większym poziomem mocy.
Araki stwierdził, że ten koncept w pewnym momencie prowadzi do absurdu. Świadczą o tym zresztą ataki zdolne niszczyć planety z późniejszych odcinków Dragon Ball Z. W Jojo’s Bizarre Adventure moce działają na zasadzie „kamień-papier-nożyce”. Każdy ma swoje mocne strony i swój „kryptonit”, czyli coś, co pozwala go pokonać. Przykładowo, jeśli moc oparta jest na ogniu, łatwo pokonać ją wodą. Oczywiście zazwyczaj moce bohaterów (a zwłaszcza złoczyńców) nie są niczym tak trywialnym. Czytelnikom ciężko je rozpracować, co wprowadza element tajemnicy i grozy. Najciężej mierzyć się z nieznanym. Na przykład moc Dio, dzięki której wydaje się wszechmocny, pozostaje zagadką aż do momentu, w którym demaskują ją bohaterowie.
Jojo’s Bizarre Adventure, Jojo i Iggy – rys. Hirohiko Araki
Standy towarzyszą bohaterom przez kolejne serie i są jedną z jej charakterystycznych cech. Inną, którą uważny czytelnik powinien zauważyć, stanowią nieustanne nawiązania w nazewnictwie do zachodniej popkultury, a zwłaszcza do zespołów rockowych. Przykładowo – Dio Brando to hołd zarówno dla Marlona Brando jak i Ronniego Jamesa Dio. Osobiście bardzo lubię takie drobne smaczki. Chociaż tutaj występują w nadmiarze, to i tak wyszukiwanie ich to świetna zabawa.
Wspomniałem wcześniej o postępie, jaki dokonał się w umiejętnościach rysowniczych autora. Wraz z rozwojem warsztatu Hirohiko Araki stworzył też swój unikalny styl. W pierwszej części był raczej zupełnie bezpłciowy, typowy dla lat osiemdziesiątych. W trzeciej osiągnął właściwy kształt, który odróżnia go od innych mang i który już nie zmienił się za bardzo w kolejnych epizodach. Nie spotkałem się też z naśladowcami. Rysunek opiera się głównie na tym, że wszyscy mężczyźni w serii są piękni. Nie przystojni. Piękni. Mają wyraźnie zaznaczone usta czy rzęsy, które inni rysownicy zazwyczaj pomijają. Do tego autor ustawia ich w prawie nieosiągalnych anatomicznie pozach, które (jak i sam styl postaci) rzekomo wzoruje na antycznych rzeźbach. Ich muskulatura skrywana jest strojami, którymi można by obdzielić kilka parad równości. Odjechanymi, bardzo krzykliwymi, z dziwacznymi dodatkami i fryzurami.
Jojo’s Bizarre Adventure, Stardust Crusaders – rys. Hirohiko Araki
Zupełnie nie sprawia to, że są mniej męscy. Głównie za sprawą podejmowanej tematyki. Heroizm, bohaterstwo, poświęcenie, męska przyjaźń – to wszystko znajdziemy na kartach komiksu. Momentami mocno przerysowane, ale twardzieli z tej mangi można wypożyczyć kilkudziesięciu innym seriom i jeszcze paru by zostało. Wydaje mi się, że Araki w Jojo’s Bizarre Adventure idealnie uchwycił kwintesencję męskości nie popadając przy tym w stereotyp. Bohaterowie są z jednej strony niesamowicie męscy i twardzi, co sprawia, że komiks podoba się mężczyznom. Z drugiej strony nie są tępymi osiłkami i kierują nimi też jakieś uczucia. Mają swoje motywacje czy cele, do których dążą z całych sił. Podejrzewam, że to imponuje również kobietom i powoduje, że seria ma wiele fanów wśród nich (m.in. rysowniczki grupy CLAMP). Oczywiście muskuły, ładne buzie i fajne fatałaszki też mają w tym jakiś udział.
Biorąc pod uwagę, jak bardzo Jojo’s Bizarre Adventure przypomina komiksy superbohaterskie, dziwny jest fakt, że miłośnicy mangi z USA nie poznali się na geniuszu autora. Ukazała się tam jedynie najpopularniejsza trzecia część oraz oparta na niej gra na PlayStation. Seria doczekała się kultowego statusu. Najwidoczniej w tym przypadku nie przekłada się to na wymierne korzyści, bo nie ma planów dalszej publikacji. Pozostaje kupić oryginał albo spróbować wydania francuskiego, które dotarło już do części szóstej. Bo naprawdę warto. Choćby dla wyróżniającej się z tłumu kreski czy pomysłów na moce standów i jeszcze dziwniejszych sposobów ich pokonania. Użycie w trakcie walki walca czy nazistowski cyborg, o których wspomniałem, to zaledwie niewielka część szaleństwa autora przelana na papier.
Krążą też pogłoski, że sam autor jest wampirem. Dzięki temu przez bardzo długi okres udawało mu się wydawać mangę w trybie tygodniowym, a z każdym nowszym zdjęciem wygląda młodziej. Jeśli to prawda, pozostaje się tylko cieszyć, bo to oznacza, że jeszcze wiele tomów Jojo’s Bizarre Adventure przed nami.
Konrad Dębowski
„Jojo’s Bizarre Adventure”: „Phantom Blood”, „Battle Tendency” i „Stardust Crusaders” (Vol. 1-28)
Rysunki: Hirohiko Araki
Scenariusz: Hirohiko Araki
Wydawca: Shueisha (USA – VIZ Media)
Publikowane w: Weekly Shōnen Jump
Liczba tomów:
• Phantom Blood: 5
• Battle Tendency: 7
• Stardust Crusaders: 16
Data wydania: 1987-92
Cena: ¥ 410 ($ 7,99 i $ 9,99 w wydaniu amerykańskim)